Ponad ludzką miarę...

altaj01.jpgOd paru godzin mój pokój zwolna staje się mapą Ałtaju: pod oknem raporty rosyjskich ratowników; w centrum zdjęcia, mapy i schematy wspinaczkowe; na lewo korespondencja z rodzinami; dalej maile pomiędzy Kamilem i Alim, pod drzwiami notatki dla prasy. Szukam właśnie jakiegoś wolnego skrawka podłogi na opinie o chłopcach kolegów-partnerów wspinaczek i moje internetowe dyskusje z Piotrem i Wojtkiem. Przechodzę od kartki do kartki: rozkładam, przeglądam, zakreślam i wycinam. Co jakiś czas przeskakuję nad mapą Katuńskiego Grzbietu do stołu, by zanotować to, do czego się dokopałem.

Od akcji ratunkowej w masywie Biełuchy – tej nagłośnionej przez media w połowie listopada - minęło już blisko półtorej miesiąca. Czyżbym kopiąc wśród tych papierzysk nadal samotnie szukał? A może uspokajam sumienie? Bo choć rozsądek nakazywał wtedy, w listopadzie pozostanie w kraju i pracę przy koordynowaniu poszukiwań oraz troskę o ich bliskich, to jednak zawsze pozostaje niedosyt i pytanie, czy gdybym tam był...?

Za parę dni - na przełomie grudnia i stycznia, tym razem już bez „szumu w mediach” poszukiwania mają być wznowione. Rodziny niepogodzone z brakiem jakiegokolwiek śladu, pragną wynająć grupę przewodników, a ja – mimo że sceptycznie nastawiony do tych poczynań – tak jak i zapewne Piotr w Krakowie - ślęczę i przygotowuję swoją cząstkę „mapy działania”.

Warto jednak opowiedzieć od początku.

Kamil zadzwonił do mnie dosłownie w przededniu wyjazdu w Ałtaj. Dopinał długo planowaną wyprawę, a dowiedziawszy się, że i ja tam „walczyłem”, chciał dopytać o „patenty” w dotarciu pod górę i o nią samą. Z wielu pytań jakimi mnie wtedy zasypał, szczególnie jedno wryło mi się w pamięć: „A czy drogą z przełęczy Diełane na szczyt jest ewidentna?”. Droga nie jest trudna technicznie, jej odcinek poprzez lod. Miensu wydaje się być wręcz „turystyczny”, ale to tylko złudzenie. Szeroka misa lodowca w złą pogodę może stać się śmiertelną pułapką. Pełno tam ukrytych szczelin, a stoki masywu, który należy obejść w drodze na szczyt, plują lawinami z natężeniem, jakiego nie widziałem nawet w o wiele wyższych górach. Przed laty właśnie na tym lodowcu zaskoczyła moją grupę nawałnica, która nasz powrót przekształciła w walkę o życie. O tych nagłych zmianach pogody, potężnych przestrzeniach i czyhających wespół z lawinami ogromnych szczelinach opowiedziałem memu rozmówcy. Zaskoczył mnie termin wyjazdu. Październik, jako początek zimy, to okres największych opadów śniegu. ”Albo już, albo za chwilę zaczną się tam słynne z intensywności „śniegopady”. Jedźcie w styczniu, lutym. Środkiem zimy będzie i do –40*C ale nie będzie lawin, no i widoczność” – przestrzegałem. Ja miałem jeszcze przeglądnąć notatki i mapy, a Kamil skontaktować się ze mną nazajutrz.

Chłopcy nie zadzwonili. Następnego dnia wieczorem byli już w drodze. 

Dwójka Polaków: Kamil Michalik z Wieliczki i Aleksander „Ali” Kuś z Warszawy od blisko pół roku przygotowywała wyjazd w Ałtaj. Miała to być ich druga wyprawa w góry Azji. Tym razem obrali za cel leżąca na pograniczu Republiki Ałtaj i Kazachstanu najwyższą gorę Syberii liczącą 4506m n.p.m. Biełuchę. Dlaczego właśnie tam? W porównaniu z ich poprzednimi doświadczeniami w Tien Szan, gdzie Kamil otarł się o 6 tys. a Ali wszedł na Chan Tengri (7010m n.p.m.), wysokość Biełuchy nie rzuca na kolana, a wycena trudności planowanej przez nich wspinaczki - „rosyjskie 4A” - nie stanowi pożywki dla „amatorów sporych dawek adrenaliny”. Nie dowiemy się już czy może urzekła ich magia czakramu, jaka otacza Górę za sprawą światowej sławy filozofa i malarza Roericha. Czy tez raczej wieść o pięknie bielejącego pośród tajgi olbrzymiego masywu, lub wyzwanie jakie niesie w sobie każde „naj” – najwyższa góra Syberii. Faktem jest, że wzmianki o kultycznym znaczeniu góry, pojawiają się w korespondencji chłopców już na etapie poszukiwania materiałów opisujących drogi wspinaczkowe, zatem po podjęciu decyzji o wyjeździe.

