Zimą na K2 - część II „Wrócimy tu”

3.II

To dziwne ale mam wrażenie, że odejście trójki ze wschodu wzmocniło nas. Dość mądrze wykorzystaliśmy parę dni lepszej pogody. Najpierw „padło” 7ooo – zimowy rekord na K2 sprzed 15 laty, a teraz dla uwierzytelnienia tego faktu stoi już obóz III. Co prawda niżej niż to początkowo planowano, ale plany snute były na bazie letnich doświadczeń, a zima ma swoje prawa.  „Ścieśniliśmy szeregi”. Widać to nie tylko po nas „młodych lwach” (?) z byłego saportu, co jeszcze wydawałoby się naturalnym. Do góry, jak tylko mogą, idą nawet „ozdrowieńcy” z niedoleczonymi gardłami, kontuzjami i lekkimi odmrożeniami. Kaszlą, kuśtykają, klną – ale idą. Denis pozostał i bynajmniej nie dla zasady. Widząc szanse na sukces prze do góry, co wyraźnie nas dopinguje. Powoli staje się równorzędnym z Wielickim kreatorem działania na górze. Jaka szkoda, że wcześniej nie próbował liderować wschodniemu teamowi. Może proporcje byłyby odwrotne, ubyłby tylko jeden?

7.II

Wiatr miota mną na jak szmatą. Co rusz przychodzą szkwały, a znad przeł. Savoia nieprzerwanie zacina mokrym śniegiem, zaklejającym gogle i ubranie, cementującym liny w lodowych polach. Na ile tylko pozwala mi wiatr i tempo wyrywania spod śniegu lin, gnam w dół. Góra nie popuści i muszę pierońsko uważać, bo idę sam, a mam przed sobą właśnie nieprzyjemne trawersy, a także z  pewnością nocną wędrówkę w śnieżycy lodowcem pełnym szczelin. Nie mniej jednak klnąc na pogodę i liny w środku „aż śpiewam”. Rajd z ładunkiem na 7000; dwa dni samotnego zmagania z nawałnicą i świadomość, że najbliższy człowiek jest tam w bazie - są jak narkotyk. Byleby nie przedawkować. Donieść tę radość i siebie „w jednym kawałku” do bazy.

10.II

Do „ABC” dociera grupa trekkingowa. Wcześniej dotarła przywieziona przez nich prasa. Jesteśmy tak złaknieni wieści z Polski, że do gazet tworzą się wręcz kolejki. Przyglądamy się trekkersom a oni nam. Ciekawy jestem ich opinii o nas, na ile tu zdążyliśmy „zdziczeć” tej zimy.

14.II

Jest już obóz czwarty. Znowu niżej niż był planowany. Choć wydaje się, że potem będzie można go przenieść „ciut” wyżej. Obóz jest, ale ubył nam kolejny wspinacz. Werdykt lekarza jest jednoznaczny. Piotr i tak straci część jednego palca w stopie. Następny pobyt na wysokości może go kosztować znacznie więcej.

24.II

Zacina się coś w naszej wyprawowej machinie. Z dnia na dzień gorsza pogoda, i narastające zmęczenie. Lekarz wymownie określa to mianem: riezania (dorzynania) ludzi. Nie omija ono nawet naszych niezmordowanych pakistańskich tragarzy. Na górze trzy z rzędu zespoły zawracają nie osiągnąwszy swych celów. Coraz dłużej idzie nam stosunkowo łatwy odcinek do jedynki, coraz boleśniej doskwierają odmrożenia i kontuzje. Niektórzy mają na tyle dość, że schodzą już niżej i zaczynają znosić swoje osobiste rzeczy. Stać nas jeszcze tylko tak naprawdę na jedną próbę, bo przykro byłoby odchodzić bez tego. Ale by Marcin z Denisem no i szef zaatakowali  - potrzeba jeszcze doposażyć obóz 3 i 4. Już nikt nie mówi o poręczowaniu do 8 tys. o przeniesieniu wyżej obozu szturmowego. Byleby stały namioty, byleby donieść jedzenie, paliwo, leki i tlen.

26.II

Zespoły przed nimi nie dały rady wyjść wyżej ze sprzętem i jedzeniem dla obozu szturmowego. Trojka u góry, Denis z Marcinem w drodze do „czwórki” i Wielicki już w „trzecim’ są zdani tak naprawdę na siebie. Ja z Bartkiem w jedynce jesteśmy raczej „strażą tylną” mamy donieść tlen, lekarstwa, jedzenie i  paliwo najwyżej jak się da. Na jutro zapowiadana jest półtoradniowa poprawa pogody. W nocy z niepokojem wyglądam z namiotu. Nic nie zwiastuje poprawy. Wieje jak wiało, śniegiem zacina nawet mocniej niż w dzień. Mój niepokój jest tym większy, ponieważ chłopcy zastali „czwórkę” całkowicie „przewietrzoną”. Wywiało śpiwory, i cały ekwipunek. Śpią dziś na linach i plecakach, przykryci jedynym, jaki im został śpiworem.

