Wyprawa po pewność...

Wycie wiatru potęguje w nas poczucie osamotnienia. Łoskot jest tak ogromny, że aby porozumieć się w bądź co bądź małej i osłoniętej przestrzeni namiotu trzeba krzyczeć. Ale o czym krzyczeć, gdy sytuacja jest ewidentna? Albo namiot podpierany wszystkim co mamy i nami samymi wytrzyma napór huraganowego wiatru i śnieżycy, albo... Jesteśmy zdani tyko na siebie, no i na pastwę żywiołów. To będzie długą noc i nie zanosi się na sen. Kompletnie ubrani czekamy, modląc się w duchu, aby „nasz staruszek namiot” zaprawiony w bojach na graniach Piku Lenina i Chan Tengri  jeszcze raz pokazał klasę. Solennie obiecujemy mu emeryturę z klimatyzowaną gablotą w muzeum, jeżeli tylko uchroni nas przed tym co na zewnątrz. Nie mogąc spać i rozmawiać pogrążam się w myślach, które nieodmiennie krążą wokół zaginionych.


Końcem czerwca lądujemy w Gornoałtajsku. Dzięki wcześniejszym ustaleniom, praktycznie już w dobę z  od opuszczenia kraju jesteśmy w centrali służb ratunkowych. Wojciech z mandatu rodziny Kamila przygotował nasze poszukiwania. Na miejscu czekają już wszelkie papiery, wynajęty samochód i miejscowi przewodnicy. Dzięki temu „zyskujemy” co najmniej 2 dni, które mogą być nadzwyczaj ważne w górach. Co prawda planując akcję w dwóch grupach oczekiwałem nieco większej liczby Rosjan, ale życie potem pokaże, że byłoby to ze względów bezpieczeństwa niemożliwym, zaś nasz dójka towarzyszy dzielnie wywiąże się ze swoją pracy. Niestety sprawdziły się moje obawy co do sprzętu, jakim dysponują tu ratownicy. Nasze radia i GPS-y budzą podziw i... zazdrość miejscowych „spasatieli”. Liczyliśmy po cichu, że zwłaszcza radia zapewnią nam łączność z większą liczbą ratowników, ale tu takich ręcznych „niet”. Zdani będziemy też na ich „patenty” gdy chodzi o akcesoria biwakowe, liny i jedzenie. Musimy się przeprosić z nieśmiertelną, bo pamiętająca zapewne pierwszych zdobywców Ewerestu, maszynką na benzynę, na nowo polubimy słoninę, suszonego łosia, świeżą cebulę i inne wynalazki sowietskiego alpinizmu.
Mimo pośpiechu nie szkoda mi czasu na rozmowy z ratownikami i poślęczenie nad mapą. Dość szybko orientuję się, że jest to konieczne, gdyż po stronie rosyjskiej działają służby: federalna, republikańska i prywatne agencje górskie. Dodatkowo góra leży na granicy z Kazachstanem i po drugiej stronie tak samo istnieją 3 rodz. służb poszukiwawczych. Ba – choć szeregowi ratownicy znają się, to szefowie praktycznie ze sobą nie współpracują. W ubiegłorocznych poszukiwaniach brały udział wszystkie służby rosyjskie, ale każda na swym odcinku. Będąc koordynowanymi przez „ministra spraw nadzwyczajnych” nie za bardzo interesowały się, co robi reszta. Z racji ich kontaktów osobistych udaje mi się dotrzeć do uczestników każdej grupy i każdego etapu poprzednich poszukiwań. Nawiasem mówiąc pilota latającego w listopadzie dopytuję o szczegóły... zażywając z nim rosyjskiej łaźni, a operatora nakręconego i przekazanego rodzinom filmu z poszukiwań - przy urodzinowej libacji. Dzięki temu tworzę mapę działania Rosjan. Moja koncepcja szukania pomiędzy przełęczami Diełane a TKT, czyli w misie lodowca Miensu, jest coraz bardziej zasadna. Jesienią i zimą przeszukano doliny zejściowe z tegoż lodowca aż do bram nieprzebytych lodospadów, a desant ze śmigłowca spenetrował okolice szczytu. Stąd między innymi wniosek, że chłopcy na nim nie byli, gdyż nie pozostawili zwyczajowego meldunku o wejściu. Nad samym lodowcem krążył śmigłowiec ale tylko tam, gdzie możliwym to było bez narażania załogi. O ile zaginieni weszli powyżej przełęczy Diełane, trzeba przede wszystkim przeszukać oba piętra misy lodowca. Ale czy weszli?
Co do wątku kazachstańskiej doliny, której zimą nikt nawet nie próbował przeszukać, choć podzielam zdanie ratowników, że mało prawdopodobnym jest zawędrowanie tam chłopców, to jednak spotkanie z owym głównodowodzącym poszukiwaniami ministrem wykorzystuję, aby wymóc na nim obietnicę, że poruszy tę sprawę ze swoim kolegą po drugiej stronie granicy. Jak się potem okazało, dotrzymał słowa,  gdyż podczas organizowanej tam latem „alpinady” wszyscy wyruszający w góry otrzymywali ulotki z informacjami o zaginionych.