Drogą lądową via Moskwa, Nowosybirsk, Gornoałtajsk około 8 X docierają do ostatniej osady na drodze w góry. Dalej już tylko wiszący drewniany most na rzece Katuń i w świecie tajgi wszelka cywilizacja pozostaje tylko wspomnieniem. Po dwóch dniach wędrówki Kamil z Alim docierają nad jezioro Akiemskie, gdzie w malowniczej scenerii na przedpolu północnej ściany masywu Biełuchy umiejscowiona jest stacja meteorologiczna i baza ratowników. Jeden z nich wspomina później: „Panowały wówczas dość znośne warunki pogodowe (...)Kamil i Aleksander zamieszkali w domku nr 4. Pomogliśmy im rozpalić w piecu i poczęstowaliśmy herbatą. Następnego dnia (...) zaproponowaliśmy, aby wykonali aklimatyzacyjne wejście na sąsiadujący z jeziorem szczyt Bronia. Poszli we dwójkę i wrócili po zmroku orientując się na światła bazy. 12 X ponownie gościli u nas na herbacie, ale odmówili poczęstunku (mieliśmy trochę mięsa) wyjaśniając że są wegetarianami. Tego dnia rozpaliliśmy w łaźni i chłopcy skorzystali z niej.(...) Spytaliśmy, dlaczego wybrali się w góry w październiku, w ciągu roku akademickiego; Ali odpowiedział że akurat mogli się wyrwać na parę tygodni”.

Wyjazd rzeczywiście nie mógł mieć miejsca ani w lipcu, ani w sierpniu z powodu poważnej choroby i przedłużającego się pobytu w szpitalu matki jednego z nich. Na początku zaś września Kamil wyjechał w Alpy jako lider grupy zamierzającej wejść na Mont Blanc. Pozostaje tajemnicą dlaczego nie wyruszyli zaraz po powrocie Kamila z Alp. Najprawdopodobniej czekali jeszcze na dołączenie do grupy kolegi przebywającego za granicą, który jednak ostatecznie zawitał do kraju, gdy chłopcy byli już w drodze do Moskwy.

Wracając do opowiadania ratownika: „Ponieważ pogoda nie była pewna, poradziliśmy im, aby spróbowali dotrzeć do przełęczy Diełane, ale pod żadnym pozorem dalej. Obiecali, że nie pójdą. 13 X po wspólnym śniadaniu chłopcy pozostawili cześć swoich rzeczy w depozycie w bazie i wyruszyli w stronę przełęczy”. Tego dnia wieczorem dwójkę ratowników po miesięcznym dyżurze zmienili koledzy. Fakt ten mógł mieć o tyle znaczenie dla dalszego przebiegu wypadków, że ratownicy którzy poznali i polubili chłopców, a co więcej – ostrzegali [zakazywali?] ich przed wchodzeniem poza przełęcz, przez następne około 4 doby będą w drodze, a oddalając się od gór nie są w stanie odgadnąć warunków pogodowych w rejonie Biełuchy. Nawet po przybyciu do Gornoałtajska nie wszczynają alarmu, a to za przyczyną terminu jaki chłopcy wyznaczyli sobie na datę powrotu z gór: 25 X.  

Minęły przeszło dwa tygodni odkąd ostatni raz widziano Polaków. W miedzy czasie trójka ratowników około 25 X weszła na przełęcz w celu rekonesansu, ale nie wszczynano poszukiwań. Wspomniany rekonesans, a także przelot helikoptera nad masywem organizowane były niejako „po drodze” przy okazji innych zadań. Rosyjskie służby tłumaczą to, nie wykupieniem przez chłopców ubezpieczenia od kosztów akcji ratunkowej.

Końcem października posyłam „powitalnego” sms-a na nr komórki Kamila. Wobec braku odzewu, ponawiam to po paru dniach, a następnie wysyłam maila: „czy mam się już niepokoić, czy tylko zasiedzieliście się na Syberii?”

