Zimą na K2 - część I „Wyprawa marzeń”

14.X

Niespodziewany telefon od przyjaciela: Wielicki jedzie na K2. Słyszę to już od dwóch lat – odpowiadam. Teraz jedzie na pewno. Są sponsorzy, telewizja. Przygotowania w toku. Zamieram. Góra marzeń, droga marzeń i jeszcze zima!
Pamiętam pierwszy dzień po powrocie z ciężkiej wyprawy na Pik Pobiedy. Do 4 rano cieszyliśmy się sobą z Martą. Dwie godziny później spała zmęczona ...gdy ja pobiegłem śnić swój sen o Górze Gór o K2. Lato, jesień, zima, wiosna – opatulony w dresy i  kilogramy obciążników, w trawie po pas i wodzie po kolana - gnam przez bagna, a potem pod górę na szczyt wzgórza. Tam dokładam do stosu kolejne kamienie, które biegnąc tu trzymałem w dłoniach „zamiast czekanów”. Wszystko to dla K2.

16.X

Rozmawiałem z Wielickim. Może lepiej gdybym nie rozmawiał? Myślał bym wtedy, że to nie dla mnie. Nie mam szans i już. Mój „stos kamieni” -  Pik Lenina, Chan Tengri, boje o Pobiedę i parenaście lat wspinania w postsowieckiej Azji - to zbyt mało. Teraz wiem, że nie. Udział w tej wyprawie jest o włos, o wyciągnięcie ręki o jedno „tak” Marty. Właśnie. 5 miesięcy jestem jej mężem i po drodze były już: Ałtaj, Kaukaz, Pamir. Pytanie brzmi nie: czy się zgodzi, ale czy mi wolno prosić?

31.X

Razem odchorujemy twoje „tak” Marto. Skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie cieszę. Zaledwie rok temu podczas „Zimowej Korony”* śmiałem głośno wypowiedzieć marzenie o K2, a rocznicę tego wydarzenia świętować będę w jej cieniu. Znam jednak cenę i to mnie smuci. Opowieści, że będzie tam telefon, że maile słać będę ...nie zastąpią ci mnie podczas pierwszego „małżeńskiego” Bożego Narodzenia, które spędzisz sama – strach pomyśleć!!

15.XI

Znam już miejsce jakie przypadnie mi w udziale w wyprawowej machinie. „Zespół wspomagający” – dla mediów „młodzi początkujący alpiniści”, dla chińskiego oficera łącznikowego – ci co tylko  do bazy. Dla wyprawy – chłopaki od czarnej roboty - wysokościowi tragarze, biali murzyni. Czy warto jechać na wyprawę dla ciężkiej harówy bez najmniejszej szansy na marzenia o szczycie? Dla tej góry – WARTO.

9.XII

Ładny gips. Przyjaciel z Kirgizji alarmuje, że dotychczas doszła tylko 1/3 ładunków; zaś Wielicki, że zawieruszył się gdzieś mój lotniczy bilet. Spoko - mówi – nie gorączkuj się. Skąd on bierze ten spokój i skąd ja mu wezmę w Kirgizji te „pinkolone aluminiowe kanistry”, o które właśnie mnie męczy?

15.XII

Gdy chłopaki jedzą pożegnalną kolację w Warszawie, ja ląduję w Kirgizji. W doborowym towarzystwie ląduję. Właśnie wracają znad Afganistanu F-16. Biszkiek bardzo się zmienił, odkąd stacjonują tu wojska antytalibskiej koalicji. Pytanie czy na lepsze?
Dziś zaczynam moją walkę. Jeszcze nie z górą, lecz z czasem i biurokracją. Muszę wydobyć z komory celnej przeszło 3 i pół tony sprzętu, zapakować to na wynajęte samochody i za 2 dni, w momencie przylotu całej ekipy, czekać ze wszystkimi niezbędnymi papierami, tak by prosto z lotniska „gnać w kierunku Chin”. Dyrektywy „szeryfa” są jasne: Każdy dzień przestoju to dla wyprawy straty rzędu 2 – 3 tys. dolarów. Mam ograniczony rozsądkiem budżet na „bakszysze” i czas do wtorku.

