Aktualności

Relacje SMS na żywo sponsoruje:


13.07.2017 | 14:39
Droga gotowa - czekamy na finalne 3 dni POGODY! Rest, reperacje sprzetu i ... sporego strachu napedzil nam Bulgar Bojan. Zaniedblal rezim insuliny i zaliczylismy gwaltowny atak. Juz ok, ale bylo ostro, a koles (macho?) nie czul obowiazku poinformowac wczesniej: chlopaki, gdyby tak, to robcie to. Musimy improwizowac.
06.07.2017 | 23:58

Za nami kolejne pogodowe OKNO: droga przetarta do 6450m. Pogoda siada, my spadamy do bazy na rest. Jest szansa juz w nastepnym wyjsciu 7000 (!?!)

28.06.2017 | 15:04
Za nami 3 di roboty, mamy C1 i czesc lin na 6200m. Liczymy ze w nastÄ?pnym wyjsciu stanie C2. Sporo pracy, bo po poprzednikach nie ma nic a jestesmy pierwsi w 2017r.
19.06.2017 | 14:45
Do bazy juz tylko 3 dni. Pogoda ok. Jak na poczatek sezonu sporo grup - glownie na Broad Peak. Zaurocza nas TRANGO, chlopcy chlona widoki i klimaty Baltoro!
10.06.2017 | 02:33
Dawno nie bylem w Karakkorum.************ Ostatnia zima na Nanga Parbat, to bedzie juz 3 lata temu. Wtedy, na przestrzeni 10 miesiecy spedzilem tam na wyprawach (lato+zima) w sumie gdzies ze 150 dni. Pojawil sie przesyt, wiec odpoczalem pare lat. W miedzyczasie nawiedzalem Azje Centralna: (przystawka do trawersu Piku Pabiedy, zimowe pogon za Chan Tengri) i takie tam. Odpoczalem i zatesknilem, wiec razem z paroma kumplami jade na Gasherbrum II. Im podpowiem jak i ktoredy stawiac pierwsze kroki na 8000m, a ja sam odnowie zazylosc z Gorami Gor. Wiadomosci nie bedzie za duzo, bo strona www trzeszczy od starosci, a budzet wyprawy...wiadomo jak jest. Zatem teraz, kiedy jeszcze jestem w sieci, podziekuje: ***** a/ bliskim, ze kolejny raz znosza letnie zimowanie taty; ***** b/ zespolowi warszawskiego Pakera i podwroclawskiego Equesa, ze dzieki ich pomocy w sprzecie, zimowanie bedzie ciut wygodniejszym; ***** c/ no i Michalowi, (sztukamasazu.com), ktory cierpliwie, pastwiac sie nad moimi powieziami i stawami, przywraca cien dawnej kondycji. DZIEKI WAM WSZYSTKIM I DO ZOBACZENIA!
31.05.2017 | 19:41
SKI-TUROWEGO JORGUSIA HARCE ******* Lada chwila ruszam w gory na dluzej, wiec w przerwie miedzy pakowaniem, zerkam co tam ktory z naszych porabia. Ski-turowy Jorgus konsekwentnie uskutecznia alpejskie klasyki, w zjezdzie oczywiscie. Postawilbym pieniadze, ze to bezposrednie przygotowania do... Jesli jest inteligentny, a za takiego go mam, to wie: 100 lat bialo-czerwonej, ecium pecium itp. To jego szansa i jego czas. Patrzac na to gdzie i jak teraz trenuje: a/widac, ze odrabia lekcje z 2016r.(ostatnie 130m na Piku Pobiedy?); b/cwiczy pod konkretna droge zjazdu z Everestu.
26.05.2017 | 03:26
Alpy poczatkiem maja, mimo pozimowego sniegu i pogody w kratke, powalaja z nog. Cisza i pustka. 6 dni, i tylko gory i my. Uklony dla grupy i do nastepnego razu! Teraz uzupelniam. Troje znajomych zakonczylo, jak mawial Kukuczka WIELKIEGO SZLEMA, 14x8000. Nives Meroi i Romano Benet na Annapurnie, a Peter Hamor na Dhaulagiri. Dane bylo mi poznac ich w gorach, wiec cieszy, ze bedac wybitnymi himalaistami, nie przestaja byc barwnymi, sympatycznymi ludzmi. Posylam tez zalegle gratulacje dla Davida Gottlera (znanego mi nie tylko z zimowej Nangi Parbat) za wspinaczke na Shisha Pangma. Po 13 godz. non stop z Bazy, zawr??cili z kumplem 3m od szczytu. Szacun za rozwage (zagrozenie lawinowe!) i szacun za... uczciwosc. Jestem szczesciarzem, ze takich ludzi spotykam na szlaku.
01.05.2017 | 01:17
UELI STECK R.I.P. Kwiecien w gorach wysokich po raz kolejny przypomina, ze nikt z nas nie jest kuloodporny. Poczatkiem kwietnia 2009r. Dhaulagiri zabralo Piotrka Morawskiego. Koncem kwietnia 2001r. nieopodal obozu c2 na Everescie zginal legendarny Babu Chiri Sherpa. Dzis nieopodal miejsca wypadku Sherpy, odszedl Ueli. ********** Polowa czerwca 2009r, wczesny ranek, lodospad ponizej c1 na Gasherbrumie 2. Mijam sie z samotnym wspinaczem. Ja podchodze, a on spieszy do bazy. Wiesz, ze tu nie jest bezpiecznie samemu? Wiem - odpowiadam i wymownie patrze, na pustke za jego plecami. No, ja mam narty - usmiecha sie Szwajcar. Epatujaca spokojem, wrecz flematyczna twarz i zywe, usmiechniete oczy. Steck byl tam z zona. Swierzo po slubie, na miodowy miesiac wybral.... baze pod Gasherbrumami z zamiarem poprowadzenia nowej drogi na G2. Ueli znikal na 4-5 dni, schodzil do bazy na nocke i znow na 4 dni w gore. Wspolczulismy jego lubej i zartowalismy, czy nie boi sie w miodowy miesiac zostawiac ja na wiele dni w towarzystwie mlodych pakistanskich chlopakow z kitchen-staffu. On smial sie z tych zartow razem z nami, czym burzyl stereotyp gwiazdy. Takim go zapamietam: powazyna skupiona twarz i mlodzienczo rozesmiane oczy.
06.02.2017 | 02:23
Projekt Mushashi-Final. Pare dni nie pisalem, bateria w satelicie siadla, a i dzialo sie duzo. Wiadomo, by pisac, trza najpierw... przezyc. Teraz pospiesznie uzupelniam. W zaadzie atak zaczal sie juz w bazie. Jak inaczej nazwac przebijanie sie z 4000m na 6000m, w wietrze 80km/h. Zajelo nam to 11 godzin. Po drodze lodospad: seraki, nawiane chaldy po-pas-sniegu, szczeliny (pare zalamujacych sie pod nogami mostkow), zero lin. Andrej bedacy tu przed rokiem, ni ch... nie poznal. Konsekwentnie twierdzi, ze chyba bylo jakies trzesienie ziemi, bo ani kawalek lodospadu nie wyglada jak przed rokiem, latem. Po cichu liczylem, ze Denis na 5300m, (za glownymi trudnosciami, w c2) zmeczony wiatrem, da znak na nocleg, ale on konsekwentnie parl do gory. Do przeleczy dotarlismy niemal na kolanach. Zawieja!. Moja alpejska aklimatyzacja nie na wiele sie zdala przy takim skoku o 2tys. metrow w gore. Dochodzac, wiedzialem ze nastepnego dnia, gdy chodzi o mnie, nie ma mowy o szturmie. Bylbym tylko problemem dla chlopakow. Owszem, gdy spedze na przeleczy 1-2 doby, a pogoda da szanse.... Okazalo sie ze i Andrej, mimo znacznie lepszej klimy (3 tygodnie temu zdobyl z Denisem Elbrus, zaliczajac przy tym nocleg na 5300m) nie byl w stanie wyjsc. Szybkosc wchodzenia, wiatr i 6tys.m daly sie mu we znaki. Ustalilismy, ze nastepnego dnia atakuje komandir Denis, a ja z Andrejem - o ile pogoda pozwoli - dzien pozniej. Denis wykorzystal okno (???), gdy wiatr zelzal do 60km/h i jak na warunki zimowe w iscie letnim stylu uwinal sie ze szczytem. Brzmi to dosc chumorystycznie, bo przy takim wietrze na szczycie odczuwalna temp. to... okolo -58C. Niestety, juz przy jego powrocie wiatr zaczal wzmagac, by noca (ewentualnego naszego ataku) przekroczyc 100km/h! Nastepnego dnia byl juz tylko jeden sluszny kierunek: W DOL! I bynajmniej nie bylo to takim latwym. Poranny start przyplacilem lekkimi odmrozeniami policzkow (pierwszy raz w zyciu). Dodatkowo, ze wzgl. na czekajaca nas przeprawe przez seraki, komandir Denis grzal w dol w iscie sprinterskim tempie. Z racji jednej limy, chcial-nie-chcial nasza dwojka tez schodzila tym tempem. Na nic sie zdaly moje protesty: Den zwolnij deczko, bo jestem ponad 20kg od ciebie ciezszy i po prostu zapadam sie w twoje slady! Nie smialem sie odwiazac (komandir wie co robi, jest tu wszak 14 raz), acz zdawalem sobie sprawe, ze moze byc kiepsko. No i sie stalo. Przy ktoryms szybkim pasusie, kolano poszlo w ciut (!) inna strone niz stopa. Chrupnelo zdrowo, ale coz robic, wiec zbiegalem dalej, tym bardziej ze nogi byly jeszcze rozgrzane, a strach szczerzacych sie serakow dodawal sil. Za to w bazie.... kolano spucho. Tymczasem kamandir zaordynowal: po co nam odpoczynek, pogoda jest, trza spadac w doliny. Skorosmy weszli w 4 dni, sprobujmy zejsc w ...3.(sic!) Tu sie zaczyna sztuka cierpienia - w/g Wielickiego. Spac w mokrym, chodzic w mokrym, pic przy tym 0,5l rano i 0,5l z wieczora. to pikus. Kazdego z tych dni szedlem/pelzlem o dobre 2-3 godziny dluzej niz komanda. Ostatniego bodaj 14godzim marszu. Zal i wstyd mi bylo, bo dochodzac budzilem chlopakow, by rozlozyc swoje bety, napic sie itp. No ale co bylo robic. Wiekszosc tego lodowca to zero sciezek, tylko ciagle przeskakiwanie szczelin, kamoli. Balans, a kolano rypie. Doszlim do umowionego z kierowca miejsca i... dzien zszedl na czekaniu, bo zasypalo dojazdowa przelecz (kolano bolalo juz mniej). Dojezdzamy w koncu do stolicy i.... zmoglo Mariusza. okazuje sie, ze grudniowa infekcja z Tatr, styczniowe przeziebienie z Alp, dalo tu w Tien Schan chorobe powazna i nie ma mowy o planowany przez nas jeszcze w lutym piku Lenina. Kumplowi trza do lekarza, do domu. A ja, mimo zdrowiejacego kolana, sam w Pamir raczej nie pociagne. Lenina bedziemy miec w rezerwie nieco duzej niz planowalimy. Moze do nastepnej zimy? Czas do Kraju.
28.01.2017 | 01:27
Pogoda wybrala za nas, idziemy na wariacie; juro z bazy do C3 (sprobojemy przebic sie przez wiatr 80 km/h) by 28-go zaatakowac szczyt. Pytanie jaki wiatr na grani!
27.01.2017 | 00:40
Mamy max. 5 dni. Przeciw sobie: brak aklimatyzacji, wiatr i oblodzenie grani. Denis z lekka pod siebie chce 2 dni, reszte to by zabilo - optujemy 3 dni co i tak zakrawa na creazy.
26.01.2017 | 17:24
K2 Licze i..przecieram oczy: 28 godzin marszu. Uwzgledniajac dystans, bagaz, droge i pogode - to byl bieg. Teraz gora: lot Rosjan + przyniesione zapasy = tylko jeden atak
24.01.2017 | 23:32
K2: do Chana juz tylko 1 dzien marszu. Sniegu dla san za malo - wsio niesiemy na grzbiecie. Ciezkie jak cholera! Pogoda jak to zima w TIEN SHAN nie rozpieszcza ;-(
21.01.2017 | 06:09
Mushashi juz w Kirgizji - tym razem nietypowo zimowej. My juz obkupieni i spakowani. Niestety - jak to zwykle bywa to 2 doba bez snu - byle do... gor!
18.01.2017 | 23:59
Po Alpah w rytm zimy (wiher i opady)z Mariuszem pohasalim. Denis donosi, ze i on na Kaukazie co nieco mrozu pokosztowal. Teraz krotki przepak, pranie i.... via Azja Projektu Musashi czesc II: Chan Tengri - odpalilim.
15.01.2017 | 18:57
Coraz MOCNIEJ dmucha! Nasz schron a?? jÄ?czy pod naporem wichru, sniegu, szczÄ???ciem mniej. Ko??czy nam siÄ? czas aklimatyzacji i pora spadaÄ? w doliny!
13.01.2017 | 05:17
Pozdrowienia z 4000m w alpach! Duje tu 70-80km/h, ??niegiem wali, znaczy w sam raz aklimatyzacja przed Chan Tengri B-) Ciekawe jaka pogoda u Denisa na kaukazie?
09.01.2017 | 20:31
Projekt Mushashi, Ogary posz??y... na aklimatyzaje Jak ja kocham chwile tuz przed wyjazdem. Milion spraw i drobiazgow, a czlowiek ludzi sie, ze choc troche za??atwi. Nic z tych rzeczy. Pare godz. przed startem co najwyzej spakuje wor, ucaluje bliskich i... podziekuje. Podziekowanie dla warszawskiego PAKERA (Krzysztofie, Magdo)- za pomoc w doszpejeniu. Uklony dla Bartka i calego klanu Malachowskich, za radosc wspolnego eksperymentowania... i ze mi dupa nie zmarznie! Chyba? Ogromne dzieki Michale (http://sztukamasazu.com/) - za mozolne i cierpliwe doprowadzenie mojego cielska do pionu. Do zobaczyska koncem zimy!
29.12.2016 | 17:36

Projekt Mushashi, kirgiska zima 2017 cz3

Plan:

  1. Aklimatyzacja: gdzieś po 10 stycznia wyskoczymy w Alpy (Denisowi bliżej na Kaukaz). Dobrze by było doczłapać powyżej 4 koła i spędzić tam ok 3-4 dób. Z racji budżetu, nawet gdyby to było przysłowiowe Chamonix, to kolejki z definicji odpadają – człapać będzie trzeba z samego dołu :((

  2. Po mniej więcej tygodniu wracamy do Polski, co by się z lekka oprać, zabrać cały bagaż i lecimy do Kirgizji.

  3. Tam spotkawszy denisowy zespół: kupujemy gaz, żarło, załatwiamy "papierologię" oraz rzeczone sanio-beczki i w te pędy wynajmujemy samochód, który wywiezie nas najdalej jak się da.

  4. W najbardziej optymistycznym wariancie, od końca „podwózki” do bazy pod górą, mamy do przejścia 100km czyli całą dolinę i lodowiec Engliczek Połdn. Na plecach i w beczkach każdy będzie z nas tachał około 40kg (to ta bardziej optymistyczna wersja). Nieprzystająca naszemu „średniemu wiekowi” całkiem bezrozumna buta, każe nam wierzyć, że jeszcze sporo przed końcem stycznia staniemy w bazie pod Chan Tengri. Gdyby to miało się udać w zamierzonym stylu i czasie, do księgi Guinnessa pisać nie będziemy, ale byłaby radocha, bo w takim stylu, zimą !!!

  5. Potem pozostaje już tylko się wspinać i w pełnym składzie wrócić do Biszkeku, ja zaś i Mariusz cały czas „Lenina” trzymamy w rezerwie.

26.12.2016 | 23:14

Projekt Mushashi, kirgiska zima 2017 cz2


Od słowa do słowa urodził się pomysł wyprawy.