27.II

Ciężki to był dzień. I przesądził praktycznie o wszystkim. Nie było poprawy pogody. Wręcz przeciwnie. Największą jednak niespodziankę sprawił nam Marcin. Denis podczas porannej łączności podniósł alarm: Marcin ma oznaki choroby wysokościowej. Kontakt z nim jest utrudniony i nie wpełni  zdaje sobie sprawę co się z nim dzieje. Jedynym lekiem, jaki pozostał chłopakom po spustoszeniu obozu przez wiatr... jest tabletka aspiryny. Trzeba jak najszybciej sprowadzić go w dół. Z trójki do góry na spotkanie schodzącej dwójce z termosem płynów i tabletkami na obrzęk mózgu podchodzi Wielicki. On też nakazuje mi pozostawić wszystko i z samym tlenem gnać do góry. Wkrótce z bazy wyjdzie dodatkowa dwójka ludzi, którzy wieczorem włączą się do akcji ratunkowej. Te wieści zastają nas na końcu pierwszego pola lodowego nad jedynką. Sprzed bariery skalnej zawraca Bartek, schodzi do jedynki przygotować namiot i picie. Zatrzymany przez Wielickiego czekam w barierze skalnej poniżej obozu II blisko godzinę, zanim dostrzegam Marcina. Schodzi bardzo wolno i niepewnie. Widać oznaki zmęczenia, ale i upór. Jak się masz mistrzu – witam go – będziesz brał tlen, picie, słodycze? Marcin chce schodzić. Szkoda czasu, bo zmrok jest już blisko, a z Pabiedy jeszcze pamiętam, że obawia się ciemności. Tak naprawdę żaden z nas, ani ja poniżej ani Denis i Wielicki nad nim, nie jesteśmy w stanie mu pomóc dopóki jesteśmy na barierze skalnej i na polach lodowych. Jedyne, co możemy to dopingować go, nieważne raz prośbą raz groźbą, aby szedł. I idzie. Tuż nad jedynką czeka i oświetla drogę dwójka, która podeszła z „ABC”. Gdy my podążymy do bazy, oni w obozie I przejmą go. Nakarmią, napoją i zaaplikują mu tlen.

28.II

Wracamy. To już koniec. Nie było przejaśnienia, a nawałnica ma potrwać co najmniej do 3 marca. Wytłamszeni jesteśmy i co tu mówić, decyzję szefa przyjmujemy z ulgą. Nikt nie chce przeżywać po raz drugi napięcia ostatnich dni towarzyszącego dramatycznemu powrotowi z „czwórki”. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy nieziemsko zmęczeni. Widać to nawet po Denisie, który sam się sobie dziwi, że tak wolno idzie mu schodzenie do bazy chińskiej. Czas do domu.

3.III

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Góra szuka na nas zemsty. Huragan w bazie osiąga w porywach przeszło 160 km/godz. Rozrywa namiot za namiotem; rozrzuca po okolicy sprzęt, porywa śmieci i przewraca ludzi. Idąc w ostatnim towarowym kursie do „ABC” nie sposób wręcz oddychać. Pomimo rekordowo ciężkiego plecaka co silniejsze podmuchy przesuwają mnie i miotają o ziemię. Aż strach wyobrazić sobie, co musi się dziać wyżej. W 4 dni nawałnicy K2 rozprawiło się z owocami naszej dwumiesięcznej pracy. Tam jest piekło, tam nic nie mogło ocaleć.

7.III

Odejściu z bazy chińskiej towarzyszy iście wiosenna pogoda. Słychać ptaki, a długo wyczekiwane słońce, rozgrzewa nasze wymarznięte i odtłuszczone ciała.
Znad brzegu Sachsganu wpatruję się w chmury, które kłębią się wokół K2. Góra zdaję się nas zapraszać do pozostania. Co chwila chmury odkrywają królujący nad cała okolicą wierzchołek, ów niezdobyty przez nas ostatni bastion. Do „Złotego Czekana”* zabrakło tylko 800m – wzdycha Denis. Zaczynam tęsknić... żeby tu wrócić.

Etomite »

blogK2.com

« Error »

Etomite encountered the following error while attempting to parse the requested resource:
« PHP Parse Error »
 
PHP error debug
  Error: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/blogk2/public_html/index.php:1996) 
  Error type/ Nr.: Warning - 2 
  File: /home/blogk2/public_html/index.php 
  Line: 404 
  Line 404 source: header('Content-Type: '.$type.'; charset='.$this->config['etomite_charset']);  
 
Parser timing
  MySQL: 0.0133 s s(50 Requests)
  PHP: 0.0638 s s 
  Total: 0.0772 s s