16.XII

Ekipa gdzieś tam na Okęciu żegnana tłumem bliskich, a ja tu „dopycham kolanami” (dosłownie) drzwi od Tira. 162 bębny, skrzynie i paczki, a w nich sprzęt i jedzenie – wszystko bez czego nie byłoby tej wyprawy. Ale to nie koniec „azjatyckich pułapek”. Samochód ma do jutro czekać na urzędowym parkingu. Tak? Jeszcze widzę to zdumienie w oczach celnika, gdy na jego urzędową plombę zakładam... dużą jak dwie pięści kłódkę i wymownym gestem chowam klucz do kieszeni. Skąd jesteś – pyta. Polak, ale tak jakby wasz. Widać, że nasz.
Wieczorem kolacja wydana przez kirgiskich przyjaciół. Tu w gronie „mastiorów sporta” spotykam starego znajomego Iliasa, oraz pozostałą trójką naszych wschodnich wspinaczy: Gię  Denisa i Vasię. Ci dwaj ostatni już utytułowani, a kurczę tacy młodzi.

21.XI

Osada Ilka, koniec asfaltu proszę wycieczki!  Choć tak naprawdę asfalt i cywilizacja (prysznic, sedes i te klimaty) skończyła się już Ye Cheng  dzień drogi samochodem stąd.
Wcześniej jednak była  „przepakowka”- przeładunek na mroźnej i zaśnieżonej granicy chińskiej, a potem Kaszgar. Odkąd pierwszy raz „zakosztowałem kurzu” na Jedwabnym Szlaku, jeszcze przed laty w Osz, zawsze marzyłem aby znaleźć się na bazarach Kaszgaru. Kaszgar jest oazą leżącą na styku gór i pustyni. I to nie tej pięknej „wydmastej” z palmami i piramidami w tle. Tu  dookoła surowe w formie i ubogie w  barwy pustkowie, stepy  po którym hulają zimowe wiatry. Teraz zimą – zwykle ubogą w śnieg - „oddech pustyni” ma smak ...kurzu i pyłu.  Wszystko – nawet krzykliwe neony nowoczesny marketów i banków - pokrywa ceglastobrunatny nalot, a my już po paru godzinach dusimy się od kataru i płaczu.
Tu w Ilka - patrząc na lepianki Tadżyków i Ujgurów wprost trudno uwierzyć, że od Kaszgaru dzieli nas parę setek kilometrów a nie lat.
Nazajutrz przyjdzie 70 wielbłądów oraz „cameldrajweży”. Ważenie, załadunek i w drogę! Do przejścia przeszło 100 km: wąwozami zamarzniętych o tej porze rzek, ścieżkami i ścieżynkami wzdłuż skalnych zboczy. Po drodze „na rozgrzewkę” przełęcz Agil (białych kwiatów) „tylko” (!) o 15 metrów wyższa od Mt. Blanca i parę przepraw „na bosaka” (!) po wodzie i śniegu. Surowe piękno i potęga gór umykają jednak w codziennym kieracie karawany. Długie marsze, dotkliwe zimno, nienajlepsza pogoda. Byle do bazy.

24.XII

Dziwna to Wigilia. Jest choinka z ozdobami, papierowy obrus na stole, łamanie się opłatkiem pod rozgwieżdżonym niebem Karakorum. Jest też krążąca jak „fajka pokoju” butelka whisky - bo ogień marnie grzeje na tym przeszło 26-cio stopniowym mrozie.
Przed namiotem z telefonem ustawia się kolejka zamyślonych ludzi. Są tu i tacy dla których to już ...7 Wigilia w Himalajach. Chiński oficer, Rosjanie, pakistańscy tragarze, nepalscy kucharze oraz poganiacze wielbłądów – dumni Tadżyków i flegmatyczni Ujgurowie - patrzą zdziwieni na te nasze polskie obyczaje. Na twardych i zamkniętych w sobie ludzi, którzy roztkliwiają się na myśl o domu.