1.Dla bezpieczeństwa i kompanii będą nas dwa/maksymalnie trzy zespoły. Każdy z nas rozglądnie się za partner(em)ami. Po prawdzie ja szukać nie muszę, bo od razu pomyślałem o kumplu, z którym rok wcześniej, latem próbowałem trawersu Piku Pobiedy. Mariusz do „pragułki Mushashi” pasowałby zarówno charakterem jak i... wiekiem (że o zakolach na głowie nie wspomnę). Pytanie tylko, czy zechce?


2.Zrobimy to „za swoje” (low price budget). Wszystkie dotychczasowe zimowe próby na „Chanie” (zdaje się 3) to potężne przedsięwzięcia logistyczne: helikoptery&bajery. Duże, nie rzadko dziesięcioosobowe teamy „najlepszych z najlepszych”, a co za tym idzie koszmarnie duże budżety i jak na zimę spore „tłoki”. Coś jak poprzedniej zimy pod Nanga Parbat, gdzie tylko na flance Diamir w ramach 4 równolegle działających wypraw momentami przebywało blisko 20-25 osób (z kuchennymi, medialnymi i ochronnymi staffami licząc), a i to bez rachowania tragarzy, którzy wyprawom na bieżąco donosili zaopatrzenie.


3.Chcemy wszystko co nam potrzebne, samodzielnie donieść pod górę i całość wyprawy: od zaopatrzenia przez logistykę, gotowanie, wzajemne ubezpieczanie i wspinaczkę zamknąć tylko w naszej paro osobowej ekipie.


Jak bardzo będzie: „low price” najlepiej widać po naszym pomyśle na przejście doliny i lodowca Engilczek (długością dorównujący Baltoro) - w sumie około 100-110km z buta. Normalne sanio-pulki, to koszt od 1500zł w górę, więc my planujemy... kupić na bazarze plastikowe „beczki do kapusty”, przepołowić i każdy zrobi sobie sanie, alla Mac Gyver ;))

20.12.2016 | 21:21

Projekt Mushashi, kirgiska zima 2017 cz1

Skąd to „odleciane”, orientalne skojarzenie? Bynajmniej, winę za to nie ponosi kirgiska „marycha”, ale sam Denis i jego "padarok drugu". Teraz, gdy nazwisko Urubko rozpoznawane jest nie tylko wśród ludzi gór, a sam ów, to i owo (w Kazachstanie, Rosji, Włoszech i Polsce) wydał, mógłbym mówić, że prezentem była książka. Ale tak po prawdzie był to zeszycik opowiadań. Raczej nawet nie zeszyt, bo jakość i nakład w powielaczowym standardzie; o wymownym tytule „Spacer (pragulka) Samuraja”. Pamiętam Denisa z tamtego czasu: sprzęt i odzież, alla późny Abałakov (dla mniej łapiących górskie niuanse, to ta sama praaahistoria co Breżniew). Do tego buńczuczne “spojrzenie bykiem” alla Trocki, czy inny Che Guevara.

Po “zeszyciku” nie widać minionych od tego czasu dekad, bo papier żółtym był już w momencie druku, za to my ... obaj, nasze "buńczuczne spojrzenia", musimy już posiłkować okularami. Powiększyły nam się zakola, pomarszczyły twarze, zaokrągliły (to głównie o mnie) kształty, a na zakrętach zmieniały (?) towarzyszki życia.

Ale po kolei...

Końcem tegoż lata w bazie pod Pikiem Lenina siadłem z Denisem na przysłowiowe piwo. Denis, jak to w średnim wieku bywa utyskiwał że czas nieubłaganie ucieka, a tu perspektywa zimowego K2 ciągle się oddala. „Co go zapytam, czy wyprawa będzie; to Wielicki na to: będę wiedział za dwa tygodnie - i tak mijają kolejne miesiące”.

Na co ja, w wieku jeszcze bardziej średniejszym: „Den, róbmy swoje. Jest tu [Kirgizja] z czego wybierać. W małym, kameralnym gronie, bez napinki, budżetów, tragarzy, przymierzmy się do zimowego 7000m. Ja optowałem za Pikiem Lenina, głównie ze względu na w miarę prostą logistykę dotarcia pod górę (nie licząc tych wilków na stepach Ałajskiej Doliny), ale Denis był już tam zimą, więc odpada. Wybór ostatecznie padł na Chan Tengri, (choć ja „Lenina” nadal trzymałbym w rezerwie).


18.08.2014 | 00:48

10.06.2016  #K2dlaMingm(a)owskiego!

Góry wysokie Pakistanu, to oprócz 5 ośmiotysięczników, ze 40 x 7000m i nieporachowane do końca multum sześcio i pięciotysięczników: dziewicze szczyty, ściany, turnie; co kto lubi: do wyboru, do koloru. Właśnie rusza tam sezon i... z blisko 250 a(lpinistów)plikujących o permity, częściej jak co drugi, uderza (przynajmniej na papierze) na K2.

Skąd taki urodzaj śmiałków rzucających wyzwanie Górze Gór? Niektórzy twierdzą, że to pokłosie detronizacji/zadeptania Everestu lub że zimowa Nanga tak rozruszała górskie środowisko (czy aby też środowisko... sponsorów?). Inni, że obrodziło nam “kolekcjonerów korony” (koronek, koronciuniek).

 

Zaś ja zapytałbym o Szerpę Mingmę, który w tym sezonie powraca pod K2. Mingma ów, jest właścicielem bodaj największej i biznesowo najprężniejszej szerpańskiej agencji, która od blisko dekady w samym Nepalu zdecydowanie odbiera pole “zagranicznym/obcym”. Ambicje i interesy Mingmy wszakże nie kończą się na Nepalu. W latach 2012 i 2014 jego agencja zdołała “wyeksportować” ten everestowski styl(?) do Pakistanu, dzięki czemu spory jak na K2 tłumek różnej maści atletów, beztlenowców itp., może w swoje CV wpisać upragnione “K2 summit!”. I to bez żmudnego torowania, dźwigania, poręczowania, za to dumnie podkreślając, że przecież “oni samo(?)dzielnie, a nie jak te burżujskie klienty Mingmy, co to od c3 już na tlenie”, “solo without porters”.

I to wszakże za nieduża kasę: Mingma dla innych wypraw nie jest taki drogi. Za poręcze (jakby nie było 2-2,5 km lin) i torowania każe sobie płacić - nie jak na Everescie 600 - ale 200-250usd od łba.

Ba, tłumek tych “koniecznie-beztlenowych-alpinisto-atletów” pręż piersi, muskuły i CV, bo po prawdzie tylko nieliczni są w stanie dostrzec, jak ten “mingma-style” różni się od wspinaczek np. N.Meroi&R.Benet czy teamu Gerlinde Kaltenbrunner z 2011r.

 

Ale Karakorum płaci za "mingmo-styl". Płaci słono. W 2012r na własne oczy widziałem dziesiątki porzuconych na Górze pustych butli, podarte/nie znoszone, pełne śmieci i sprzętu namioty, a w samej bazie przeszło pół tony (!) po-wyprawowych, również porzuconych, śmieci.

Pakistański Alpine Club cieszy się, że po terrorystycznym zamachu na Nandze ruch w górach się odradza. Ja smucę się, że odradza się w eksportowanym “made in nepali Szerpa” stylu.

 

25.06.2016|12:00 w góry czas!

Za długo siedzimy w dolinach. Z tej to okazji co poniektórzy wylewają wiadra pomyj na "skostniały system, sku...e media,  jeb...h burżujów, byłych sponsorów i byłych przyjaciół"(?). Oczywiście nie przeszkadza to im w poszukiwaniu nowych: sponsorów, darczyńców, mecenasów, friendów... Idą w ruch kolejne: "polak-ściubi-i-żebrze".

Czas i na mnie... oczywiście czas w góry, a nie broń Boże na odpalanie ściepek
i szukanie jeleni.

 

26.02.2016|12:47 Nanga Parbat Lavazza Qualità Oro!

Szczyt: Alex, Ali i Simone! Właśnie wznoszę toast kawą! Kawą? Wznoszę "tą kawą" - ulubionym przez Simone gatunkiem z... TEJ KAWIARKI! Którą dostałem od niego w prezencie 2 zimy temu w lodowej jaskini na 6100m. Wtedy było smutnie – organizm kazał mu zawrócić i zakończyć wyprawę niewiele wyżej niż jaskinia. Teraz jest weselej, znacznie weselej!

Ale nie ma czasu na radość i szampany muszą poczekać. Różnicę między wysokogórskim turystą a profesjonalistą najdobitniej widać właśnie w przeżywaniu szczytu. Tego pierwszego "stać" na długie i spontaniczne szaleństwo, oddzwanianie znajomych i focie bez umiaru. Ten drugi jest więźniem swojej profesji. Im dłużej się wspinamy, tym mniej czasu na szczycie, tym mniej fot.  Każdy z nas zna już z autopsji (a nie tylko z literatury) ze ponad 70% wypadków dzieje się w zejściu, gdy dają o sobie znać zmęczenie i dekoncentracja. Wspinacze ze wschodu mawiają, że liczy się tylko ten sukces, który doniesiesz bezpiecznie do bazy.


26.02.2016|07:00 Nanga Parbat wpół-do-ataku?

W Pakistanie mija 11-sta. Idą już bez mała 6godzin i zyskali ok.500m przewyższenia. Ku mojej radości dotychczasowe tempo "jak latem". Znacz: kocioł Bazhin nie był problemem (huragany zrobiły swoje). Właśnie zaczęli (a może krótki postój: tak "na batona i łyk"?) wspinaczkę "feralnym żlebem". Teren zaczyna być trudniejszy: łagodne pole przeszło w bardziej stromy stok. Za to dzisiejszy wiatr tam nawet nie "zagląda" - "powróci" na grani  tuż przed wierzchołkiem. Teraz wszystko w ich nogach, rękach, płucach - a tak na prawdę w głowach.

 

25.02.2016|16:00 Nanga Parbat intermezzo?

Szturm "Quartetto di veterani" w iście bethovenowskim stylu zbliża się do "grande finale".

Podczas przydługiego "bazowania" wymyślili sposób na "szybki atak". A mianowicie, że mimo wcześniejszych/przed-ekspedycyjnych planów - wyruszą z c4 7200m, bez zakładania kolejnego obozu u podnóża kopuły szczytowej. Czyli w "ataku" czekałoby ich:

  • przejście kotła Bazhin,

  • podejście pod trapez szczytowej kopuły

  • i dopiero tam wspinaczka "feralnym" żlebem. Mówiąc feralny, mam na myśli błądzenie sprzed roku (co zdarzało się i innym, bo i Wandzie z Czerwińską, i w 2-gim szturmie na "hajzerowej" wyprawie również).

Z racji odległości zapewne spróbują wyjść wcześnie (5:30?) i jest szansa, że tym razem - nie pobłądzą.

C4 już stoi, oni teraz piją ile tylko się da; pogodę będą mieli... i to na tyle. Dzisiejsze tempo stawia nad jutrzejszym atakiem duuuży "????".

Kolejnym problemem (niby drobnym, ale o sukcesie lub porażce decyduje suma "małych" spraw) jest fakt, że ich c4 stoi... znacznie niżej niż 7200, a nawet gdyby stał....

Już rok temu pisałem, co sądzę o strategii ruszania na atak "sprzed" kotła Bazhin. Krótko: latem – a i owszem, zimą – bardzo ryzykowne. Jeśli tak zrobią, to nawet przy "zerowym wietrze" nie widzę całej czwórki na szczycie. Nie w ten piątek. I to jest "ten pozytywny" scenariusz. Inaczej - gdyby całą czwórką doczłapali jednak do wierzchołka - czekałoby ich  nocne złażenie (a na Broad Peak'u feralnej nocy też przecież nie wiało...) Ufając, ze do tego nie dojdzie - nie kończę.

Dodatkowo, taki styl zdecydowanie potwierdza, że zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami "idą po bandzie". Czyli: niezależnie o rezultatu – to ostatni szturm tej zimy. Czują, że na więcej nie będą mieli już sił.


25.02.2016|10:00 Nanga Parbat strategia strategią, a taktyka...

Jeszcze idą. Pogodę mają "po swojej stronie" (pierwszy raz od baaardzo dawna), za to aklimatyzacja... widać po tempie. Nie trzeba Sherlock'a by wiedzieć, że dziś mimo braku technicznych trudności miało być wolniej niż wczoraj gdyż mają: 3 niełatwe noclegi, znaczna już wysokość, brak "podpórki" lin i AKLIMATYZACJI. Nie mniej jednak, czytając wczorajsze deklaracje o "piątkowym szturmie" - liczyłem że tempo będzie "ciut" szybsze. Jeśli ruszając rano wierzyli w jutrzejsze "szczytowanie", to czas zweryfikować taktykę. Zwłaszcza, że sobota i niedziela zaczynają wyglądać "po ludzku". No chyba że punck-ziom-styl: "jeśli fakty nie pasują do zaplanowanej strategii, to tym gorzej dla ... faktów". Zobaczymy jak rozbiją biwak, a do tego jeszcze co najmniej 2 (jak nie więcej) godz.


24.02.2016|08:00 Nanga Parbat "ogary poszły"

Szturm się rozwija: pogoda w końcu zaczęła sprzyjać. Nie jest to przysłowiowy "spacerek", niemniej wiatr zelżał o połowę, więc tempo całkiem przyzwoite. Wynikiem tego najdalej za 2godz. powinni być w c3 lub w tym... co z niego zostało. Ale - jak mawia cytowany onegdaj Krzyś W.: "stare lisy kity nie moczą" - więc na tę okoliczność niosą ze sobą zapasowe wyposażenie. W prognozach wizja: "piątkowo-sobotniego" okna nadal... nie ucieka. Patrząc już z lekka do przodu pytanie: ile w pod-szczytowym "kotle" jest świeżego śniegu, bo rakiet na pewno tak wysoko nie zabrali. Może nie za dużo – w końcu "po coś" te huraganowe wiatry były:-)


23.02.2016|19:00 Nanga Parbat meandry strategii

No i "podmuchało", a i przestać nie chce. Dlatego rankiem odpalając kompa, z niecierpliwością zacząłem od luknięcia, czy "Quartetto di veterani" naprawdę, tak jak głosiły zapowiedzi, będą dziś “walczyć” o c3. Liczyłem, że rozsądek zwycięży i... takoż się stało. Piszę “walczyć”, bo już w przedwczorajszej (czyli dobę przed ich startem) prognozie widać było, że wiatry odpuści (ewentualnie!) dopiero koło środy. Oni – mając doskonalsze ("karlo-gablowe") prognozy, na pewno to wiedzieli. Dziś, spory jeszcze wiatr i “odkryty” teren, zamieniłyby to, stosunkowo niedługie i uprzednio oporęczowane linami podejście c2 - c3, w walkę. Zamiast niej wybrali przeczekanie w dwójce. Tak jak "ciut" dziwił mnie wczorajszy rajd do c2 (że niby na granicy "falstartu", bo z perspektywą 2 dni silniejszych podmuchów), tak zupełnie nie dziwi dzisiejsze przycupnięcie.

Co dalej? Oczywiście zatańczą jak zagra (na ile pozwoli), sama Nanga, ale...

Jeśliby (tfu! nie życzę im) jutro z c2, (bądź pojutrze z c3) zawrócili, to takie "stare (sorry Tamara) wygi" stać byłoby jeszcze na kolejny atak. Cholernie trudny (zwłaszcza psychicznie), ale możliwy – bo jak pisze Simone: "zima kończy się dopiero 21 marca".

Gdyby jednak - licząc na piątkowo-sobotnie okno (ja bym nie ufał sobocie!) na wysokości "posiedzieli" do czwartkowego popołudnia, to następnego wyjścia raczej już nie będzie i to niezależnie od pogody.