Trzy dni później po meczących wybojach ałtajskich bezdroży, oraz wędrówce przez tajgę, która w tym roku nawet naszych „gidów” zaskakuje obfitością kleszczy i komarów, docieramy do bazy nad jeziorem Akkiemskim. Nomen omen przypada nam nocleg w domku nr. 4 - tym samym który 8 miesięcy wcześniej gościł Kamila i Aliego. Zarówno tu jak i w schronie na Tomskich Stajankach pod przełęczą odnajdujemy ślady chłopców:  polskie jedzenie, zbędny we wspinaczce sprzęt, książka. Tu też ostatecznie docieramy do najważniejszych w naszych poszukiwaniach poszlak. W/g relacji pracowników położonej nieopodal stacji meteorolog. nocował u nich samotny turysta z Moskwy, który w tydzień po wyjściu zaginionych z bazy, widział resztki śladów wiodących na przełęcz. Ponadto udaje się nam na podstawie rejestrów obserwacji odtworzyć pogodę sprzed roku. Zwłaszcza ostatnie odkrycie rozwiewa wszelkie wątpliwości, ale i napawa smutkiem. Przez dwa dni zaginieni mieli wyjątkowo dobrą pogodę. Warunki niczym w babie lato w Tatrach: leki mrozik nocą, parę naście stopni powyżej zera w dzień i bezchmurne niebo. Dwa dni wypogodzenia to akurat tyle żeby skusić. W tym czasie da się dojść dokładnie do misy lodowca Miensu i zanocować gdzieś na jego potężnych tarasach. Ale to za mało żeby wejść na szczyt.
Pomimo niepewnej od paru dni pogody postanawiamy wyruszyć poza przełęcz. Zebraliśmy wszelkie możliwe poszlaki i nie pozostaje nic innego, jak szukać na lodowcu. Starannie przygotowujemy sprzęt i zapasy. Droga do szczytu i z powrotem zwykle zabiera około 5 dni. My idziemy na blisko dwa razy więcej i mamy być niezależni od pogody. Ponadto bierzemy sporo sprzętu potrzebnego przy penetracji lodowcowych szczelin. Owocuje to nadzwyczaj obfitymi plecakami całej naszej czwórki. W ten sposób objuczeni a ponadto „bawiąc się w ciuciubabkę” z goniącym nas deszczem stosunkowo szybko docieramy do schronu na Tomskich Stajankach. Gdy byłem tu przed blisko dziesięciu laty nocleg przypadał w namiocie. Teraz przestronny bungalow z pryczami, stołem i piecem mile koi zmęczenie. Morena Tomskich Stajanek malowniczo położona przy samej północnej ścianie masywu Biełuchy słynie z jeszcze jednej osobliwości. Pamiętam sprzed lat symboliczny cmentarz. Teraz w samym jego centrum stoi schron a tabliczek jakby przybyło.