28.XII

Góra Gór jest piękniejsza, niż to sobie można wyobrazić patrząc na zdjęcia. Siedzę oniemiały. Wygrzewając się (?) w południowym słońcu kontempluję marzenie „które ciałem się stało”. A jeszcze dwa dni temu – doczłapawszy do bazy chińskiej – byliśmy zawiedzieni. Potężna płaska dolina i zero widoku na K2. Tu najbliższej zimy będzie „dom” dla chińskiego oficera łącznikowego i dla tych z nas, którzy będą chcieli, lub musieli odpocząć. O ile na 3800m n.p.m. przy trzydziestostopniowych w nocy mrozach i częstych burzach piaskowych można mówić o jakimkolwiek odpoczynku. Już wkrótce zarówno ja jak i inni docenimy  „kurort w Chińskiej”. Bo jednak chrust i ognisko - więc woda bez reglamentacji, bo w nieliczne pogodne dni, zawsze można pozamykać messę i wykąpać się bez ryzyka zapalenia płuc. Bo coś na tym pustkowiu jednak żyje o czym przekonuje nas sęp który „sępi obiadu” i brykające w okolicy dzikie osły.

31.XII

To już trzeci dzień od momentu jak dotarliśmy na 5100m, gdzie rozrasta się nasza „ABC” – bo tak z angielska nazywamy bazę główną. Jutro pierwsza dwójka rusza „w ścianę” poręczować i tak naprawdę dopiero jutro zaczynamy walkę o Górę. Teraz mogę jedynie pomarzyć o 5100. „Saport Team” okrojony do 3 osób (odpadli Mikołaj, który złamał nogę w przeddzień wyjazdu z Polski oraz Piotr, którego dopadła choroba wysokościowa już w karawanie) razem z piątką pakistańskich tragarzy obozuje w  tzw. bazie przejściowej. Mamy stąd przenieść do „ABC” wszystko co potrzebne do życia i walki o górę przez najbliższe 2 (?) miesiące. Tony jedzenia, sprzętu i paliwa. Brutalnie proste: im szybciej się z tym uwiniemy, tym szybciej nasza trójka ruszy wyżej. Dziś właśnie wypada mi „wolny dzień” i dlatego ...pędzę na Sylwestra do „ABC” z moim osobistymi rzeczami.

8.I

Chciałoby się za Stachurą rzec: „dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny; wysoko...”, a prezentem jest „to co za oknem namiotu”.  Dzisiejszy urodzinowy dzień czuję w nogach i plecach. Kolejny kurs „baza pośrednia” – „ABC” z kolejnym dwudziestoparokilogramowym garbem, a potem w dół 22km, aż do chińskiej. Jutro w chińskiej ogólny wypoczynek, „kąpiele” itp. po to, by pojutrze ruszyć z „telewizorami” – bo tak żartobliwie nazywamy ekipę od korespondencji, nagrywania i wysyłania. A będzie z czym ruszać, oj będzie. Kamery, komputery, łączą satelitarne do tego sprzęt elektryczny typu silnik spalinowy itp. – paręset kilo jak nic. Trzeba będzie to szybko i sprawnie donieść do „ABC”, nie niszcząc po drodze („to nie kawał mięsa, czy makaron, który głodny zje bez względy na obicie i wygląd”). Przerażają nas nie koszta, że niby jeden komputer to przeszło 100 tys. dolarów; ale niepewność, czy to wszystko zagra? Bo my się naharujemy, ale czy sprzęt wytrzyma mrozy i wiatry.
Humory jednak nam dopisują, mamy już obóz I . Trzy dni temu po niespełna pięciu dniach wspinaczki stanął w szczelinie lodowego pola. Ten urodzinowy prezent (w dzień założenia jedynki skończył 53 lata) przypadł szefowi do gustu.