Każdy ma swoje "limits". Sądzę, że na pewno niektórzy z nich - lada chwila (jak nie już) zaczną "lecieć na rezerwach". Oby nie "chodzili po bandzie" – bo to zdaje się ... innej nacji specjalność :-)


22.02.2016|08:00 Nanga Parbat krajobraz po burzy

Rozpoczyna się ostatni miesiąc zimy (w/g Denisa Urubko ostatni tydzień). Długotrwałe “zimo-bazowanie“ dało się wszystkim we znaki. Amerykanka Cleo, po uprzedniej rejteradzie 2 Szerpów, ponoć kończy – z rozpędu chciałoby się napisać: wyprawę, ale było jak było. Obecne wypogodzenie chce wykorzystać na sprawny "wycof" do cywilizacji.

Na forach wrze od plot, jakoby “guru” zakończył już swoją siódmą próbę na Nandze (w odróżnieniu od trwającej nadal ściepki). Miało to mieć miejsce dobry tydzień temu w ostatniej zamieszkałej osadzie na szlaku do bazy. Ale pachnie to potwarzą. Zakłada bowiem, że siódma próba... w ogóle się odbyła.Prawdziwi wyznawcy wierzą tylko w 6! Siódma (oczywiście że udana!) będzie już za 10 miesięcy. Poza tym w Ser nie ma nawet porządnego cia...u, a bez niego zi(o)mowanie, wiadomo”.

Pisałem wcześniej, że klasę poznaję po sposobie przedłużającego się “bazowania”. Mieliśmy pełną gamę zachowań. Były karczemne kłótnie o nierozliczone taksówki, przeloty, napiwki i tantiemy - to Txikon z Nardim. Przy okazji tychże, pierwszy raz uczciwie padło, że Ali to nie tylko:

  • partner z zespołu” (medialnie i “stylowo” - political correct),

  • ale i HAPs czyli “wysokościowy tragarz w pracy” (pal sześć “korekt” - jeść trzeba),

    więc jak psu buda należy się mu zapłata, z którą Daniele zalega już... drugi z rzędu rok(?).

Ale były też i szlachetniejsze próby aktywności: kilka przebieżek w kierunku c1, w tym, jedna parę dni temu, z udanym – choć wietrznym - noclegiem w c2. To sprawiło, że "Quartetto di veterani" wraz z nadciągającą poprawą pogody ruszyli dziś i są w tej chwili o jakieś 3 do 4 godzin od c2. Oficjalnie: celem jest nocleg w c3, czyli ugruntowanie aklimatyzacji, ale biorąc pod uwagę zarówno bliski koniec zimy, dalej prognozę, a przede wszystkim dzisiejszy (a nie ewentualne jutrzejszy) start; sądzę, że ma to być raczej szturm. Przynajmniej tak kombinują Alex i Ali. Jeśli dojdą, a droga ich nie zamęczy, to ryzyko że nocą i jutro jeszcze im w Orlim Gnieździe “podmucha”, warte jest(?) szansy, że na starcie "okna" bedą o dobry kilometr bliżej szczytu. 3-mam kciuki.


10.02.2016|05:45 Nanga Parbat słodka ty zimo

Podczas gdy:

  • Nardi zażywa “dolce far niente” w Italii,

  • a “quartetto di veterani” trzeci z rzędu tydzień “bazują”. Również “far niente”, ale już nie takie słodkie, bo przymusowe i świadome uchodzącej z każdym dniem aklimatyzacji,

  • Allah, jak to Allah namyśla się co dalej,

  • zrzutko-ściepka trwa! I w temacie “guru” jedyny to pewnik. Ale może to zamierzone i tak ma być? Jak u Hitchcocka - najsamprzód trzęsienie ziemi, a potem "napięcie" już tylko rośnie.

    Góra za to nie odpuszcza, wytacza co tam ma najlepszego: jak już się pokaże, to tylko w girlandach "dymiących grani", bo piździ nad nimi jak w kieleckim nie przymierzając. Jak wiatr nieco zelżeje, to dupnie śniegiem na odwach, potem postraszy lawinami i znowu wzmagają się wiatry. Sam miód zimy pod Nangą.

    Ano zapomniałbym o drużynie Cleo - i oni "dolce far niente". Ale gdzie? Kto to wie. Idę biegać – bo potem za dnia może jak zwykle nie być na to czasu, a nic tak dobrze nie robi niecierpliwym na... napięcie, a mi na... brzuch, znaczy na kondycję przed następną zimą.


06.02.2016|17:00 Nanga Parbat z bogami się nie dyskutuje

Quartetto di veterani" powoli myśli o wyjściu do góry. W planach była nawet jutrzejsza niedziela. W końcu ileż można:

  • oglądać przeogromne lawiny i podziwiać pióropusze zwiewanego z grań śniegu

  • czytać (Tamara twierdzi, że nie każdy przecież musi to lubić),

  • czatować,

  • pisać nową książkę,

  • udzielać sponsorowanych wywiadów,

  • dementować ploty o: “niezdrowym współzawodnictwie" tudzież "przesadnym wpływie miesiączki na poziom górskiej aktywności”(?)

  • pić grzańca, brandy i takie tam.

Sporo przemawiałoby za jutrzejszym, pogodowo spokojniejszym dniem. Może nawet dwoma, ale raczej na pewno nie byłby to ostateczny szturm (prognozy!), a jedynie sprawdzenie/uporządkowanie drogi do c2 (liny w kuluarze!) i odnowienie aklimatyzacji. To ostatnie powinno leżeć na sercu zwłaszcza koedukacyjnej dwójce, aczkolwiek przymusowa bezczynność nie jest też bez znaczenia i dla Alexa z Alim. Patrząc na prognozy nie widać na razie dłuższego “okna”, a na ile znam Simone i Aliego (Alexa tylko z Denisowych opowiadań) nie w ich stylu jest “szturmo-trawers” z przeczekiwaniem w górnych obozach okresu niepogody. Ale kto wie, może...

Zwłaszcza, że twórca “ziomo-czapo-stylu” w/g deklaracji sprzed 3dni powinien być już tuż tuż. Oczywiście, o ile podążył za wezwaniem Allaha. Arsalan Ahmed (pakistański partner) o Mackiewiczu: >called me and said "Allah speaks to me, Fairy is calling me back"<. Ale Allah mógł też zmienić zdanie, a wiadomo – z bogami się nie dyskutuje.

 

04.02.2016|12:30 Nanga Parbat "himalajska Wenta"

Od paru lat popularności "szczypiorniaka" wiemy już ile wynosi "jedna Wenta". Dziś zaś fani zimowania na himalajską modłę załapali, ile trwa "nigdy". To około 9 dni (dość barwnie opisanego przez francuską partnerkę) "wy-poczywania w Chilas". Mackiewicz odpalił dziś kolejną ściepkę: "na bilet i (...) tego typu wydatki” i deklaruje jutrzejszy powrót do bazy. Ponoć jego permit przedłużono do 22.02. Nie sądzę, by było nazbyt głupim pytanie: do jakiej/której bazy? Kto wie kędy muza pogna, może... Rupal? A może zgoła gdzie indziej? Cały "face & twett" hasa od entuzjazmu. Publika, zwietrzywszy kolejną porcję bezpiecznej (bo z kompa) adrenalinki, zaparza kawcię, ogarnia chipsy i sięga do kiesy.

Gdy smaczek na najbliższe widowisko każe wygodnie mościć się przed monitorem - ja lecę biegać. Niezmiennie od lat "kraczę", że mu nie wyznawców trza, a kumpli. Kumpli co wiedzą, kiedy kopnąć w d...


03.02.2016|17:30 Nanga Parbat lisie rozterki

No cóż, "przydługie bazowanie" zaczyna zbierać swoje żniwo. Nardi już nie tylko praktycznie (widać to było od samego początku po sposobie pracy, noclegach itp) ale i formalnie nie jest w zespole Alexa i Aliego. Ta dwójka deklaruje, że w następnym wyjściu chce atakować szczyt. Jeśli Simone z Tamarą myślą o tak szybkim szturmie, należałoby korzystając z przerwy w śnieżycy "przebiec się" do c2 (koniecznie z noclegiem!). Gdyby zrobili to, tak jak uprzednio Alex z Alim, wystarczyłyby 2-3 dni. Poprawiliby aklimatyzację i podciągnęli sprzęt na wysokość Orlego Gniazda. Dodatkowo "odpracowaliby" część swojego wkładu, bo jak na razie całość drogi Kinshofera przygotowali inni. Ale... kto "tam" po śnieżycy i wichrach pójdzie "na pierwszego" ciężko się napracuje przy poprawianiu lin i przetarciu drogi. Ot i zagwozdka. Pobrzmiewa mi w uszach powiedzenie Wielickiego, którym imć kierownik raczył nas "młodych" zimą pod K2: "stare lisy, kity nie...moczą".

 

02.02.2016|12:00 Nanga Parbat jak hartowała się stal(?)

Po czym poznać "klasę" himalaisty/zespołu? Na fotach z wyprawy zazwyczaj widać piękne zachody słońca, honorne granie, lawiny, albo jak w piękny dzień "łoi się piony i przewieszenia". Ewentualnie od niedawna: jak w piękny dzień z godnym pokerzysty opanowaniem wprost do kamer mówi się... że wcale on nie taki piękny. Śmiem twierdzić, że klasę himalaisty poznać można po tym, jak spędza czas taki jak ten. 2-3dni pobytu w bazie to rest, powyżej zaczyna się mordęga. W tych trzech: odeśpisz, odpijesz i wygrzejesz się "na zapas" (przynajmniej tak się łudzisz). Coś tam poczytasz, a gorliwsi popiorą i poreperują sprzęt. Oczywiście o ile pogoda pozwoli. Często już 5 dnia przymusowego "bazowania" wielu zalega w bezczynności; słuchawki na uszach, niewypełzanie ze śpiworów nawet na posiłki. Zawsze jest pokusa, że to "dla zachowania energii i sił", ale jeśli człowiek na to sobie pozwoli, to już zaczyna "dojrzewać" do...powrotu. Ciekawa rzecz, najwięcej wypraw "kończy się" pierwszego pogodnego dnia po długotrwałym załamaniu. Nanga w ogniu takiej próby hartuje ekipę. Wyczekujący doskonale wiedzą, że jeśli przyjdzie rozpogodzenie, to zwyczajowo będzie raczej krótkie, a ich niekompletna akimatyzacja, uchodzi wraz z każdym dniem bezczynności. Jedyne ich wybór to albo walczyć w/g reguł jakie narzuca góra, albo narzekając na "niesprawiedliwość losu" czym prędzej spadać do domu. Alex i Ali już drugi raz przedeptali trasę do c1. By była gotowa i by być gotowym. Tym drugim razem dołączył się Simone z Tamarą (zapewne dwójka wyniosła część sprzętu). To jest ich walka czasu zawieruchy. Taka zwykle nie wygląda efektownie na fotach, ale często bywa decydująca.


27.01.2016|17:00 Nanga Parbat zanim sypnie i zaduje

Postanowienia postanowieniami, a życie pisze nowe scenariusze. Pierwszy z lekka “wyłamał się” Simone: razem z Tamarą i przy dodatkowej pomocy jednego z pakistańskich kucharzy zlikwidował obozy i depozyty. Już oficjalnie jego wyprawa przeniosła się na drogę Kinshofera. Tam, gdzie działa Alex&Co. Ci ostatni też “wyściubili nosa” t.j. tak na wszelki wypadek, coby po spodziewanych opadach śniegu nie błądzić - otraserowali drogę do c1. Mamy więc na flance Diamir jedną 5-osobową ekipę i jedną drogę.

 

Po cichu liczę, że i ”ziom-marki” też mogłyby ciut się z postanowienia wyłamać i... zostać na jeszcze jeden szturm. Zwłaszcza, że na flance Rupal dość niespodziewanie pojawiła się kolejna wyprawa: “drużyna Cleo”: trzej Nepalscy Szerpowie pod dowództwem, za przyczyną i za kasę(raczej) imć p.Cleo. Donatan nie musi się czuć zaniepokojony, zbieżność jest przypadkowa, a podobieństwo żadne. Za to my zadrżeliśmy. My – czyli daleko nie szukając np.“pusty” i ja. Nie sądzę, byś zapomniał o tej “brazylisko-amerykańskiej” gwieździe, Piotrze? http://piotrpustelnik.wspinanie.pl/blog/2011/06/14/napierdalanka-na-kangchu/. Ja też miałem... okazję(?). Nie chcę zbyt dużo uwagi sobie i innym teraz zaprzątać Cleo. Nepalczycy, a i owszem wyglądają na ziom-mega-wymiataczy (osobiście nie znam, więc opieram się na opinii Mareckiego). Co do samej “szefowej”, sądzę że efekty jej wspinania będą współmierne do tych znanych mi np.z K2 (sic!). Tym bardziej liczę że ”ziom-marki”...


25.01.2016|01:00 Nanga Parbat nigdy nie mów nigdy

Wraz z nadciągającym jet stream'em pod Nangą Parbat nadszedł czas dobrych (noworocznych?) postanowień:

 

  • zespoły Simone i Alexa jako ostatnie tej zimy, postanowiły trwać mężnie pod Górą, a z racji nawałnicy przez mniej więcej najbliższe 2-3 tygodnie nie wyściubiać nosa poza bazowy namiot (no chyba, że w celach towarzyskich lub toalety)

  • "ziom-marki" postanowiły (jest że'li szansa na zmianę zdania?), że na psa (znaczy sforę) już czas nie do budy (sorry Latabo), a do domu

  • lądujące przedwczoraj na Okęciu "bieliki" postanowiły: przemyśleć, poprawić, podwoić i ewentualnie, jak im kto góry nie załoi (słyszeliśta kolego Simone i Alex?) ewentualnie spróbować za rok raz jeszcze

  • w opozycji zaś do tego jest ostatnie postanowienie:"Więcej tu nie przyjadę. W ogóle to chyba koniec z himalaizmem". Grubo! Cytujący to p.Dominik niechaj pamięta, co już'em nieraz pisał: za błędne proroctwa, bęcki zwykle zbiera egzegeta, a nie guru. Więc ja, na miejscu szanownego p.redaktora, nie pisałbym tego: ”nigdy więcej” z taką pewnością, bo “ciut” poznałem tego....”guru z drużyny gumowej k.”.


24.01.2016|10:00 Nanga Parbat  jedynie słuszny kierunek

Dziś już wszyscy zgodnie spier... przed nawałnicą do bazy (w zasadzie: “do baz”, bo z uwagi na rozmiary Góry, z flanki Rupal na flankę Diamir jest “w piernik daleko”). Drużyna gumowej k.” przed północkiem odmeldowała się w...? Przytuleni w “lux-budzie” (grazie tante Simone!) bo swoja już dawno złożona. Patrząc na pogodę i ich zwyczaje, pewnie najszybciej jak się da będą chcieli nocować w Chilas: budo-hotel, a co tam, że bez kaloryferów; ma bufet, łóżko i prysznic!.

W tym momencie (godz: 10:00 w PL) Alex&Co mija c1, czyli “do “budy, restu, picia i michy” mają niespełna 1 godzinę, (jak są bardzo zrypani maks. półtorej) “w miarę” bezpiecznego i już niestromego terenu.

 

Trochę więcej niż wczoraj wiemy też o “ziom-markach”. Spot załapał (ciągle powtarzam, że to ziom-elektro-spece) 3 godziny temu z wysokości c3. Zatem schodzą. Wiatr niestety mają: “jak psu w mordę, ale byle do poręczy, dalej: “Jama” i pod Turnię. Tam już wiatry ich nie skrzywdzą. Lecę biegać... nie zapominając o 3-maniu kciuków. 

 

23.01.2016|21:00 Nanga Parbat  gdzie pies, a gdzie b... aza?