Na ten list odpowiada mi... mama Kamila. Okazuje się ze zaniepokojona brakiem wiadomości od syna już od przeszło tygodnia najdosłowniej porusza niebo i ziemię. Wiedziona złymi przeczuciami w pierwszym odruchu dzwoni 3 i 4 XI do Polskiej Ambasady w Moskwie, gdzie słyszy, że dzieci tak mają, iż się zawieruszają i trzeba być dobrej myśli. Mimo tego uspokajającego tonu 5 XI pani Michalik przesyła do Ambasady oficjalne zawiadomienie o zaginięciu wraz z mapą terenu w który pojechali chłopcy. W przeciągu następnych paru dni szukając po omacku poprzez znajomych, internet, polskie agendy naukowe; dzwoniąc godzinami po całej Polsce i sporej części Rosji dociera do Wojtka Grzelaka – Polaka zamieszkałego w Ałtaju, który potem odda nieocenioną pomoc w łączności ze służbami ratunkowymi i koordynującemu wszystkie ekipy poszukiwawcze w Ałtaju. Mama Kamila odnajduje także numery telefonu baz meteorologicznych w Ałtaju oraz znajduje telefon do służb ratunkowych w Gornoałtajsku, tych którzy widzieli chłopców po raz ostatni i którzy zaczynają głośno mówić o konieczności poszukiwań z użyciem większej liczby ratowników i śmigłowców. Wszystkie te namiary i wiadomości p. Michalik przekazuje Polskiej Ambasadzie w Moskwie, a widząc jej bierność, rodziny zaginionych postanawiają „brać sprawy w swoje ręce”. Po telefonie matki Kamila dołączam do poszukiwań deklarując gotowość nawet natychmiastowego wyjazdu w Ałtaj, ale uwrażliwiam bliskich na kwestię szybkości i skali poszukiwań. Rosjanie mają rację: tu trzeba sporej grupy ludzi i sprzętu, ba trzeba tego „na wczoraj”. Efektywniejszą będzie moja pomoc w kwestiach logistycznych. Tym bardziej, że poszukiwania ma koordynować znany mi sprzed lat Walery Jakubowski – legenda służb ratowniczych Ałtaju. Poza tym wspomniany wcześniej Wojciech doskonale spełnia rolę pośrednika pomiędzy Rodzinami, ratownikami i ...mediami. Coraz bardziej bowiem widać ze bez ich oddźwięku „naszych w Moskwie nic nie ruszy”. Razem z przyjacielem Piotrem Zabawą z Krakowa z racji znajomości rejonu Biełuchy zbieramy wszelkie możliwe wiadomości o Kamilu i Alim: jak się wspinali dotychczas: gdzie, jakiego sprzętu używali? Analizujemy udostępnione przez bliskich maile, jakie na temat przygotowywanej wyprawy wymieniali ze sobą. Wszystko po to, by odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie należy zwrócić szczególną uwagę podczas poszukiwań? Wnioski przekazujemy bądź Wojciechowi, bądź bezpośrednio służbom w Ałtaju. W tej pracy dochodzą nas echa rozmów pomiędzy oficjelami a rodzinami zaginionych. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że Ambasada decyduje się pomóc niejako z jednej strony pod naporem mediów w Polsce, z drugiej zdając sobie sprawę, że była sprawcą przeszło tygodniowego opóźnienia. Niestety i teraz nie brak w tej pomocy, akcentów nieprzyjemnych by nie powiedzieć bezdusznych. Np. przy deklaracji pokrycia większości kosztów akcji ratunkowej przez MSZ (chwała im za to!) blisko trzydniowe jeszcze zwlekanie „bo nie ma na koncie potwierdzenia przesłania przez rodziny ich części środków na poszukiwania” (!)”, a gdy zdesperowane rodziny w pośpiechu faksują dowody wpłaty do MSZ, nazajutrz w Moskwie „nikt o tym nie wie”.

Media, które odegrały dotychczas pozytywną rolę w „popędzaniu czynników oficjalnych” w momencie poszukiwań ukazały swoją drapieżność. Jeszcze dziś pamiętam rozpacz wypłakującej się przy mnie matki, która dowiaduje się o faktach, prognozach i powątpiewaniach na zasadzie „to sąsiadka nie słyszała? A w radio powiedzieli... że nie ma już żadnej nadziei”. Moja kłótnia „o pryncypia” z bądź co bądź przychylnym sprawie kolegą od mediów nic nie dała. Bombardując wcześniej gazety, portale i radio numerami telefonów na wschodzie rodziny poruszyły lawinę. Nie mogłem zrozumieć, a przede wszystkim wytłumaczyć zrozpaczonym bliskim, dlaczego tych, których stać na telekonferencje z Azją nie stać na krotki telefon Kraków-Wieliczka uprzedzający o smutnych „newsach” – tym bardziej, że nie było by tych serwisów, gdyby nie namiary zdobyte od tychże bliskich.