14.I

Kierat, kierat, kierat. A jeszcze miesiąc temu nie uwierzyłbym, że przy dwudziestostopniowych mrozach można się... spocić i rozebrać niemal do kaleson. Można. Można nawet kłusować z ciężkim plecakiem, będąc wyżej niż Mont Blanc. To już blisko 30 raz przebiegam tą trasą i aż nie do wiary, że na początku zajmowało mi to ponad dwa razy więcej czasu. Jakoś dotychczas nie czuję tych trzech setek przeniesionych na plecach i trzystu km w nogach, nie mniej biorę na serio ostrzeżenia lekarza: każdy ma swoją granicę wysiłkową, poza którą jest już „tylko z górki”. Brak tlenu, spalone zapasy tkanki tłuszczowej, zmęczenie psychiczne  i mięśnie, które zaczynasz sam „zjadać”. Na razie na całe szczęście mam „pod górkę” i ufam, że zdążę jeszcze zakosztować wspinaczki powyżej bazy. Ale po kolei. Chciałem bowiem ocalić od zapomnienia mój dzień tragarza.  Zatem: Rano około 8 trzeba wstać. Ósma to niby nie tak wcześnie, ale  tu słońce dochodzi przed 9, a przed świtem nierzadko dwadzieścia parę stopni mrozu. Trzeba coś zjeść przy czym „coś” to zwykle dżemiki, pasztety i rybne konserwy z chlebem; ci z nas, którzy wstają pierwsi załapują się jeszcze na ciapaty – ciepłe placki pieczone przez Pakistańczyków. Mała uwaga, w nocy bywa zazwyczaj pod –30 zatem „coś” ma tę samą temperaturę. Owszem można rozgrzewać to we wrzątku, a chleb na kuchni, niemniej jednak po paru chwilach jedzenie ponownie usiłuje wyrównać temperaturę z otoczeniem. Dlatego często poprzestaję na gorącej herbacie z mlekiem i batonie wziętym na drogę. Wyjście o porannych chłodzie ma tę jeszcze zaletę, że zwykle w tzw. „drugiej alejce” po południu wieje bardziej. Bo wieje tu niemal zawsze. Najpierw nauka chodzenia po wodzie, czyli ślizgiem w poprzek zamarzniętej rzeki. Dalej zakamarki piarżystej moreny lodowca. Przez pierwsze dwa tygodnie zarówno ja, ale również Jacek z Bartkiem (pozostała część Saport Team-u) mieliśmy wrażenie, że za każdym razem robimy ciut nową trasę. Ważne, aby ostatecznie wejść we właściwą ‘alejkę” – tzn. na kamienistą morenę ograniczoną z obu stron pionowo sterczącymi, wysokimi jak przysłowiowa kamienica lodowymi serakami. Tu zwykle dopada nas słońce i zaczynamy się rozbierać. Z czasem przełamuję psychiczne opory (strach!) i wytyczam ścieżkę korytem zamarzniętej lodowej rzeki. O ile opanuje się sztukę „ślizgu pod górę” z dwudziestoparokilogramowym plecakiem skraca to znacznie czas i oszczędza ryzyka zwichnięcia nogi na kamolach bynajmniej nie płaskiej moreny. Ale te seraki! W paru miejscach „pachnie wręcz cmentarzem”, gdy trzeba przejść tunelem pośród wywieszonych nad głową wielotonowych kolumn lodu. Nie powiem, strach daje siłę i szybkość.
Po pierwszej alejce jest „polana” – szeroka przestrzeń, gdzie zwykle dopada nas wiatr w oczy i trzeba albo przyspieszyć, albo zacząć się ubierać. Biada, gdy kogo dopadnie tu śnieżyca, albo zmrok. Zwłaszcza idąc „z góry” od „ABC” można łatwo pomylić wejście w „alejkę” i zagubić się w labiryncie równoległych moren i lodowych seraków. Przed laty lekarz japońskiej wyprawy wyszedł tak z obozu – i do dziś dnia nie znane jest nawet miejsce gdzie zaginął. Z polany, mając już na wprost ogrom północnej ściany K2 – choć dni, gdy widać stąd górę jak na lekarstwo – wchodzi się w „drugą alejkę” wśród seraków. Tu pomimo, że znacznie bezpieczniej – bo już nic nad głową nie wisi – idzie się coraz to wolniej. Winne temu są zaspy