Team Baska, Włocha i Pakistańczyka jak dobrze naoliwiona lokomotywa “robi swoje”. Dziś zaporęczowawszy “lody”, doszli i założyli c3 (6700m), a co ważniejsze, już ponad lodowymi polami! Choć z ich c3 droga do szczytu jeszcze dość długa, to jest to w większości firn, (oczywiście przed c4 w “Kotle B.” pewnie i śnieg). Nię będą już raczej poręczować, a co za tym idzie: przestaną przypominać jucznego muła (liny!), a zaczną “rączego” wspinacza (“rumaka”?). Dzisiejszy ich nocleg w c2, na pewno “utrwali” aklimatyzację, więc nie zdziwiłbym się, gdyby następne wyjście planowali już jako szturmowe(?). Oczywiście, zastanawiam się co z ich misternie i żmudnie (wręcz “mrówczo”) przygotowywaną drogą zrobi nadchodzące załamanie? Jak liny i namioty potraktuje wiatr i ile spadnie śniegu? Ale... dotychczasowy upór i solidna “robota” wróżą, że Alex&Co łatwo Nandze nie odpuszczą.


Pisałem wczoraj że rest ziom-markom” “należy się “jak psu buda”. Buda w tym wypadku znaczy baza: picie bez wydzielania gazu, pranko, jedzonko i takie tam ziom-klimaty.

Buda - budą, a tu na ich stronie jak wół stoi, że dziś zap...li do góry osiągając 7500m, bijąc przy tym swoje życiowe rekordy wysokości. Czyżby znowu “ziomo-czapo-styl”?

Może być tak, że zadziałał ”głuchy telefon”. Daleko nie szukając np.wczorajszy informacyjny szum przy “szturmo-trawersie” polsko-francuskiego duetu. Trzeba bowiem pamiętać, że ta info.o szarży ”ziom-marków” pochodzi od ich pakistańskiego opiekuna (podobnie jak kucharz Mackiewicza poczciwy człek), ale droga tej. info jest bardzo “na okrętkę”. Ich żadną miarą nie widać z bazy w Latabo, a onego opiekuna prawdopodobnie w samym Latabo (chyba!) nie ma, bo tam "nie styka zasięg" (chłopcy już wcześniej, by pobuszować w sieci zmuszeni byli schodzić do niższych miejscowości). Broń Boże nie chcę im “zabierać” tych kolejnych rekordowych 350m, ale mogło być tak, że “poczciwy opiekun” słysząc w cywilizacji o sukcesie “ciut zaokrąglił”, nigdzie bowiem nie znalazłem, że bezpośrednio z nim sms-owali, czy też się zdzwaniali.

Obu szarżujących chłopców znam jako wybitnych “ziom-elekto-speców”, za którymi ja co najwyżej siatkę z kabelkami, srebrną taśmą i obcęgi mógłbym nosić, więc nie przemawia do mnie że ”spot” nagle nie odpalił, bo baterie itp. Chociaż mogło się stać, że zadziałały: rekordowa wysokość+pójście na lekko bez plecaka (zwykle “spota” przy nim się nosi) zobaczyć “co za następnym winklem”.

Ale...

Alex, z którym 22-go przez radio zdołał połączyć się Klonowski (a nie mówiłem, że Marecki to ziom-elektro-spec) twierdził, że plan Polaków był jasny: 23-go w dół. Pewnie też zwyczajowo zamienili parę słów o pogodzie, więc “ziom-marki” (myślę, że nie tylko z tego źródła) wiedzą o wieszczonej już nie tylko przez Simone nadchodzącej nawałnicy. W takiej perspektywie raczej od razu “spada się na zasłużoną michę do wymarzonej budy”, ogarniając, że "przecież i tak się tu doczłapie w następnej turze". No chyba że... następna tura.... nie jest już taka pewna. (takiej możliwości żałowałbym bardzo, więc jej teraz nawet nie ”ziom-rozkminiam”.

 

Cierpliwie poczekajmy, a dowiemy się po zejściu. I za wszystkich teraz schodzących 3-mam ziom-kciuki!


22.01.2016|19:20 Nanga Parbat  każdemu w/g potrzeb

Simone Team wystartował rankiem do c2: szybko weszli - szybciej zeszli i śpią w bazie(?). Bóg i Simone wiedzą, co po drodze robili. Ja zapytam jak go spotkam, on zaś pyta teraz “czarodzieja z Insbruka” jak to z tym jutrzejszym: 60km/h?. “Ziom-marki” mają swoje c4 t.j.  "praaawie przełamanie" na flankę Diamir (na oko osiągnęli 7150-7200m). Znowu ”jak psu buda” należy im się rest. Pewnikiem już jutro pognają w dół. Alex&co odpoczywają po blisko 11 godz.wspinaczki do c2. Jest “po czym” a i “przed czym” jest. W planie do-poręczowanie lodowych pól przed c3 6700m (a może “ciut” wyżej?). “Drużyna gumowej k.”... hmm... też pewnie chyba gdzieś (7200m?) biwakuje. Znaczy: każdy robi swoje i każdy ma co lubi.


22.01.2016|12:30 Nanga Parbat  ziomo-czapo-styl

Kolega “ziom-Mackiewicz” potrafi przyprawić o palpitacje serca, oj potrafi. Mam tu na myśli nie tylko:

  • rzesze wyznawców, to akurat zrozumiałe,

  • dalej nie tylko (byłych?) ziom-kumpli: pardwa Marecki, że "Czap.jest w tym niedościgniony?”,

  • ale również, a może przede wszytkim, wszelkiej maści górołazów, wspinaczy, himalaistów (i to niezależnie czy są z pezety, czy nawet anty...niej). "Huśta nam gula"  nie przez swą - jakby nie było - sympatyczną aparycję, ale przez to, że totalnie igra, łamie niemalże wszystkie “żelazne”(?) zasady (od aklimatyzacji poczynając) i chyba... uchodzi mu to płazem! Jeśli dodatkowo w tym “ziom-czapo-stylu” na Nangę wejdzie i bezpiecznie zejdzie, to wszelkie “spece od gór wysokich” nie uciekną od pytania, “a może właśnie TAK to się robi?”.

Może pojęcia:

  • ryzyko (w wydaniu: “permanentne chodzenie po bandzie”);

  • fart: jako życiowy “hurraoptymizmu”

  • i szaleństwo, trzeba będzie na stałe wpisać do górskiego słownika. A to wszystko JUŻ na etapie planowania?

No właśnie. Za oknem i w chałupie XXI w. Już nie wyprawa, a >projekt<. Jak projekt to i agent, medialne zaplecze, bo wtedy, wiadomo znajdzie się kasa na wyjazd itp. Jak ktoś wykłada kasę (nie małą zwykle) to nowo-mowa o “szansach” “zwrocie z inwestycji” “medialnym sportowym zadęciu”. Ja broń Boże nie piję tu do “bielików” - mówię o wszystkich po trosze, o sobie również. Na tym tle “drużyna gumowej k.” to niemalże ostatnie don Kichot'y - prawda że w zracjonalizowanym świecie za takimi się tęskni?


Dlatego uczciwie pochylam się nad tym “ziom-czapo-stylem”:

1. Ryzyko - a jakże w góry wpisane jest od zawsze. Banał głosi, że zginąć można i na Babiej G. (vide: nasz “tatrzański sylwester” z 14-ma ofiarami śmiertelnymi). W dobie “wysokogórskiej turystyki” (w oczywisty sposób masowej) warto pamiętać: góry to ryzyko, od którego “kosmiczny sprzęcior i wypasiony zegar z gypsem”, (nawet gdy go umiesz obsługiwać), bronią tylko ”ciut” lepiej niż Mallory'ego koszykowe raki i jedwabne koszule. Owszem, ryzyko nie zawsze jest takie samo. Inaczej jest gdy idę sam, inaczej gdy dodatkowo kogoś obok (partnera, “przechodnia”, inną wyprawę) w to wplątuję. Inaczej było gdy byłem sam, inaczej gdy mam rodzinę, syna. Nie śmiem nikomu narzucać swojego wyczucia “granic”, ani tym bardziej nazywać tchórzem, tego co zawraca wcześniej/niżej niż ja. Ale śmiem - wręcz muszę – pytać czy moim/jego “chodzeniem po bandzie” nie wikłam innych. Partner z liny? Ok związał się ze mną, więc taki jego los. Ale inne wyprawy? Dlaczego? Może nie trzeba załamywać rąk, że np.“brzydkie kaczątka” nie używają radia (bo to pierwszy raz:-), nie trzeba nagłych wyjść, ratunkowo-nie-wiadomo jakich? Po prostu pozwolić ”kaczuszkom” “robić swoje” i samemu też tym się zająć. Kto jak kto ale Simone, chyba się nie łudzi, że da się kogoś ratować ”na siłę” - wbrew niemu. Ba, mają piękną (jeszcze) pogodę, w miarę stały dopływ info.o prognozie i parę lat doświadczenia w bojach z zimową Nangą. Zatem 3-mając za nich mocno kciuki trza robić swoje”. Myślę, że Alex i Ali tak właśnie działają. Realizują swój plan na górę. Jeśli gdzieś po drodze zdarzy się, że ktoś pomocy będzie potrzebował, a oni o tym jakoś(?) się dowiedzą i co ważniejsze: pomóc będą mogli – to jak znam Alego (Alexa osobiście niestety nie) na pewno pośpieszą. Ale nie robią z tego już dziś “sensacji dnia” i nie na nich leży ciężar martwienia się jak o tej pomocy zawiadomić. Każdy z działających tam zespołów ma telefon (nierzadko nie jeden) satelitarny. Amen


2. Co z liczeniem na “farta” i permanentnym szaleństwem? W mojej poetyce górska przygoda sama w sobie jest wystarczająco zaskakująca, więc moim sposobem ”ogarniania nieogarniętego” nie jest liczenie “że Z DEFINICJI musi puścić, udać się itp”. Życie w górach nauczyło mnie, że zawsze muszę być przygotowany na nagłą zmianę, w której posiadanie awaryjnego planu B, potem C, może decydować o przeżyciu - i to nie tylko moim. Może to już oznaka wapniactwa, kto wie... ale nadal chodzę w góry i nadal mam z tego sporo radości. Więc akcent na “fart i szaleństwo” jako strategię – u mnie zdecydowanie nie. Co innego taktyka, tu już ewentualnie....

:-)


22.01.2016|09:00 Nanga Parbat  wszystkie ręce na pokład

Alex Team już "kończy ściankę” zatem lada chwila będą w c2, a i “ziom-marki” ruszyły z rana w kierunku Przeł. Mazeno (znaczy z gazem OK?). No i niespodzianka: Simone niezależnie od wcześniejszych deklaracji również rusza - od razu do C2. Gorączka dobrej pogody? Czy dalsza aklimatyzacja i... ewentualna pomoc w zejściu “brzydkim kaczątkom? One zaś, chyba w końcu wybrały: że to dziś “D-Day”. Przeszło 2 godziny temu Pakistańczyk Ahmed raportował, że są na 7400m i znowu niespodzianka: kucharz w bazie ("spoko-ziom", który kucharzył mi na Nandze już w 2008/9) dostał sms-a(?), że idą drogą Buhla, tą sprzed roku, a nie deklarowanym wcześniej “skróto-trawersem”. Tak tak, ciężko nadążyć za “vincentem”. Ważne aby on... “ogarnął i nadążał”.


21.01.2016|23:50 Nanga Parbat "nocne wycieczki"

Simone i Tamara deklarują, że ich kolejne wyjście nastąpi dopiero po “jetstreamie”, czyli może nawet za 2 tygodnie. Cierpliwi! W Pakistanie jest teraz jeszcze noc – grubo przed 4 rano. Widzę, ze grupa Alexa ruszyła. Wnioskując z pory (najzimniejszy moment doby!) pewnie w planach jeszcze dziś jest c2 i jak słyszę, w tym wyjściu chcą dotrzeć/ubezpieczyć do 7 tys. Zawsze to jakaś ewentualna pomoc dla “teamu gumowej k.”... gdyby ci, po szarży w kierunku szczytu, mieli np.zamiar uciekać w dół przed nawałnicą drogą Kinshofera – najkrótszą ze wszystkich, wiec najszybciej sprowadzającą do bazy. Oby nie trzeba było uciekać się do tego, bo jest szansa ze pogoda, aż tak gwałtownie się nie popsuje. Dlaczego ”oby nie” Kinshoferem w dół? Mimo licznych zimowań na Nande szturmująca dwójka nie zna tej drogi, a stara maksyma mówi: w zejściu, które w zasadzie jest pospieszną ewakuacją, wybieraj raczej to co znasz, bo to czego nie znasz, może ci zabrać cenny czas. Dlatego przez telefon Mackiewicz deklaruje, że “będą schodzić drogą, którą teraz wchodzą”. Oby, bo te pola szarego lodu ponad 6500m powinny budzić respekt, proporcjonalny do ich tegorocznych rozmiarów.


21.01.2016|10:00 Nanga Parbat "Dzień ziom-świstaka"

"Ziom-marki" już wczoraj (bez zbytniego nadwyrężania alfabetu) przekroczyli skały i mają c3. Zatem przez chwilę obie wyprawy Mackiewicza i Klonowskiego były mniej więcej na tej samej wysokości. Ciekawe: że gdy westman'i w bazie restują - ziomale gurują (to ”gurują” bynajmniej nie ortograf, bo na myśli nie góra, a...guru). Westman'i restują, gdyż w ich (np.Simone Team) mniemaniu wczoraj (dziś też?) nie było szans na wspinaczkę. Polacy (Ellie! - ty już “nasza”) walczą u góry, co z kolei w oczach westman'ów wygląda deczko na... zaklinanie rzeczywistości. Broń Boże bym deprecjonował west-ów. Ot, nie pierwszy raz zauważam w górach socjologiczny fenomen. W >tej skali< “bieliki” ze swoją press-konferencją na Okęciu jawią się jako: ultra-westmani(?). No chyba, że podczas urodzinowej imprezy wstąpili do drużyny gumowej k... i teraz medialnie obstawiają szturm?

:-)

Wracając do poprzedniego wątku:

Paweł i Gaweł w jednym stali domu” - choć po przeciwnych stronach góry i ze zgoła odmiennymi planami. “Ziom-marki” tylko aklimatyzacyjnie; “drużyna gumowej k.” deklaruje że szturmowo. Dla obu wypraw to przełomowy moment/dzień. Dla drugiej wiadomo – trawers do c4, szturm(?), a potem do domu (oby), ale pierwsza...? Pierwsza wyraźnie ustami Marka określa, że aby myśleć o szczycie (w następnym wyjściu oczywiście) teraz koniecznie muszą dojść do 7400m (umowny początek trawersu na flankę Diamir), a to zależy... od depozytu sprzed 2 lat. Czy go wczoraj znaleźli (gaz!!!), zobaczymy już niebawem. Zaś co do “szturmo-trawersu”, dziś raczej nie będzie rozstrzygnięć, a nawet gdyby, to należy pamiętać, że za błędne proroctwa, bęcki zwykle zbiera egzegeta, a nie guru.

 

19.01.2016|15:00 Nanga Parbat jeszcze wieje

Tak to już z tym wiatrem bywa, że wieje “kędy chce”. Podczas gdy ”team gumowej k.” walczy/okopał się/ w obozie c2, to po “słonecznej stronie góry” “ziom-marki” krzątają się na grani. Tych którzy sprzed komputera nazywają ją “boczną”, warto zaprosić na panujące tam zazwyczaj... “wietrzenie”. Dziś jednak wiatry zdają się sprzyjać i stanął(?) obóz c2A (oby koledzy stawiając obozy, wzorem Bieleckiego nie testowali... długości alfabetu).

 

Widać, że dziennikarze polubili zimowanie pod Nangę Parbat i mam nadzieję, że to tendencja stała, a nie np.wynik “wiatru odnowy” w polskich narodowych mediach :-) Polubili, ale czy przyswoili zasady tego “zimowania”? O ”brzydkich kaczątkach” pada kategoryczne twierdzenie: “atak ostatniej szansy”. Może warto zatem załapać, że zgoła inną jest dramaturgia “karnego” w ostatnich sekundach meczu (brawo Szmal!), a inną - atak szczytowy zimą na 8tys.m. Jak nie wyjdzie, to w obu przypadkach czymś zgoła innym za to się płaci.