Obojgu z Piotrem ciążyła nam wiedza. Docierając do faktów poprzedzających poszukiwania, coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że na lodowcach masywu Biełuchy można będzie znaleźć tylko... ciała. Jeżeli żyją już dawno musieli zejść w doliny – pisałem około 14 XI do Piotra i Wojtka - jedzenie skończyło im się blisko 3 tygodnie temu i nie ma szans, aby pozostając na lodowcach przeżyli. Dlatego równocześnie z przeczesywaniem zaplanowanej drogi wejścia na szczyt, konieczne wydawały nam się zwiady do okalających Biełuchę dolin. Tym bardziej, że tak naprawdę nikt nie wie, czy zaginieni weszli poza przełącz, bo ostatnie miejsce gdzie ich widziano to baza ratowników nad jeziorem, a znalezione w domku nieopodal przełęczy rzeczy (część jedzenia na powrót, kartki pocztowe itp.) wcale nie przesądzają sprawy podjęcia przez chłopców wspinaczki. Tak, ale taki zwiady osłabi ilość zaangażowanych w przeczesywanie lodowców, a w tajdze porastającej doliny lepsze od helikoptera ...będą konie. Nie ma gotowych odpowiedzi na te dylematy. Sami Rosjanie zadecydowali, że główne siły przeszukają drogę klasyczną na szczyt.

Przez blisko tydzień – do czasu powrotu ratowników na „łono cywilizacji” brak było jakichkolwiek wieści. Potem przyszło, to co przeczuwane. Pomimo blisko dwudziestu osób bezpośrednio poszukujących, pomimo helikoptera oblatującego teren, pomimo „desantu” w okolicach szczytu - ani skrawka śladu. Owszem w końcowej fazie ratownicy zapuścili się w dwie z okalających masyw doliny, ale kończący się okres dobrej pogody, a także zapewne przekonanie, że Biełucha zabrała chłopców, jak zabierała przed nimi już nieraz, często bardziej doświadczonych, szybko zakończyły tę penetrację.

Rodziny nie chcąc pogodzić się z brakiem jakichkolwiek śladów chwytały się każdej myśli, nawet tej, że Rosjanie coś przeoczyli. Mi niestety przypadła rola - czy tez raczej sam siebie na nią skazałem – wyraźnie wypowiedzieć, o czy wcześniej ze sobą rozmawialiśmy: nie ma szans, aby pozostając na lodowcach przeżyli. Nie było takich szans już w momencie rozpoczęcia akcji ratunkowej. Nie ma sensu naciskać, aby akcja, oficjalnie przerwana z powodu złej pogody, była kontynuowana w obecnej formie. Czas i pogoda zatarły ślady, a kolejne grupy, to ryzyko, że komuś w końcu coś się stanie. Tym bardziej że Rosjanie wobec skali zastosowanych środków nie wierzą by mogli uczynić cośkolwiek więcej. Na lodowcu nie przeżyliby, ale czy nie zeszli w doliny? Taka możliwość istnieje. Osobiście jestem za odłożeniem poszukiwań do wiosny: jeżeli przeżyli miesiąc to znaczy, że ktoś trzeci im pomaga: może pasterze, myśliwi? A skoro tak, to z pewnością tacy opiekunowie albo sami spróbują zawiadomić władze, albo to po prostu do wiosny jest niemożliwe. Zdarzyło się już w Ałtaju, że grupę podróżujących zima odcięła na parę miesięcy od cywilizacji. Niemniej jednak rozumiem niecierpliwość rodzin i ich naleganie, dlatego ślęczę teraz nad mapą mojej podłogi i śledzę kierunki takich poszukiwań. Tak naprawdę są trzy duże doliny, które należałoby sprawdzić. Problemem jest ta trzecia, bo leży już po stronie Kazachstanu, i z relacji ratowników – to jeszcze większe i rozleglejsze pustkowie niż strona rosyjska. Siłą rzeczy penetracją ograniczy się do rosyjskiej części masywu co i tak stanowi 80 % terenu. Ponadto ratownicy utrzymują, że na stosunkowo płaskim lodowcu Berelskim, schodzącym w tę kazachską dolinę, jeżeli ktoś zdoła już przejść strefę szczelin ma przed sobą ni mniej ni więcej tylko 18 km lodowca z blisko dwumetrową pokrywą śniegu.