śniegu, podejścia i zejścia oraz przenikliwy i porywisty wiatr od Góry, tym silniejszy im bliżej „ABC”. W tej alejce znajdujemy ślady po poprzednikach, jakieś resztki letnich obozowisk. Nasza baza sytuuje się najbliżej góry. Jesteśmy 13 wyprawą na ten filar, a ostatni raz ludzie pokonali tę drogę w 1996r. Od sześciu i pół roku parę mniej lub bardziej licznych zespołów odchodziło stąd z kwitkiem nierzadko osiągając najwyżej wysokość obozu II. Z samej „ABC” do ściany filara pozostaje niecała godzina marszu. Przy czym i tu należy uważać by wracając z góry nie ominąć bazy (patrz japoński lekarz!) w labiryncie podobnych do siebie moren i seraków.
Zrzucając z pleców w „ABC” ciężar zwykle jest się spoconym i dziwnie spogląda się na  opatulonych w puchy kolegów. Ale wystarczy tylko poczekać na przysłowiową herbatę czy zupę, a niechybnie traci się czucie w nogach. Dopiero tu czuje się zimę. Załatwianie „grubszych” potrzeb fizjologicznych, że nie wspomnę o higienie, wymaga nie lada samozaparcia. Tu też nadstawiamy uszu na głosy z góry, a tam wre walka. Kolejne zespoły poręczują bodaj najdłuższy i najtrudniejszy technicznie na całej drodze odcinek do obozu II. Wgryzają się właśnie w barierę skalną. Popłynęła już „pierwsza krew”: ten się obtłukł, ów odmroził lekko palce, inni w ostrym wietrze zdołali założyć mniej lin, niż by się chciało. „Nie będzie tak łatwo, dojście do jedynki to spacer w porównaniu z tym, co wyżej” – powtarzają nam schodzący na wypoczynek do bazy chińskiej koledzy. Wiemy że nie będzie i... sami chcielibyśmy tego doświadczyć. Co z tego, że z racji pracy w świątek-piątek „biali” nazywają mnie Robocop, a Pakistańczycy: Sardar – przewodnik. Mnie „drze” do góry i trudno tę gorączkę ugasić przestrogami starszych: „jeszcze tak ci da popalić, że nie będziesz mógł na nią patrzeć”.
Siedziałoby się w bazie i słuchało co tam „na przodku” (znaczy u góry), tymczasem jednak coraz to dłuższe cienie (gdy jest słońce, a czasami bywa, że jest) seraków i brak czucia w nogach karzą gnać w dół. Wieczorem czekając na kolację i długo po niej słuchamy opowieści starszych, w tym królującego tu niepodzielnie Zbyszka Terlikowskiego. Weteran, bo jak inaczej nazwać człowieka, który zostawił w Himalajach kilka zim i parę lat życia, iluś tam przyjaciół,  zdrowie i nieomal sam nie został na zawsze na Evereście. Dzięki niemu historie znane mi tylko książek stają przed oczyma i tylko myśl, że jutro bez względu na pogodę trzeba będzie do „ABC” każe w końcu iść spać. Człowiek marzy o zakopaniu się w puchy. Przedtem jednak chwila dla stóp. Od czasu odmrożeń i amputacji sprzed dziesięciu laty, blizny dają znać o sobie obtarciami, czy też wręcz ranami. W zasadzie nigdy tak naprawdę się nie zagoiły. Taka karma. Chodzenia i biegania – jak mi kiedyś doradzał jeden lekarz – nie ograniczę, zatem za cenę codziennych higienicznych zabiegów, rany się nie powiększają. Ale muszę szczególnie uważać. Dlatego chodzę najszybciej jak zdołam, to najskuteczniejszy lek. Ponoć Zawada mawiał ze inteligentny alpinista nie odmraża się. Ba, autor tej sentencji tez coś tam stracił. Może sentencja powinna brzmieć „inteligentny odmraża się tylko raz”. Po załatwieniu sprawy odnóży, pozostaje tylko zapakować do śpiwora: buty, rękawiczki, ręcznik, pastę do zębów, skarpety (te najlepiej na pierś lub do kieszeni), słowem wszystko, co rano ma być w miarę suche i nie zamarznięte na kość.