 

Na drodze Kinshofera Alex&Ali już wczoraj zeszli do bazy. Zabrakło im lin, gdyż niosący(?) je Nardi dzień wcześniej na "ścianie" poleciał dobrych parę metrów. Bask i Pakistańczyk pokonali uprzednio ”ścianę” po starych linach, pod Włochem któraś się zerwała. Teraz cała trójka jest w bazie i pewnie kole środy/czwartku wracają do roboty. Pan redaktor/wysłannik i ich nęka: kiedy, ach kiedy będą szczytowali. Może 24-go? Nie czyńmy tej niewątpliwej przygody, wątpliwą sensacją. Zimowa Nanga Parbat sama w sobie, nawet przy ładnej pogodzie, niesie moc zagrożeń, a pierwszym z nich - jesteśmy zwykle my sami.

 

17.01.2016|12:00 Nanga Parbat my widzimy, oni widzą, ale czy “okno” widzi też i... góra?

Czai się okno (być może aż 4 doby słabego wiatru!) i “czają się” wspinacze z poszczególnych wypraw. Ziom-marki na południowej flance i kto tylko może na zachodniej. Wczoraj dwójce Alex&Ali (Nardi pauzował w bazie) udało się wieczorem dotrzeć do “Orlego Gniazda” i po noclegu w c2 poręczowali dziś dalej. Doszli - mniej więcej do kolejnego lodowego pola, a teraz wrócili do c2. Czy zostaną na 2-gi nocleg? Pewnie tak, choć jutro ma silniej dmuchać. Nawiasem mówiąc w "O.Gnieździe" dmucha niemal zawsze. Jeśli wytrwają, to od wtorku zapowiada się “okno” w którym sporo mogą zdziałać... o ile będą mieli liny (może Nardi dziś/jutro doniesie?).

 

Wczoraj też pospieszyły “brzydkie kaczątka”. Jakie mają szanse już w tym wyjściu na udane “szczytowanie”?

- Po pierwsze: zależy to od miejsca w którym zastanie ich “ okno” . Jeśli dobrą pogodę przywitają co najmniej z poziomu 5800m (w/g ich narracji >6000m<) to jest taka szansa.

- Po drugie: zależy to od aklimatyzacji. Niestety nie udało się w poprzednim "rajdzie" przespać powyżej 7tys., a to żelazny (nie tylko dla śp.Hajzera) warunek sine qua non gotowości do ataku szczytowego. Mackiewicz z Revol już rok temu pokazali nowy(?) styl: sukcesywne parcie do szczytu z dziennym “urobkiem” rzędu 300-400m, czym zdają się przyprawiać o ból głowy teoretyków głównego nurtu (twierdzących, że zimą tylko: “szybko”). Czy to się może udać? Po pierwsze: pogoda: okna “w realu” są znacznie krótsze niż zapowiadające je prognozy. Po drugie: też pogoda, a po trzecie... w moich uszach pobrzmiewa: “szybkość wchodzenia decyduje (tylko) o sukcesie, szybkość schodzenia - aż o przeżyciu”.


16.01.2016|11:00 Nanga Parbat ogary poszły w las?

Świętowanie świętowaniem: powroty, urodziny, wywiady etc, a praca... pracą. Jeszcze wczoraj późnym popołudniem Alex&Daniele&Ali podeszli na nocleg do c1, dzisiaj zaś w tej właśnie chwili (w Pakistanie godz.15:00) biorą się za “ściankę”. Uwzględniając porę, założenie c2 to raczej jeszcze nie dziś – ale ewentualnie moooże jutro? Chwali się, że zamiast narzekania na “nieznośność bytu” (lody, pogody itp), nie zasypują gruszek w popiele i wykorzystują każde przejaśnienie, by kontynuować pracę. Nie zdziwiłbym się gdyby obie grupy na drogę Messnera już wczoraj/dzisiejszego ranka też wyszły w górę. Grupa Simone na pewno jeszcze nie finalnie, a “team gumowej k.” - czy aby nie na szturm?


15.01.2016|16:00 Nanga Parbat koń szuka... tarczy?

Nad graniami Nangi hula wicher (góra “dymi”) a i w samej bazie zdaje się pierwsza ekipa "dojrzewa" do powrotu. Dzisiejsze wyjście “bielików” do c1 “sprawdziło” stan ręki i umożliwi(ło?) ewentualne zniesienie sprzętu.


Czy decydujący na to wpływ będzie miała “kontuzja prawej dłoni”? Od 3 dni relacje (i te mówione, i “na wizji”) raczej uspokajały w tym temacie. Bynajmniej nie sądzę też, aby do powrotu zmuszała ... niewypłacalność. Przypomnę: agencje za przedłużenie wyprawy żądają dodatkowych opłat, ale wszak bieliki to jedyna polska grupa, która nie miała problemu z domknięciem budżetu, jedyna której towarzyszy ekipa telewizyjna itp. Co zatem? Zawsze mogą być inne powody: wcześniejsze plany rodzinne, zawodowe. A tak naprawdę to doskonały probierz.... wiary w sukces. W wywiadzie “sprzed tego wyjścia” pobrzmiewało: "do końca stycznia, no może do 10 lutego". Teraz im dalej od wypadku, tym bardziej... puchnie ręka (na zdjęciach z urodzinowej imprezy: już bez bandaży i rzeczywiście podpuchnięta). Skoro tak, czas odtrąbić koniec.

 

Ktoś powie że mizerne efekty tej rewolucji. Cóż: Mackiewicz z Klonowskim, czy wcześniej ja sam - na naszych “pierwszych zimowych Nangach” nie doszliśmy nawet do “ostatniej prostej” [Nardi ocenił ją na jakieś 250m, czyli więcej niż ja to pierwotnie szacowałem]. Więc komu jak komu – mi nie wolno w tym przypadku krytykować “górskich postępów”. Co najwyżej medialne zadęcie, ale pisałem już i pozostanę konsekwentnym: "koń jaki jest, każdy widzi(...) i niech przy swojej opinii pozostanie". Bezpiecznego powrotu wszystkim (czy z tarczą, czy też na...), a walczącym nadal: mocy, uporu i mądrości.


13.01.2016|16:00 Nanga Parbat ???

Rzeczywiście to urodziny, przy czym największym obdarowanym jest nie Mackiewicz... a Bielecki. Wczoraj na wysokości 5800m (na “ostatniej prostej”) prawdopodobnie przy manewrach na świeżo założonym stanowisku, poleciał/zsunął się 80m. Niebo jest łaskawym: jak pamiętam,w tamtym miejscu jest jakieś 50-55 stopni nastromienia, a tor lotu był wolny od głazów i kamieni. Skończyło się - jak pisze asekurujący go wtedy Nardi: jedynie na siniakach i utracie części sprzętu”. Na miejscu Bieleckiego 2 śruby (które utrzymały lot) powiesiłbym nad łóżkiem syna, a Nardiego, poiłbym co wieczór przednim trunkiem zdecydowanie dłużej niż do końca ekspedycji. Niestety: to Pakistan i z tym “spijaniem” pewnie trzeba będzie zaczekać co najmniej do Islamabadu, a na przyszłość, gdy się na pierwszego honornie tacha nielekki wór warto pamiętać o ”przelotach.


13.01.2016|08:00 Nanga Parbat "urodziny"

Nadal “z lekka śnieżna” pogoda sprawia, że większość wypraw odpoczywa w bazie. Ale “Kuluar” jest na tyle stromy, że na bieżąco “oczyszcza się” z tej niedużej w sumie ilości śniegu, a skalne ściany dobrze chronią przed wiatrem. Zatem “zjednoczone siły Kinshofera” wytrwale poręczują, aczkolwiek moim zdaniem, wczoraj - jak głosił plan - raczej jeszcze nie osiągnęli c2. Na pytania: jak wysoko już są w “ściance” i jak czuje się Jacek, (nie bierze udziału w tym wyjściu) trzeba chwilę zaczekać.

 

Ziom-marki jednak idą(?) na rekord. Marecki kategorycznie stwierdza: “Siedzimy [lodowa jaskinia na 6000m] do skutku(...) jak teraz zejdziemy bez 7400m, to raczej będą marne szanse na kolejne wyjście”. Oby nie przegięli i pamiętali że w jaskiniowym zi(o)m-owaniu jeść, a zwłaszcza pić (GAZ!) trzeba.

 

Dziś w “drużynie gumowej kaczki” (The International Rubber Duck Expedition) - urodziny. Dostałem, od zagorzałych fanów – nie moich oczywiście - sporą zjeb..ę za “brzydkie kaczątka”. Zwłaszcza za te BRZYDKIE. Jak mi z tym jest? Jak to mawiają Rosjanie: “niemnoszka staraszno i smieszno niemnoszka”. Śmieszy: jak ktoś mógł skojarzyć >brzydkie< z aparycją Mackiewicza i urodą Elie. Straszy: że pokolenie ziom-ludków naprawdę nie czytało “Baśni” Andersena, a i “Bajek Robotów” Lema pewnie też(?). Boże, kto ich tak skrzywdził?


11.01.2016|18:00 Nanga Parbat "brzydkich kaczątek"... bilokacja?

Niestety nie dane mi było nigdy posiąść sztuki: “parler française”, ale komunikat Revol, przynajmniej w sferze językowej (bo znaczeniowo to zagadka) jest prosty: “Nous sommes de retour au CB” - są z powrotem w.... obozie bazowym??? Spory rozrzut jak na -wczorajszego wieczora deklarowane - “ciśnięcie do 7 kołą”? Jeśli zaiste JUŻ są w bazie, to schodzić musieli co najmniej cały dzisiejszy dzień. Ale kto by zrozumiał artystę.

 

11.01.2016|15:00 Nanga Parbat "lodowi wojownicy"

Wczoraj po ciężkiej pracy, grupa Alexa, znając dzisiejszą prognozę, nie nocowała, jak się spodziewałem, w c1 (by dziś kontynuować poręczowanie Kuluaru powyżej 5700m), ale ku mojemu zdziwieniu zeszła wprost do bazy. Dziś z rana jako pierwszy rąbka tajemnicy uchylił Bielecki. Przeszło miesiąc temu, gdy dopiero startowali do Chlie, pisałem: rewolucjoniści wszystkich krajów łączycie się". Mówisz – masz: wyprawa Alexa i “bieliki” łączą siły. To co było poniekąd naszą nadzieją już na etapie... aklimatyzacji za oceanem; co wielu wnioskowało ze wspólnie obranej drogi (Kinshofera) i podobnego czasu przybycia pod Górę - stało się w końcu faktem. W bazie doszło do paktu i przegrupowań. Ile w tym roli rozsądku, ile presji pogody; jaki wpływ na to miał lód na “ostatniej prostej i ściance” , a jaki... “kaczuszkowy rajd” (pewnie wszystkiego po trosze) - nie ważne. Ważne, że łączą siły, a dobrym prognostykiem może być wspólna wspinaczka Bieleckiego i Txikona na Kanchenjundze.

Dziś wyszła “trójca”, zapewne tuż za nią jutro (?) podąży “dwójka” - a celem tego wyjścia jest zaporęczowanie do c2. Dodatkowo, Bielecki mówiąc o współpracy, wyraźnie stwierdza, że chodzi o wspólne zaporęczowanie do >c3<” (Pisałem już wcześniej o polach szarego lodu powyżej “Orlego Gniazda”). Osobiście, nie tylko ja liczyłbym, aby “pakt” obejmował “więcej niż c3”. Znaczy: “do końca (do szczytu) i powrotu w bazowe pielesze. W takim bowiem gronie większe byłyby szanse na sukces i większe bezpieczeństwo zejścia. Nam pozostaje 3-mać kciuki za współpracę i za ważną cechę honoru warrior'sów: pacta.... sunt servanda.

 

Co u innych: jak'em pisał, “brzydkie kaczątka” nie odpuszczają, (urodzinowa pogoda nadal kusi?) i ponoć “cisną”. Efekt: stoi ich c3 (podają że na 6600m), a drużyna “alkimatyzacyjnie chce dziś klepnąć 7000m”. Czy się to udało (realnie lub wirtualnie) dowiemy się dopiero (chyba) po ich zejściu do bazy.

Simone i Tamara trzeci dzień powyżej bazy, a “ziom-marki” bodaj już 8-my, więc tym ostatnim jak psu buda należy się zejście i rest. No chyba, że... “śladem brzydkich kaczątek... idą na rekord – kto tam w chmurach ile wytrzyma”. :-) Oczywiście to z mojej strony żart. Bo “nikt tu z nikim przecież się nie ściga, a gdyby próbował, to Mackiewicza raczej niewielu jest w stanie przetrzymać :-)

 

10.01.2016|10:00 Nanga Parbat dobra pogoda "trzyma"

Już wczoraj “ziom-marki” buszowały na grani, a dziś ją “penetrują”. Można więc przyjąć, że stoi c2 i zaczęło się poręczowanie terenu w kierunku przełęczy Mazeno. Lada chwila team Nardi&Txikon osiągnie wysokość końca poręczy “bielików”, gdzie raczej (ze wzgl. na porę: Pakistan: +4h i brak biwakowych miejsc) zakończą dzisiejszą pracę. Patrząc na prognozę pogody, sądzę że zejdą do c1 i “ostatnią prostą” przed “ścianką” zostawią na jutro. “Kaczuszki” walczą pod/na lodospadzie (6000-6200m), a Simone i Tamara szukają spokojnego zejścia ze zboczy Gonaro Peak wprost na c2 “kaczuszek”. Wczoraj dokładnie w południe “bieliki” zamieściły wiadomość, że blisko półtorej doby wcześniej zakończyli to wyjście. Rankiem 8-go stycznia w c1 Jacek Czech zdradzał "objawy początków infekcji", więc podjęli decyzję o szybkim zejściu. Z aklimatyzacji w Chile Bielecki wrócił z zaziębieniem i oby teraz nie spotkało to Czecha. Zatem kurując się, obserwują okno z poziomu bazy (czy aby na pewno obaj?).


09.01.2016|10:00 Nanga Parbat 13-go?  szczęściem nie w piątek

Porównuję na paru różnych portalach pogodę i:

  • albo Nanga ma dla Mackiewicza urodzinowy prezent,

  • albo niestety to kolejna jej... podpucha.

 

Okno zdaje się być dłuższym niż wcześniejsze rokowania, a w okolicach urodzin wiatr PLANUJE(?) pauzę. Nie sądzę, aby drużyna gumowej kaczuszki, widząc to – odpuściła. Pytanie: czy wiatr – nie zmieni zdania?

 

Lada chwila będzie jasnym – jak “bielikom” (wczoraj?) poszło ze “ścianką”. Tymczasem “ziom-marki” korzystając z dzisiejszej pogodnego (niestety wietrznego) ranka “klepnęli” 6000m znaczy grań – (już? c2) i pracowicie zaopatrują obozy. Team Nardiego i Txikona spokojnie rusza na poręczowanie Kuluaru, a Simone z Tamarą startują na właściwą drogę Messnera.


07.01.2016|08:00 Nanga Parbat Jak nie teraz, to...?

Niezależnie od tego, czy nadchodzące “okno” (rozpogodzenie 8-11 stycznia) okaże się “tarasowym”, czy tylko “lufcikiem”, próbować trzeba. Ani ja, ani Karl Gabl, ani nikt inny nie ma “kryształowej kuli”, która powiedziałaby “ile jeszcze w styczniu i lutym, takich rozpogodzeń będzie”; ale nawet fanpejdżowy wyznawca... łapie, że skoro to >himalajska zima<, to zapewne niedużo. Każda z pięciu wypraw na swój sposób próbuje wykorzystać rozpogodzenie.

Ci, którzy się nie spieszą:

  • ziom-marki”: kontynuują wyjście (rozpoczęte 5.01) i w tym dokładnie momencie (w Pakistanie południe) powinni osiągnąć obóz na 5500m. Jeśli przeczekają jutrzejszy koniec śnieżycy, jest szansa w rozpogodzeniu zaporęczować barierę skalną oddzielająca ich od grani (tam c2)

  •  zespół Alexa i Daniele: wczoraj raczej (?) nie poręczowali powyżej miejsca osiągniętego wcześniej przez Polaków, bo (chyba?) po noclegu w c1 zeszli do bazy. Ich czas “nie goni”, więc sądzę, że wyjdą dopiero po zakończeniu opadu

  • Simone team zapewne wyjdzie też. Już pewnie na właściwą “drogę”, a nie na dookolne turnie.