Tym razem cały ciężar finansowy (koszty transportu, aprowizacji i wynagrodzenie dla ratowników) spoczywa na bliskich Kamila i Aliego, a całość pracy przygotowawczej na miejscu podejmuje się Wojtek.

W każdą z dolin wyrusza dwójka ratowników, gdzie można konno, gdzie się nie da - na nartach. Ich zadaniem jest spenetrować każdą osadę, każdy szałas, ziemiankę. Mają przy tym rozdawać wśród myśliwych i pasterzy ulotki ze zdjęciami i opisem chłopców.

Początek stycznia, gdy poszczególne grupy powracają ze zwiadu, przynosi kolejne rozczarowanie. Owszem – jest nadzieja, że setki rozdanych ulotek sprawiły, iż nie ma chyba w Katuńskim Grzbiecie człowieka, który by nie słyszał o zaginionych. Ale nie tego oczekiwali bliscy. Pozostaje tylko czekać do wiosny i sukcesywnie ponawiać akcję informacyjną. Z racji rozgłosu jaki miały listopadowe poszukiwania urzędnicy administracji rosyjskiej (w tym minister odpowiedzialny za służby ratunkowe, milicję i leśników) ochoczo przyrzekają naciskać na „podwładnych w terenie”.

Tak przemija, kwiecień i maj. W Ałtaju na dobre rozgościła się wiosna, myśliwi uganiający się za zwierzyną zeszli w doliny na uzupełnienie zapasów i coraz bardziej jasnym się staje, że nie ma śladu po Kamilu i Alim. Zrozpaczona mama Kamila, żyjąca do tej pory myślą, że na wiosnę zobaczy syna, staje wobec faktu braku jakichkolwiek wiadomości.

Znowu powraca pytanie szukać czy nie, a jak szukać to gdzie? Zdaję sobie sprawę, że takie poszukiwania można prowadzić w nieskończoność. Bywały wypadki odnajdywania ciał zaginionych po wielu latach czy też dekadach, zawsze jednak było to dzieło przypadku. Z drugiej strony, strata kogoś bliskiego, beż żadnego namacalnego śladu, stanowi pożywkę dla wyobrażeń. Chociażby takich, że ratownicy w poszukiwaniach byli tendencyjni [wielokrotnie utwierdzani w przekonaniu, że góra „zabiera” bez śladu], lub że zima nie dawała szans na pełny rekonesans. Po prawdzie, znając realia służb ratunkowych i masyw Biełuchy trudno mi by było odrzucić takie rozumowanie. Trudno odrzucić, ale też trudno szukać w nieskończoność.

Ważna jest odpowiedź na pytanie: „czego szukać”? Tu nie zostawiam rodzinie miejsca na domysły: w górach można szukać jedynie śladów tragedii, lub też pewności, że są one już nie do odnalezienia. Być może potem można żyć jeszcze nadzieją, że gdzieś tam w tajdze w dolinach... ale sam ogrom terenu poszukiwania czyni niemożliwymi. Zatem szukać pewności.

Jeżeli zaś pewność, to ostateczną i niepodważalną. I taką deklarację a zarazem zobowiązanie przedstawiam naciskającym na mnie w sprawie wyjazdu na Syberię rodzicom Kamila. Ponieważ działalność informacyjno-ulotkowa może być podsycana „zdalnie ze stolicy” przez Wojtka, a wpisana jest na lata – należy na miejscu zweryfikować jesienną i zimową akcję Rosjan szukając tam, gdzie nie dotarli ratownicy.

Mają to być poszukiwania ostateczne, przeprowadzone tak, aby definitywnie zakończyć posyłanie w masyw Biełuchy wciąż nowy ludzi. Z tą myślą - że cokolwiek przyniosą – będą ostatnią próbą zgłębienia tajemnicy losów Kamila i Aleksandra – końcem czerwca wyruszamy w Ałtaj.

Etomite »

blogK2.com

« Error »

Etomite encountered the following error while attempting to parse the requested resource:
« PHP Parse Error »
 
PHP error debug
  Error: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/blogk2/public_html/index.php:1996) 
  Error type/ Nr.: Warning - 2 
  File: /home/blogk2/public_html/index.php 
  Line: 404 
  Line 404 source: header('Content-Type: '.$type.'; charset='.$this->config['etomite_charset']);  
 
Parser timing
  MySQL: 0.0283 s s(51 Requests)
  PHP: 0.0243 s s 
  Total: 0.0526 s s