17.I

Zmęczony jak zwierzę nie zawsze mam czas by tęsknić, ale są momenty, gdy tęsknota dopada. Może nawet nie tęsknota, lecz poczucie winy. Mój dzień od świtu do zmierzchu wypełnia praca, a nieliczne „wolne” chwile,  radość że tu jestem. Ja nie muszę czekać, tak jak moi bliscy.

19.I

Lakczu, nepalski kucharz, pyta wprost: ile ci za to płacą? Gdy wyjaśniam mu jak jest, nie może uwierzyć: Ty sam zapłaciłeś za przyjemność bycia tragarzem? Ty być  very strong men, ale również very crazy men!

22.I

Wczoraj cały „Saport Team” na stałe przeniósł się do „ABC”. To cieszy. Ale w bazie nie za wesoło. Ostatnie dni szczególnie dały nam się we znaki. Od połowy stycznia prześladuje nas „wet weather” ze stale wzmagającym się wiatrem. Góry praktycznie nie widać. Praca straciła na impecie. Obóz II, kluczowe miejsce, nadal nie istnieje. To znaczy istniał, ale już nie istnieje. Wiało tak, że Darek z Maćkiem chcieli ewakuować się w nocy. Połamało maszty i namiot praktycznie jest do wymiany. Dodatkowo Maćkowi mróz „pokąsał” palce. Mnie zaś smuci wczorajsza rozmowa z Iliasem. Wśród „wschodniego teamu” nastroje jak na stypie. Parę dni temu trojka z nich ostro pociągnęła do góry. Za cenę spania we trzech w jednym śpiworze i na jednej kalimacie na 6700m n.p.m.– wszystko po to, aby wziąć więcej lin – dociągnęli poręcze do planowanej dwójki.  Mają teraz poczucie, że na wyprawie pracujemy nierówno, że więcej harówy spada na nich. Coraz bardziej widać różnice mentalne, inne podejście do wspinania i coraz bardziej Gia bierze w swoje ręce pałeczkę ich przywódcy. Ilias twierdził, że lschodzą do chińskiego obozu odpocząć i przyjrzeć się, co przez te parę dni zrobią Polacy. Ja jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że ich decyzja o odwrocie zapadła. W przeciwnym razie nie znosiliby raków, kasków i osobistego sprzętu do wspinaczki.

26.I

Nie mogę uwierzyć że tu jestem, że dotykam lodu i skały na tej górze. Ściągam właśnie liny z pierwszego fragmentu ściany. Bynajmniej nie jest to koniec wyprawy. Te 250 m przyda się wyżej.  Cieszę się jak dzieciak pierwszym samodzielnym zadaniem w ścianie.  

28.I

Dziś „przebiegłem się” do jedynki i z powrotem. Jeszcze nie dane mi tam spać ale cieszy, że te setki km w nogach i plecach wychodzone pomiędzy bazami owocują teraz niezłym tempem.
Niestety po powrocie smutne wieści - Rosjanie odchodzą.  Niezależnie od tego czy opuszczą nas wszyscy, czy tylko trójka jest to dla wyprawy duża strata.

Etomite »

blogK2.com

« Error »

Etomite encountered the following error while attempting to parse the requested resource:
« PHP Parse Error »
 
PHP error debug
  Error: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/blogk2/public_html/index.php:1996) 
  Error type/ Nr.: Warning - 2 
  File: /home/blogk2/public_html/index.php 
  Line: 404 
  Line 404 source: header('Content-Type: '.$type.'; charset='.$this->config['etomite_charset']);  
 
Parser timing
  MySQL: 0.0122 s s(50 Requests)
  PHP: 0.0216 s s 
  Total: 0.0337 s s