     

Co zrobią “bieliki”? Przyjechali (cały plan aklimatyzacji na tym oparto) dla “wczesno-styczniowego” okna – więc próbować trza! Nie sądzę, by dzisiejsza końcówka opadu ich zatrzymała, bo do c1 wydeptano na tyle dobry szlak, że praktycznie nikt tam się już się prawie nie wiąże. Moim zdaniem rozstrzygający dla tego wyjścia będzie jutrzejszy dzień. Przechodząc/poręczując “ostatnią prostą” nie powinni zbytnio odczuć wiatru, bo w te rejony Kuluaru północne podmuchy raczej się nie zapędzają, ale na “ściance” (tak skalną barierę nazwał Bielecki), a zwłaszcza na wieńczącej ją “grańce” (próbuję utrzymać ten pieszczotliwy ton przedmówcy) gdzie zwykło się stawiać c2, a także powyżej obozu - może już poważnie dmuchać. Jeśli by jutro – a tak planują – założyli c2 w “Orlim Gnieździe” (nazwa pochodzi z zimy 1996/7), to przy spełnionej prognozie mają szansę na “7000m”, ale nie sądzę by to miał być szturmowy atak. Na to - okno jest za małe, a oni... za mądrzy.


05.01.2016|10:00 Nanga Parbat tanti auguri di buon compleanno

Podczas gdy “Net” huczy od prognoz i planów, na przyszło-zimowe K2; (nie wiem, czy nie aby za szybko “odfajkowując” zdobycie “Nagiej Góry”); to ja: "Wszelkiego dobra Krzysiek, obyś w zdrowiu jeszcze kiedy tam stanął”.

 

Byłoby cennym, nauczyć się od "bielików" takiej sztuki: by niesione “tylko 200m” w terenie rozkładać jako “aż 300m”. Każdy, kto tachał przyciężkie plecaki, by tak chciał! Zakładam, że cały czas mowa o poręczowych linach, a nie gumie (np. z majtek, czy kaleson). Należy jednak uważać, aby rozciągając, nie... naciągać.


Co z tej sztuki "rozciągania" lin poręczowych jeszcze wynika? Ano to, że o ile ”bieliki” nie mają cudownego kuferka (z niekończącą się ilością lin) to nie wystarczyło jej nie tylko na zaplanowane ubezpieczenie skalnej bariery tzw. “Ściany Kinshorfera”, ale nawet na “ostatnią przed nią prostą” - cokolwiek w wysokich górach ten sprinterski eufemizm miałby znaczyć (“na oko” szacuję, że około 150-200m lodu). Pewnie można by było za następnym (już szczytowym?) wyjściem: zbierając liny po drodze - przełożyć je wyżej”, ale jakoś nie wpisuje się mi to w rewolucyjną szybkość&filozofię “bielików”. Co zatem pozostaje? Albo przeprosić się ze starymi poręczami (coś tam z naszego lata 2013r. i z ostatniej zimy powinno wisieć), albo czekać, aż zespół Txikona i Nardiego użyje tych 70kg wytachanego do c1 sprzętu i zaporęczuje najtrudniejsze technicznie miejsca; albo... - wszystko to jednak raczej już definitywnie nie “stylowo alpejskie”, a “siermiężnie oblężnicze”. No cóż: rewolucje w teorii bywają pięknymi, tylko jakoś życie... (tu: pakistańska aura, ewentualnie nasza krajowa codzienność) nijak do nich nie chce się dopasować.


Wczoraj niemalże wszyscy (za wyjątkiem grupy Mackiewicza) zeszli do baz, ale dziś korzystając z jednodniowej przerwy w opadzie zarówno “ziom-marki” jak i grupa Txikona wyszły, zapewne “na ciężko” z uzupełnieniem sprzętu i zapasów. Podczas gdy w bazach kwitnie towarzyskie życie, to “drużyna gumowej kaczuszki” (Mackiewicza) gdzieś koło 5500m nie bacząc na śnieżycę przeczekuje/prze do góry (kto jol wie?).


03.01.2016|12:00 Nanga Parbat Śnieżyca - czas przegrupowań?

Są wyprawy które konsekwentnie “robią swoje” wykorzystując czas jaki im dyktuje pogoda. Tak rzecz się ma z pierwszymi tej zimy pod Górą “ziom-markami” i ostatnimi: teamem Nardi&Txikon. Inni początkiem zimy nadrabiają aklimatyzację i rozeznają drogę – to team Simone i (chyba) team Mackiewicza. No i jest wreszcie rewolucyjna wyprawa, której plany rewolucyjnie szybko ewoluują:

plan A: “5-dniowy alpejski atak”, o ile kiedykolwiek był realnym, takowym być przestał w momencie dotarcia do Bazy,

plan B: “szybkie zaporęczowanie Ściany Kinshofera >tylko 200m< lin w pierwszym wyjściu, po to, by w drugim, quasi alpejsko przeć do szczytu, zakończył się... po paru godzinach brodzenia w śniegu po jaja.

Nadciągająca śnieżyca ostatecznie udaremni pomysł: “od Ojos del S. do szczytu Nangi w 3 tygodnie” i... dopiero teraz team może pokazać co naprawdę jest wart. Już przed miesiącem, zanim “bieliki” wyfrunęły w świat kondorów, w wywiadzie dla NPM-u, zakładając jako jeden z możliwych dzisiejszy pogodowy scenariusz zimy, stawiałem pytanie: jaki jest “rezerwowy” plan zespołu Bieleckiego. Zakładam, że takowy(-we) posiadają, a w zasadzie już go realizują, aczkolwiek niekoniecznie mają zamiar ogłaszać go równie głośno jak poprzednie. Myślę że te parę dni opadu, mogą zaowocować sporymi przetasowaniami.


01.01.2016|12:00 Nanga Parbat Z Nowym Rokiem

Podczas gdy nadchodząca śnieżyca nadal "wisi w prognozach": Ziom-marki dociągają robotę w okolice skalnej bariery, i jest szansa już w następnym wyjściu ustawić c2 na grani. Ale może to się nie liczy, bo zaczęli przed "astronomiczną" i z definicji nie działają po alpejsku? Tak przynajmniej wynikałoby z  fanpejdża Bieleckiego. “Alpejskim bielikom” zdaje się definitywnie zegar przestał tykać, bo wczorajsze wyjście i założenie c1 jako “PIERWSZEJ ekipy w sezonie” (a niby gdzie wcześniej poszły inne wyprawy?) odpuścili, przez “bratanie się z ekipą Txikona i pakowanie do wyjścia”. Dziś zaś doszli... do połowy drogi (mniej więcej do 4450m; koniec “po płaskim”), gdyż nie doceniwszy śniegu, nie zabrali nart i rakiet (sic!). Na bezrybiu i rak...ryba. Nie znając dokąd na Messnerowym projekcie dotarli poprzednicy, trzeba cieszyć się chociażby tym... “brataniem”, bo a nóż “konkurencja” (nazewnictwo oryginalne przytaczam za redaktorem z tvn24) przedzierzgnie się w compadieros?

 

30.12.2015|11:00 Nanga Parbat i po stylu, tudzież po rozterkach

Simone&Tamara właśnie ruszyli (dzień za Mackiewiczem), a "bieliki" błyskawicznie zrewidowały plan. Jutro chcą osiągnąć c1, pojutrze dojść do c2 "poręczując kluczowe trudności", a potem... wracają do Bazy. Zapewne spiesząc się przed nadchodzącą śnieżycą.  Jak się okazuję planując wyprawę "po alpejsku" nie zapomnieli o przywiezieniu 200m lin na poręcze. Może wystarczy. Zobaczymy jak pojutrze wyjdzie im z "lodowiskiem" i skalnym bastionem.  Szkoda jednak dzisiejszego dnia, bo na przestrzeni ostaniach 2 i w perspektywie najbliższego tygodnia - wiatr jest najsłabszy, a dzień cudnie słoneczny. Zimą na Nandze nie wolno takich trwonić - gdyż niewiele ich bywa.

 

30.12.2015|08:00 Nanga Parbat "Rozterki"

Najpóźniej jutro do bazy dotrzeć powinni Nardi i Txikon, co symbolicznie zamknie pewien etap tegorocznej walki o “zimową Nangę”. Ci, co sukcesywnie docierają pod górę, na własne oczy przekonują się, że “góra jak kobieta, zmienną jest. Oczywiście, pogoda w styczniu może jeszcze przynieść te “na wzór ubiegłorocznego wyśnione 5-6 dobowe okno”, ale sama góra – jak pisałem poprzednio - w zgoła innej niż przed rokiem kondycji. Ufam, że ekipy w większości twardo chodzą po ziemi, więc i swoje najbliższe plany dostosują do tej bynajmniej “niegodowej szaty”. Poniekąd zaczął to robić team Mackiewicza, i to nie tylko zmieniając nazwę z “Nanga light” na “Nanga Ruuber Duck Exp.”(?!?) ale przede wszystkim “zapominając” o zapowiadanym wcześniej, a nierealnym w tych warunkach “alpejskim stylu”. Już wczoraj ruszyli dwójką z Eli na Drogę Messera i będzie to parodniowa praca z zejściem do bazy, a nie “ciśnięcie jednym strzałem do szczytu”. Oczywiście, nie bedą poręczować w skali jakiej robią to np.“ziom-marki” - bo i liczebność i środki nie takie – ale na pewno, przy okazji nadrabiania zaległości w aklimatyzacji, “opatentują” początek drogi. Myślę, że ich tropem już dziś (?) podąży(ła) dwójka Simone, natomiast prawdziwą zagwózdkę mają “bieliki”. Parę dni temu, jeszcze nie znając prognozy, ale widząc już pierwsze zdjęcia Nangi - założyłem się o to, “że 3 tygodnie, w tym roku są nierealne”.


W/g deklaracji Bieleckiego: “od opuszczenia Ojos de S. do szczytu Nangi tylko 3 tygodnie” (przypomnę: zegar zaczął tykać 18.12) zostało już tylko 9 dni, a tu za pasem....kolejna zimowa śnieżyca. I to taka “po byku”, bo na 3-4 stycznia wieszczony jest blisko półmetrowy opad. Jeśli prognoza się zmaterializuje, to 9 dni do szczytu Nangi już poszło się j...ć, ale paradoksalnie w opadzie upatrywałbym szanse na ambitny styl “bielików”. Przy obecnym zalodzeniu góry, (zarówno w kuluarze pod ścianą Kinshofera, jaki powyżej “Orlego Gniazda”) pchanie się tam bez choćby części poręczy (taką REWOLUCYJNĄ czystość stylu zakładały deklaracje chłopaków) przypominałoby chodzenie po polu minowym, i to chodzenie na czas. A jak popada i zachodni wicher śnieg sprasuje, to miejscami da się te lodowiska przekroczyć po śniegu, i pójście “5 dni: baza-szczyt-baza” nie jest takie całkiem od-czapy. Pytanie tylko czy wytrzyma “rewolucyjna aklimatyzacja”?

 

28.12.2015|16:00 Nanga Parbat "Jeden obraz jak tysiąc... cyfr"

Tak mam od wielu lat, że dzień witam poranną kawą znad prognoz pogody. Nie uważam się – broń Boże - za pół, czy nawet ćwierć-meteorologa. Ot po prostu, ponieważ życie moje “tam” po wielokroć zależy od “niży, wyży, opadów i frontów”, to będąc “tu” obserwuję góry w jakich bywam, bywałem, czy daj Boże bywać planuje. Sprawia mi frajdę podpatrywać, jak to wyglądają na przestrzeni sezonu, roku, czy lat, bo jest to trochę jak “zaglądanie Bogu w karty”.

 

Ale prognozy prognozami, a realia.... Stąd bezcenne są dla mnie zdjęcia “tych którzy walczą”, bo dopiero one weryfikują "internetowe gdybanie".

 

Simone i Tamara opublikowali dziś 3 zdjęcia. Co z nich wyczytuję? Potwierdzają się prognozy z listopada i początku grudnia o opadach. Wtedy pisałem, a teraz widzę: śniegu w tym roku jest dużo więcej niż o tej porze rok i 2 lata temu. Do tego sporo szarego lodu (m.innymi na drodze Kinshofera). Oj będzie się działo, bo przypomina mi to warunki jakie na flance Diamir zastałem w 2008/9r. Czyżby Mr. El Ninjo dał znać o sobie?


22.12.2015|20:00 Nanga Parbat ZIMA

Dziś, tuż przed 6 rano na półkuli północnej astronomicznie i kalendarzowo: ZIMA. Podczas gdy my trzepiemy dywany, uwalniamy karpie, przyrządzamy kutię i stroimy choinki, nostalgicznie przy tym rozglądając się za śniegiem, to w Pakistanie praca... wre.


"Ziom-marki” zdążyły już trzykrotnie “obrócić z bazy Latabo (3600m) do obozu na 4100m” (stan wiedzy na wczoraj). W tym samym miejscu, co przed 2 laty, pod skałami na poboczu lodowca założyli obóz/magazyn.


Simone i Tamarze początek zimy przyniósł w prezencie ... upragniony permit na Nangę. Tym ważniejszy, że po całej serii... “niemiłych/nieprzewidywalnych zdarzeń”. Czyżby Spantik Peak nie dla nich?

I tu mam zagwozdkę, bo to ponoć “pierwszy tej zimy permit na flankę Diamir” (?). Więc ciśnie się pytanie... co z grupą Mackiewicza? Być może to ten sam/wspólny permit? A może nie tylko życie ale i pakistańskie służby nie nadążają, gdy tym czasem Mackiewicz śle dziś zdjęcia... już z drogi pod Nangę :-)


Bieliki” zapewne zawitały już do Warszawy i bynajmniej nie na nocne głosowania w sejmie, a na rest, przepak, pospieszne życzenia i we Wigilię lecą do Islamabadu! Są jedynym zespołem, pośród tegorocznej piątki wypraw, który bez obsuwy i niespodzianek zrealizował swoje przed-zimowe plany. “2 noclegi na 5800m i 3 na 6750m” to spora zaliczka. Dlatego Bielecki daje sobie/im, licząc od 19 grudnia, 3 tygodnie na alpejskie zdobycie Nangi!


Nardi i Txikon nadal jeszcze wśród kondorów, gdy tymczasem ich wyprawa ostatecznie zamknie się na zespole, który początkiem marca był zeszłej zimy najbliżej szczytu. Szkoda silnej i doświadczonej dwójki, która ostatecznie nie wzmocni tego teamu.

 

16.12.2015|08:00 Nanga Parbat "bielikowy biwak"

Mackiewicz "odnalazł się" nie (jak w przedwyjazdowych planach) na Spantik Peak i nie w Skardu, a w Chilas - czyli na starcie treku pod flankę Diamir. Dodatkowo, pochłania go - nie jak planował - aklimatyzacja, ale pakistańska administracja i organizowanie trekingu do Bazy pod Nange. Jak zawsze rzeczywistość ma problemy w nadążaniu za "van gogiem".

Ziom-marki” dotarły już pod flankę Rupal i się... moszczą,: znaczy przed zi(o)mowaniem: okopują pozycje, urządzają dom, stawiają piec, i lada moment zaczną robić “aklimatyzacyjne spacery”(?).

Simone Moro tajemniczo, acz planowo zamilkł. Mierząc “letnią miarą” - pod Spantikiem powinien być już 2 dni temu, ale... na mój nos raczej wczoraj nie było go tam jeszcze.

Gdy o Gołębiowej aklimatyzacji cisza, to jego compadieros Nardi i Txikon szaleją w Andach.