Nazajutrz wyruszamy skoro świt. Ostatnie dni przyniosły obfite jak na tę porę roku opady śniegu. Podchodząc pod przełęcz trawersujemy świeże lawiniska z Piku Diełane. Dlatego pomimo kopnego śniegu staramy się iść jak najszybciej. Dzięki temu już około południa stajemy na przełęczy. Począwszy od tego miejsca rozpościera się teren naszych poszukiwań. Mimowolnie patrzę na grań Piku Diełane. Onegdaj samotnie wspinałem się na prawo od dzisiejszego szlaku i osobiście miałem okazję sprawdzić, że droga na Biełuche „nie jest ewidentna”. Wtedy, zboczywszy od szlaku zaledwie o parędziesiąt metrów,  zaraz za ostrzem przełęczy „wylądowałem” w zboczu poprzecinanym szczelinami niczym szwajcarski ser. Trzeba nie lada doświadczenia - i co tu mówić – szczęścia, aby po paruset metrowej wspinaczce idealnie litym zboczem, widząc już na wyciągnięcie ręki – bo o zaledwie dwie długości liny – płaską przestrzeń górnego tarasu lodowca Miensu, umieć dostrzec te pułapki. Przełęcz jest tu rozległa i wydawać by się mogło, że równie bezpieczna na całej szerokości prowadzącego do niej zbocza. Nie mogę się oprzeć myśli, że chłopcy weszli tu na przysłowiowe „minowe pole”. Poprzednie doświadczenia Kamila i Alego z wysokością w górach Tien Szan dotyczyło wspinaczki trudnej ale ewidentnej. Stare liny poręczowe, trasery, obecność innych wypraw – to wszystko wspierało psychicznie ich trud. Z chwilą przekroczenia tej przełęczy – czy sobie zdawali z tego sprawę czy nie – skazywali się na samotną walkę bez „żadnych podpowiedzi”. Idąc dalej powinni mieć świadomość – przed tym przestrzegałem Kamila - że każdy krok poza nią wprowadza ich w coś, czego jeszcze w górach nie zaznali.
Ponieważ poszukiwania mamy rozpocząć od tego miejsca - zaraz za przełączą, jeszcze na górnym tarasie lodowca, nieopodal potężnego uskoku rozbijamy obóz i zabieramy się za pracę. Odtąd każdą chwilę względnej pogody przeznaczamy na żmudne przeczesywanie zakamarków lodowej pustki. Już następnego dnia wiadomym się staje, że penetracja dolnego piętra Miensu jest praktycznie niemożliwa. Potężna, gigantyczna wręcz lawina seraków, która zeszła ze zbocza Piku Diełane ściele się w poprzek ścieżki grubym na parę metrów zwałem lodowych bloków. Jakiekolwiek ślady tego odcinka drogi na lata zostały przysypane przez te rumowisko. Owszem przejdziemy je  w rekonesansie, ale tylko po to, aby przekonać się o naszej bezradności wobec rozmiarów kataklizmu. Ponieważ naocznie przekonujemy się o nierealności zejścia z Miensu w dolinę rzeki Argut, gdzie zaledwie o parę godz. drogi od lodospadu myśliwi wznieśli ziemiankę, pozostaje nam poświęcić cały zapas sił i czasu na penetrację  górnego tarasu oraz zejścia na dolny aż do terenu niknącego pod lawiniskiem. Szczelina po szczelinie wgryzamy się w czeluści lodowca. Dopiero z tej perspektywy: krecich korytarzy, ukrytych rozpadlin i fantastycznych komnat, które przebywamy „z duszą na ramieniu” dostrzegamy cała prawdę o niebezpieczeństwach czyhających na wydawałoby się stosunkowo prostym lodowcu.
Nasze wysiłki są „nie w smak” górze, gdyż pogoda dotychczas niepewna ostatecznie psuje się na dobre. Biełucha zdaje się chce nas ukarać, za bezczelne zgłębianie jej pułapek. Powtarza się scenariusz z jesiennej wyprawy Kamila i Aliego, początkowe załamanie przeradza się w istne piekło. Siedząc teraz w jego centrum mimowolnie porównuję nasze sytuacje.