A skoro Andy to i “orły”. Orły, nie kondory? Andy, dzięki klasyce Ostrowskiego (“Wyżej niż Kondory”) dla paru pokoleń wspinaczy jednoznacznie kojarzyły się z kondorami. Może teraz dzięki “rewolucyjnej” wyprawie zaczną z orłami? Co prawda ornitologowie do znudzenia powtarzają o Bieliku (on ci to na naszym godle), że: “tak ma się on do orłów, jak padlinożerca do drapieżców i genetycznie znacznie bliżej mu do...bociana”. Ale cicho sza! Mamy czas polityki hist(o)rycznej.

 

3 dni temu, dwa nasze “bieliki” zdobyły O.del Salado i już wczoraj podciągnęły tam “tabory”. Teraz zaś aplikują (jak sami piszą) “leżakowanie” i wszelkie podobieństwo z “przedszkolnym” jest nieuprawnione, a wręcz złośliwe. Tym bardziej, że to “rewolucyjne leżakowanie” rozgrywa się na kondorzej wysokości 6780m, a warunki – znaczy przede wszystkim wiatr - bynajmniej dla "starszaków". Niech ich zatem tam nie zdmuchnie, w spokoju i owocnie leżakują, a ja tymczasem spróbuje nadrobić zaległości.

“Weteranów” którzy tegorocznej walce nadawać będą ton, zdążyłem przedstawić już zeszłej i poprzedniej zimy. Nie zrobiłem tego jeszcze w stosunku do debiutujących tej zimy pod Nangą naszej dwójki... 'bielików”.

Jacek Czech cieszy się b.dobrą opinią zarówno wśród kursantów (wieloletni instruktor), kolegów jak i rywali (jeden z lepszych polskich skiturowców dekady). Nawet w przelotnym kontakcie epatuje spokojem i rzeczowym podejściem do wspinaczki.

Adam Bielecki – kogo jak kogo, ale jego przedstawiać nie trzeba. Jak mawiał klasyk: “koń jaki jest, każdy widzi”, gdyż sam zainteresowany zadbał, aby każdy miłośnik gór wysokich – i nie tylko w tym kraju – usłyszał jego nazwisko. Zatem "każdy" niech przy swoje opinii pozostanie.

Ciekawą w tym duecie jest relacja (sami wielokrotnie o niej mówią): “mistrz i uczeń”, przy czym konia z rzędem temu, kto wskaże... ucznia :-). Za nimi przemawiają: zimowe doświadczenie Bieleckiego, a także, parę wspólnych trudnych wspinaczek w Peru, w których zespół okrzepł i nabrał pewności siebie. “Bieliki” też, pierwszy swój sukces, odniosły jeszcze przed wylotem do Ameryki Południowej. Za sukces bowiem – oczywiście medialny i marketingowy - należy uznać spokojne dopięcie budżetu – z czym borykały się wszystkie pozostałe polskie ekipy. Pokłosiem tego jest fakt, że o “rewolucyjnej strategii bielików” rozpisywały się nawet mainstreamowe media, dla których Himalaje, to tak samo daleko jak nie przymierzając Mars.


11.12.2015|18:00 Nanga Parbat "Zima - jużeś ty?"

Ziom-marki” zakończyły już aklimatyzację i po odpoczynku w Gilgit wyruszają pod Nanga Parbat. "Rozgrzewka" trwała tydzień krócej i zakończyła się “grubo” kilometr niżej, niż opiewał to wcześniejszy plan. Czyżby pośpiech i duch rywalizacji? Raczej nie - tę ekipę najmniej o to bym podejrzewał. Może zatem – brak pozwolenia na... Rakaposhi; albo że szczyt (lodospadem?) obronił swą sławę “trudnej góry" (A. Czerwińska)? A może po prostu... podczas gdy nad O.del Salado wiosenno-letnie przesilenie, to w północnym Pakistanie dały o sobie znać “pierwsze pomruki zimy”.

 

Właśnie zakończyła się dwu-dobowa śnieżyca i zarówno na Nanga Parbat jak i na Spantik spadło przeszło pół metra śniegu! O ile karawana "ziom-marków" do Latabo (pod flankę Rupal) nie powinna mieć z tym problemów, o tyle dotarcie po takim świeżym opadzie pod...Spantik [pisałem o ostatnim przed bazą, uszczelinionym odcinku lodowca] może nastręczać trudności... tragarzom. Grupa Moro już pewnie to testuje bo nie zdziwiłbym się, gdyby dziś zagościli w Arendo, skąd rusza treking do bazy pod Spantikiem. A Mackiewicz - ponoć też w tym kierunku, aczkolwiek kto by to wiedział, gdzie ów raczy na Elizę czekać. Wystarczy, żeby Francuska wiedziała :-)


08.12.2015|08:00 Nanga Parbat O "aklimatyzacji" słów kilka

Nawet siedząc za przysłowiowymi: biurkiem, konsoletą i monitorem, się wie, że: “góra do aklimatyzacji ma być jak-najłatwiejsza i jak-najwyższa”. I właśnie to różni Pakistan od nepalskich Himalajów. W Nepalu takich “nietrudnych 6 tysięczników” sporo, by wymienić sam Island Peak, który w ostatnich dekadach bije rekordy popularności między innymi jako góra “do aklimatyzacji”. A w pobliżu K2, Gashebrumów czy Nangi Parbat “takowych” nie uświadczysz, bo albo niełatwe (np. Rakaposhi), albo jak w okolicy samej Nangi Parbat – wszystko relatywnie niskie. Pomysł na Amerykę Południową (patrz: Ojos del Salado) jest prostszy, ale i... droższy. Ma swoją historię, bo bez mała już blisko 2 dekady, marzący o zimie w górach najwyższych takiej “łatwej i wysokiej” szukają.

 

Tej zimy pojawiły się pomysły alternatywne:

1/ Rakaposhi – w zasadzie aklimatyzacja na nim już 2 dni temu praktycznie została zakończona. Gdy “ziom-marki”, zejdą do cywilizacji, być może dowiemy się, co zadecydowało o “odpuszczeniu”, plan bowiem zakładał “dojście do 6400 i ewentualny nocleg”, czyli sporo więcej niż to 5000-5200m, które osiągnięto.


2/ leżący w Karrakorum – Spantik Peak, który na pierwszy rzut oka – spełnia oba kryteria: góra ta jest wysokości przysłowiowego Piku Lenina i latem jej trudności z: "Leninem” są porównywalne. Latem też przesiadka z Bazy pod Spantikiem do Bazy pod flanką Diamir na Nandze, o ile Allah (znaczy pogoda) pozwoli, nie powinna trwać dłużej niż 5-6 dni. Ale w tym miodzie jest łyżka dziegciu. Po pierwsze: na samym Spantiku, jeśli w ramach aklimatyzacji miałoby się ochotę dojść do samego szczytu, powyżej c2 jest “parę niespodzianek”, po drugie – karawana pod tą górę (zwłaszcza ostatni odcinek po lodowcu) to nie bułka z masłem, jak wjazd jeepem do bazy pod O.del Salado i zimą mogą być problemy z... tragarzami. Zobaczymy jak to pójdzie grupom Moro i Mackiewicza. Ten ostatni, niestety jak na razie w pojedynkę, gdyż francuska nie dostała jeszcze wizy (wcześniejsze zamachy, a obecny szczyt w Paryżu?). Ponoć "jak kocha, to poczeka", ale perspektywa "przytulenia się" do wyprawy Simone też pewnie kusi (patrz tekst o "rewolucjonistach). sic!

 

06.12.2015|12:00 Nanga Parbat "rewolucjoniści wszystkich krajów... łączycie (?) się"

Każdy z 5-ciu tegorocznych team'ów już się aklimatyzuje - dziś do Pakistanu jako ostatnia wyleciała grupa S.Moro. Dziwnym zrządzeniem losu, mimo ogromnego wyboru (bo dosłownie niemal całej planety) i jakoś na przekór głośno wybrzmiałej “samodzielności, oryginalności” aklimatyzacja odbywa się w... tym samym miejscu, a w zasadzie w 2 tych samych miejscach. Wyprawy, które obrały sobie drogę Kinshofera (teamy: Bieleckiego i Txikona) spotkają się na ... Ojos de Salados, a minimaliści z drogi Messnera (grupy: Mackiewicza i Moro) spotkają się w ... bazie pod Spantik Peak (być może nawet wcześniej w Islamabadzie). O ile pod filmami zwykle widnieje: “zbieżność nazwisk i faktów niezamierzona” o tyle tu... za dużo byłoby tych przypadków. Pytanie tylko czy i w kogo wykonaniu:

  • to “podchody

  • a w kogo: “zaloty”.

Jeśli to drugie (zaloty), a aklimatyzacja zyskałaby dodatkowy wymiar “gry wstępnej”, to byłaby szansa na “zdrowo-rozsądkowe” połączenie sił, na czym trochę straciłoby pewnie “tego i owego – ego”, ale wzrosłaby szansa powodzenia projektu.

I tylko “ziom-marki” nikogo nie podchodząc, robią swoje znaczy zi(o)mują na na Rakaposhi.


03.12.2015|1:00 Nanga Parbat "klęska urodzaju"?

Ponieważ zapowiada się wysyp wypraw na Nanga Parbat, to muszę, dla jasności komentarzy, jakoś je uporządkować. Na starcie zimy ma ich być co najmniej 5 i choć malkontenci twierdzą, że już początkiem stycznia ta liczba znacznie się przerzedzi (bo ktoś odpuści, bo ktoś się połączy itp.), to jednak już teraz warto zabezpieczyć się przed chaosem.

Najprościej i przejrzyściej jest poprzypisywać wyprawy konkretnym osobom i to z klucza ich rozpoznawalności. Dlatego będę pisał o: “wyprawie Klonowskiego”, “wyprawie Mackiewicza”, “teamie Moro”, “ekspedycji “Nardiego Txikona & co”, “wyprawie Bieleckiego” - całkowicie abstrahując do tego, “kto tam nominalnie w pakistańskich papierach jako leader figuruje”.


Będzie to sezon: “wzmocnień” i “aklimatyzacji”. Przybywający tej zimy pod Nangę “weterani” wzmacniają składy, a poprzez wcześniejszą aklimatyzację celują w styczniowe zakończenie akcji. Mackiewicz dokooptował Pakistańczyka, Moro – sympatyczną Tamarę(?), Nardi z Txikonem kolejną silna dwójkę, ale największe roszado-wzmocnienia nastąpiły w zespole Klonowskiego. Ten ostatni słynie z luzackiego podejścia, więc minie jeszcze trochę czasu zanim “ogarniemy kto z ziomków i ziomali już dojechał a kto (i po co) dojechać ma”, “kto się wrócił, kto napiera; kto tam w bazie, a kto w górze”. Taki pomysł, taka praktyka. Ma to swoje miłe, ma i uciążliwe strony, grunt że ziom Marek ogarnia. Trzon zespołu jest już od blisko 2 tygodni w Pakistanie i aklimatyzują się na Rakaposhi. Góra ta – głównie za sprawą książki Ani Czerwińskiej – cieszy się “złą sławą”, ale... ziomki Marka (może “ziom-marki”? - dobre bo krótkie) mają dość realistyczny pomysł na aklimatyzację: “dojście (i przespanie się) w okolice 6000-6400m.”. O ile pogoda pozwoli, nie jest to pomysł z kategorii: “z motyką na księżyc”. Oczywiście taki “trening” - nawet przy 100% realizacji – nie daje szans na późniejsze “jednym ciągiem do szczytu”, ale mimo deklaracji, że działają tylko do końca stycznia, Marek nie zakłada stylu alpejskiego tylko oblężniczy (poręcze, stałe obozy itp) i taka aklimatyzacja może pomóc/przyspieszyć zasadniczą akcję na flance Rupal. Niemal wszyscy komentatorzy nie widzą szans tej grupy;

  • bo spora część zespołu trochę jak “z łapanki” - mało doświadczona,

  • do tego “ziomalska organizacja”,

  • a także droga Schella mohutnie trudna/długa, i na dokładkę imć “generał Petelicki...”.

Wszystko to prawda, ale warto podkreślić mocną stronę “ziom-marków”. W czasie gdy Mackiewicz, swoją publiczną zbiórkę przedłużał, podkręcał, przedłużał... na stronie ”nangadreamu” komentarzami dezawuował: i Marka, i polak-potrafi, i w ogóle życie “że uwiera” – nie zapominając przy tym o reklamowaniu swojej ściepki - to team Klonowskiego, bez jęczenia, po męsku przyjął fakt niepowodzenia własnej zbiórki. Napastliwych komentarzy Tomka nie usuwał, a wyprawa się dzieję. Niezależnie od szans: Chapeau bas - za konsekwencję! Czwórka wspinaczy: Klonowski, Dunaj oraz para Pakistańczyków mają już pojęcie w co się ładują; Dziku pewnie też, a reszta ziomków ma swoją życiową przygodę – cokolwiek miałoby to znaczyć.

 

Nardi, Txikon & Co” dopiero co wzmacniani, już się “z lekka” osłabiają. Rezygnację z wyprawy ogłosił właśnie Latorre. Nie znam go co prawda aż tak intensywnie jak Kinga, ale miałem okazję parokrotnie spotykać; to w Pakistanie, to w Nepalu. Od lat cieszy się bardzo pozytywną opinią. Dlatego szkoda Ferrana, bo jest to dla niego – jak pisze - “rezygnacja z marzenia”; szkoda też i wyprawy, która dużo by zyskała w dodatkowym, silnym, polsko-hiszpanskim zespole.

Ufam że Gołąb z Annapurny wrócił z “niedosytem wspinaczki”, więc mimo medialnej ciszy – dalej jest w projekcie. Niemniej jednak chyba zmieni się koncepcja. Raczej teraz nie ma mowy o 2, wymieniających się, równie silnych zespołach (bo zabrakło pary dla Janusza) i trzeba będzie chyba (?) wrócić do pomysłu sprzed roku wspinaczki “całą czwórką naraz”. Niby tak samo silnie, ale w wyższej partii góry - powyżej c2 - może być "ciut" ciężej.. Przyszłość pokaże.

 

01.12.2015|00:00 Nanga Parbat W co wierzymy tej zimy?

Niezależnie od tego, czy “himalajska zima”:

  • jak chce Denis Urubko, zaczęła się dziś właśnie,

  • czy raczej, jak wierzy Simone Moro, będzie to miało miejsce tradycyjnie, wraz z kalendarzową porą roku,

to naszą uwagę już teraz bez reszty pochłania Nanga Parbat. Jak na razie bowiem brak “chętnych” na K2. Co prawda mainstream polskiego himalaizmu już od 2 lat konsekwentnie takową wyprawę umieszcza w oficjalnym kalendarzu dofinansowań, ale jest z nią tak, jak z yeti i “trawersem Gasherbrumów”:

  • marzą o nich wszyscy,

  • widział podobno tylko Messner,

  • a realnych dowodów konsekwentnie brak.

     

Wydaje się, że organizatorzy “narodowej zimowej K2” – trochę jak ci Indianie z kawału o zimie, meteorologu i zbieraniu chrustu. Złośliwi mówią (branżowe dyskusyjne fora huczą), że “prędzej zdobędziemy selfie Yeti niźli to kierownictwo domknie budżet”, ale ja mimo wszystko jestem dobrej myśli. Daj Boże dożyć kolejnej jesieni, to zobaczymy.

 

O górze, zimie i wyprawach; planach, fortelach i rokowaniach - sukcesywnie będę pisał w najbliższym czasie, bo “zaokienna plucho-zima” ku dywagacjom nastraja. Dziś, na wstępie warto pochylić się nad... wiarą.

Niemal wszyscy kibice, nie ważne kto za kim 3-ma kciuki, już “otwierają szampana”, świętując że Nanga tej zimy “padnie”. Tak podpowiada im niezachwiana wiara. Aczkolwiek logik-sarkastyk dodałby: wiara kibiców często bywa odwrotnie proporcjonalna do... wiedzy. Zwłaszcza wtedy, gdy nie popiera ją doświadczenie. No ale wielka wiara... góry ponoć przenosi.