Świadom jestem że nas od zbawczego schronu dzieli zaledwie pół dnia drogi, ich zaś 2 dni pogody zwabiły zapewne dalej, a tam rankiem trzeciego - przyszło nieoczekiwane. Zapewne obudzili się w jeszcze stosunkowo małym opadzie śniegu i nie największym wietrze, ale za to przy niemal zerowej widoczności. Będąc o dzień drogi od szczytu, mając jeszcze w pamięci dobrą pogodę, pod ręką zapasy jedzenia i czasu człowiek nawet nie pomyśli o zawróceniu, a co dopiero o ucieczce. Słychać pomruki lawin a nie widać skąd leci, w pamięci są mijane poprzednio po obu stronach szlaku szczeliny. Wszystko to razem karze „przeczekiwać”. Już pod wieczór załamanie pogody okazuje się być kataklizmem. Trzeciego dnia huraganu w bazie nad jeziorem spadło blisko metr śniegu a wiatr w porywach osiągał ponad sto parędziesiąt km na godz. Meteorolodzy pokazywali nam stalowy maszt anteny o grubości mojej ręki, który tamta nawałnica odgięła ponad metr od pionu. Burza trwała łącznie 6 dni. Czy chłopcy zdołali je przetrwać, czy też straciwszy namiot  zmuszeni byli walczyć o życie? Wychłodzenie, wycieńczenie – w takich warunkach trudno mówić o oddychaniu a co dopiero o marszu. A nawet gdyby, to gdzie?  Szczeliny, seraki? Przy obciążeniu świeżym śniegiem  i bez widoczności...
 A może było inaczej, może podczas snu. Jakże łatwo rozbić namiot nawet w pogodny dzień na miejscu, które tylko wydaje się być bezpieczne; na nawisie, szczelinie, która za dzień dwa pokaże swoją żarłoczność. Można też źle ocenić odległość od otaczających stoków przykładając do nich tatrzańską czy też alpejską miarę. Rzadko gdzie widziałem tak rozległe lawiniska i trzeba naprawdę sporego doświadczenia i wyobraźni, aby w pogodny dzień wędrując po stosunkowo nie nastromionym lodowcu ujrzeć zagrożenia czyhające tu podczas burzy. Praktycznie pomiędzy obiema przełęczami istnieje tylko jedno miejsce – tu gdzie rozbiliśmy namioty - nie zagrożone lawinami i oddalone zarówno od przepaści jak i od większych szczelin. Ale wszystko wskazuje na to, że chłopcy tu się nie zatrzymali. Tu nikt z idących na Biełuchę nie nocuje. Za daleko, by w ciągu jednego dnia dotrzeć do szczytu i wrócić, a ponadto leży ono o pół dnia od poprzedniego noclegu. Kto w ładny pogodny dzień zanocuje około południa widząc poniżej dalszą drogę po, wydawać by się mogło, w miarą nietrudnym lodowcu. Niestety nie mogli dotrzeć jeszcze tego samego dnia do przeł. TKT... A nawet gdyby, stamtąd w huraganie wrócić jeszcze trudniej, bo nawet doświadczony Kola, będący poprzednio na szczycie blisko 20 razy, musiał się poddać nie mogąc znaleźć zejścia z grani. My mieliśmy GPS-a z naniesionymi przeze mnie skrzętnie namiarami przebytej drogi; nas wtedy nie goniła nawałnica lecz tylko niski pował chmur.

Gdy dwa dni później układam symboliczny kopczyk na Tomskich Stajankach jestem przekonany, że zrobiliśmy wszystko cokolwiek jest w ludzkiej mocy. Można by było próbować wejść jeszcze w parę szczelin, wytrwać na lodowcu jeszcze parę dni, ale to nie zmieniłoby faktu, że góra zazdrośnie ukryła tajemnicę zaginięcia Kamila i Aleksandra, tak jak wielu przed nimi. Można tylko w pokorze uznać jej prawo do tego, wszak chłopcy sami zawierzyli jej swój los.

 

Etomite »

blogK2.com

« Error »

Etomite encountered the following error while attempting to parse the requested resource:
« PHP Parse Error »
 
PHP error debug
  Error: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/blogk2/public_html/index.php:1996) 
  Error type/ Nr.: Warning - 2 
  File: /home/blogk2/public_html/index.php 
  Line: 404 
  Line 404 source: header('Content-Type: '.$type.'; charset='.$this->config['etomite_charset']);  
 
Parser timing
  MySQL: 0.0340 s s(51 Requests)
  PHP: 0.0095 s s 
  Total: 0.0435 s s