 

Zawodnicy” (tak zwykł mawiać A.Hajzer), ufają że zadzieje się to (“padnięcie”) w styczniu. Wszelkie misternie snute plany o tenże styczeń opierając, modlą się o powtórkę ubiegłorocznego “okna” (bez wiatru i opadów). Trwało ono bez mała 6,5 doby, czym zadziwiło wszelkich speców od gór i pogody, a piewców “cieplarnianego efektu” umocniło w wierze.


Namnożyło się tych wierzących. Bo i kibice, i zawodnicy, i alterglobaliści od emisji CO2...

Pytanie co na to sama zainteresowana, w co ona – Nanga Parbat - “wierzy”?

 

21.11.2015|10:00 trawers Piku Pobiedy 2015r

"przybyli'm, zobaczyli'm, zawalczyli'm"

Jak'em pisał: styczniowy pomysł Gleba [Sokołova]: "coby zawalczyć w maju o Pobiedę" - końcem marca z barku środków skonał, a ja postanowiłem nie odpuszczać. Nie przerwałem treningów i "dewastacji sprzętu" (znaczy odchudzania). Rozglądnąłem się też za innymi waria(n)tami. Na mój telefon/propozycję "Trawersu Trawersów":

  • ten uczciwie powiedział, żem szalony,

  • ów że rodzina nie pozwoli

  • kolejny, że czasu o tym myśleć teraz nie ma, bo tam bracia giną...

A tylko jeden rodzynek skwitował: "wchodzę w to!". Mariusz "rodzynek" Baskurzyński – gwoli ścisłości.

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Teraz już nas dwóch: trenowało, dopieszczało sprzęt, dogadywało szczegóły, przekopywało internet. I tak krok za krokiem, dzień za dniem – coraz to bliżej lata.

Owszem, w międzyczasie:

  • temu rodzinna "praaawie popuściła cugli"

  • ów doszsdł do wniosku, że być może bracia przez lato nie zginą do końca

  • i tylko ten od szaleństwa, niezmiennie trwał przy swoim: "idż ty z tym Trawersem do psychiatry!".

MY tężeliśmy, dokumenty się wyrabiały, a sprzęt chudł, (np.liny z planowanych 200 zredukowaliśmy do parudziesięciu metrów, a i tak potem na wyprawie noszone były głównie w plecaku).

 

Nadeszło lato i czas wylotu. Z racji naszych zobowiązań zawodowych aklimatyzowaliśmy się osobno. Ja z grupą w Pamirze, Mariusz zaś na Chan Tengri nieopodal Pobiedy. Zakończywszy akcję na Piku Lenina, zgodnie z umową w połowie lipca zjawiłem się w Bazie pod Pobiedą. W tym roku – pierwszy raz od b.dawna – baza była jedna. Jedna i wielce specyficzna. Tego sezonu przybyło:

  • zdecydowanie mniej niż zwykle "west-manów" (nawet tych "tylko na Chana"),

  • i zdecydowanie więcej niż zwykle "bywszych demoludów" (to pewnie przez rubla na kolanach?)

Oficjalnym powodem takiego najazdu rosyjskojęzycznych było 70lat wielkiego zwycięstwa" (ros:.pobieda=zwycięstwo).

"70 lat wielkiej pobiedy na faszyzmem i do tego świętowane na Szczycie Pobiedy!" - prawda że brzmi? Zwłaszcza po rosyjsku. No i do tego plany: tu nowa droga, tam nowa droga, tu nowy trawers, tam jeszcze dłuuuższy trawers.

Miało to parę przedziwnych konotacji:

  • pojawiła się Zborna (ros. "reprezentacja") Ukrainy, której nikt w zasadzie na Ukrainie nie zbierał i która nawet między sobą – pewnie dla jasności – rozmawiała głównie po rosyjsku

  • pojawiła się Zborna Rosji. Ta rozłożywszy się tuż obok Ukraińców również rozmawiała po rosyjsku, ale odróżniał ją od pobratymców Słowian, znacznie lepszy, nowszy i droższy sprzęt, oraz to, że wszyscy chadzali w jednakowych uniformach, z wyeksponowanym wszędzie logo sponsora, którym ni mniej, ni więcej było: "rosyjskie ministerstwo eksportu broni". sic!

  • Było też wiele innych pomniejszych z lekka samozwańczych "zbornych", a to zza "polarnego kręgu", a to z "dalekiego wschodu" .Słowem: to był rok "pobied" i "zbornych", czyli jak mawiają Rosjanie: było i śmiesznie i strasznie zarazem!

W tym tłumie:

  • czcilieli pobiedy

  • i zasadzajacych sie na Pobiedę

odnajdywałem sporą liczbę moich starych znajomych z przeróżnych stron dawnego Sojuza. Jak to w życiu bywa, ten zadziwił mnie swoim konformizmem "in minus"; a ów podbudował swoją niełatwą teraz odwagą "in plus". Bodaj dwa, może trzy razy, gdy już naprawdę ktoś tam zbaraniał do reszty, nuciłem mu" "Kapitan Kolesnikov pisze nam pismo" grupy DDT (klasycy rocka – takie rosyjskie "Pink Floyd"; są teraz nie tylko ostro cenzurowani, lecz wręcz otwarcie oskarżani o zdradę), która to piosenka mówi o Kapitanie i załodze... łodzi podwodnej Kursk:-)

Te liczne i liczebne grupy, celebrując "rosyjskie górołażenie" (czytaj.: pijąc ostro na starcie) i tienszański obyczaj zaczynania od Chana ("kto nie wszedł na Chana, nie ma czego szukać na Pobiedzie"), patrzyły na nasz duet, bądź to ze zdziwieniem, bądź z troską, bądź wręcz z otwartym szyderstwem. A my, "Polaczki, przybywszy i zobaczywszy - jak się rzeczy mają" w te pędy, ruszyliśmy na lodowiec Zwiezdoczka ("ros.: "gwiazdka").

Ugruntowało to u większości Rosjan opinię, że'śmy niespełna rozumu, bo kolejny zwyczaj starych tienszanskich wyjadaczy, każe: "nie wyrywać się do torowania jako pierwsi w sezonie".

A my hyc - jednym ciągiem do c1, c2, c3 i c4. Co lakonicznie skwitował balujący w Bazie Gleb: "wot Poliaki, zajciki" (trudno przetłumaczyć, bo: "polskie zajączki" nie oddaje... pełnego wyższości tonu).

Te sześciodniowe "hyc, hyc - do c4 hyc" – odbyliśmy na drodze klasycznej, t.j. na zachodnim krańcu pobiedowego Muru. Mariusza nie trzeba było wcale długo przekonywać do pomysłu, jaki nosiłem od przeszło dekady. A mianowicie, że główny atak - czyli Trawers: od Pobiedy Wschodniej, przez Główną i do Zachodniej - należałoby poprzedzić "razviedkom bajom" (bojowym zwiadem) na drodze klasycznej. Gdyż w naszych kalkulacjach, tamtędy właśnie – na "Zachodniej" mieliśmy kończyć. Co jak znam "tienszańską aurę" dziać się może w totalnej du...pie. Wiec starym zwyczajem, warto obczaić "drogę ucieczki". Jak uradzili'm – takoż zrobili'm.

 

Przedeptaliśmy jako pierwsi w sezonie (a u góry bodaj pierwsi od 2 lat) drogę do c4. Rozglądnęliśmy się w topografii (ostatnio Mariusz był tam 3, a ja 11 lat temu). Zostawiliśmy w c4 "małe co nie co" (trochę liofili) i przy okazji nieco się dotarliśmy. Schodząc, minęliśmy w c2 idące naszymi śladami wszelakiej maści "Zborne" (będzie gdzieś z 15 sztuk chłopa). Teraz już zdecydowanie poważniej na nas zerkano, a nawet dopytywano: jak tam śnieg, szlak, i czy wykopaliśmy śnieżną jaskinie w c3?

Pogoda psuła się dosłownie z godziny na godzinę, więc zostawiwszy u podnóża lodospadu nieco szpeju (oj, naiwne ty lenistwo nasze!) "hyc" do bazy na odpoczynek.

 

Tu można byłoby zakończyć letnie wspomnienia, bo końcem lipca nie tylko w Europie zaczęła się gehenna upałów. Dość powiedzieć, że przyszły niemal codzienne ulewy (?!). Im dalej w sierpień tym większy gorąc, większa zmienność pogody i większe deszcze; podmakające namioty, śpiwory i sprzęt. W desperacji modliliśmy się "no może choć sypnie".

A i owszem, nie poddaliśmy się bez walki, bo jeszcze na przełomie miesięcy szybkim 3-dniowym wypadem przedeptaliśmy drogę u podnóży Żebra Abałakova i wzdłuż wschodniej części Muru w kierunku przełęczy Czon Teren, ale miny mieliśmy nietęgie. Zwłaszcza że jakiś drab za..ebał zostawione na lodowcu śnieżne rakiety Mariusza. Skąd wiemy że za...ebał? Bo kamieniami obłożyliśmy dwie pary – moje i jego – uprzednio je do siebie przywiązawszy. Moje zostawiono – Mariuszowe zabrano. Można by było skwitować: "takie życie: że z namiotów coraz częściej ginie "ciut" żarełka, trochę gazu", ale żeby tak ważny sprzęt? Zabolało.

 

Powrócili'm do Bazy, a tam... kolejne dni oczekiwania i moknięcia. Tu już trochę przerw w deszczu, więc suszenie i pakowanie; to ponownie pogoda siada i znowu trzeba suszyć co "potargały deszcze niespokojne".

Mija tak bez mała tydzień i zaczynamy "niecierpliwie przebierać nogami".

Do końca wyprawy, czyli powrotnego śmigła zostaje mi dni 12, potem już niespełna 10. Pierwotny nasz projekt mówił: "brać na plecy sprzęt, gaz i żarcie na 10dni, i po alpejsku jednym cięgiem zaczynając od wschodu". Sama myśl boli! Bo i raki, i rakiety (Mariusz pożyczył kolejne), i po dwie dziaby, i lina (od tego że głównie niesiona w plecaku jakoś wagi jej nie ubyło). Do tego żelastwo, obowiązkowe kaski, odzież na upał i kombinezony na grań, oczywiście namiot i gary... no i ten nieszczęsny deszcz.

Drugą noc z rządu spakowani i gotowi... mokniemy i nie wychodzimy.

"Zborne" wszelkiej maści, o których było wcześniej, wyciągają z zapasów berbeluchy, wódy i wyroby koniako-podobne, do tego dwie gitary, – bo nic tylko tylko "zalać" ulewę.

Ruszamy 6-go. Po trosze: bo pogoda ciut mniej barowa, a po trosze - bo jak nie teraz, to za chwilę nie będzie czasu.

Idziemy. Pierwsza noc w c1 (jeszcze na klasyku). Następna noc już na Zwiezdoczce nieopodal szczytu "Lawiniasty". Przychodzi czas na wbicie się na grań. Przedświt był spokojny. Dookoła nowe plenery, bo nie tylko wschodni Mur Pobiedy, ale i całkiem nowe dla nas szczyty górnej części lod.Zwiezdoczka. Idziemy uważnie, bo nie związani. Tak jest szybciej, a my ścigamy się ze słońcem, gdyż całe podejście na Czon Teren leży w cieniu potężnych seraków. Ponadto przy tym objuczeniu i w rakietach, lina nic by nie pomogła. Dobrze mi się dziś drałuję, więc u podnóża schodzącego z przełęczy stoku staję po niespełna 2 godzinach, a odczekawszy na Mariusza, nie chcę zmiany i nadal w rakietach walę pod górę. Już z daleka zauważyłem, że po chińskiej stronie coś się kotłuje i "usiłuje wyleźć na naszą"- mówię do partnera.

Zaczynamy podejście – a tu "to" ostatecznie wylazło! Mimo że jesteśmy jeszcze poniżej siodła i przed wichurą osłania nas skalo-lodowy mur, to co rusz dostajemy "odbitymi" od seraków podmuchami. Gdy podchodzimy pod "lodowe szafy wielkości kamienicy" tempo siada. Kopny śnieg, potężne szczeliny i wzmagająca śnieżyca, skutecznie nas hamują, zmuszając do częstych zamian na torowaniu. Prysły poranne plany: "wyrwać dziś jak najwyżej, nawet na 6500m". Marzymy już nawet nie o przejściu przez przełęcz, tylko o jakimkolwiek miejscu pod namiot, w którym by nas nie zawaliło lawiną. Jesteśmy tuż pod samym "siodłem" – co bardziej wyczuwam niż widzę. Mówi mi o tym charakterystyczna, schodząca z samej przełęczy rynna. Pluje ona co chwila pyłówkami. "Pacnięty" kolejną spływającą z góry strugą śniegu, staję i dysząc, próbuję na trzeźwo przemyśleć położenie. Wołam (w tej wichurze nie sposób usłyszeć się z paru metrów) Mariusza: "Widziałem błyski! Nad przełęczą burza. Tam nie dojdziemy, a tu nas udupi. Spadamy?"

Decyzja o powrocie zostaje podjęta w niespełna 2 minuty.

Ta właśnie chwila jasno potwierdziła mi trafność mego wyboru partnera i mam nadzieję, że... vice versa. Napieramy wbrew pogodzie, kalkulacjom i... złodziejom sprzętu. Napieramy nie patrząc, czy ktoś (inne: "zborne") pomoże na przedzie, czy wiezie się z tyłu. NAPIERAMY Z CAŁEGO SERCA, ale gdy naprawdę idzie o życie, gdzie 10m dalej mogło być już za późno, potrafimy trzeźwo i szybko oszacować i zawrócić. Chowając żal niespełnionego marzenia do kieszeni, sprawnie i szybko uciec z tego miejsca.

Nawet nie mówiąc tego na głos, wiedzieliśmy/przeczuwaliśmy, że to raczej już po wyśnionym Trawersie. Że w tym momencie i przy tej pogodzie, trzeba co najmniej kilku dni na wyczyszczenie ze śniegu, a my (ja zwłaszcza) ich już nie mamy.

Pobieda nie odpuszczała. Goniła śnieżycą, straszyła hukiem spadających co chwila lawin. Na pełnej szczelin Zwiezdoczce dopadła nas kompletna "biała ciemność": zero śladów, traserów, widoczności i szalejący błędnik, który przestaje odróżniać "czy idziesz w górę, czy w dół". Późnym popołudniem dobrnęliśmy do miejsca, gdzie... fekalia i zdeponowane (na całe szczęście przybite traserem śmieci) pokazały platformę poprzedniego noclegu. Rozbić namiot, ugasić pragnienie i.... Mariusz proponuje: "Zaczekajmy dzień, dwa. Spróbujemy choć Wschodniej Pobiedy. Na to nie trzeba brać całego żarcia, gazu i nie trzeba aż siedmiu [bo tyle zostało mi do śmigła] dni".

Słucham i partnera i to lawin schodzących z Muru. Serce by chciało, bo "Wschodnią" jest tak blisko, ale ta cholerna przełęcz, to jedyna na nią droga.

"Jeśli zejdziemy jutro... to wypoczniesz. Ty lecisz do kraju 10 dni po mnie i nie byłeś jeszcze na "Głównej" – a ja robiłem to klasykiem 11 lat temu. Masz dobrą klimę, przedeptaną do czwartego obozu drogę i nieco zdeponowanego tam żarcia, weź i moje. Co do Wschodniej. Tak, przy założeniu że pogoda na dłużej się poprawi, za parę dni może da się przeskoczyć przez Czon Teren, ale wspinaczkowo, na lekko, tylko z linami itp, a my, żeby robić część trawersu granią do "Wschodniej" i tak musimy "na ciężko". Albo idziemy JUŻ teraz i nas tam zaj...e, albo będziemy czekać i najzwyczajniej nie starczy czasu, a i ty stracisz siły, szanse i chęć na klasyczną drogę."

 

Później, opuszczając już Bazę, spotkałem grupkę utytułowanych Holendrów "walczących" o Pik Wojennych Topografów. Niebezpieczeństwo lawin zgoniło ich z Czon Teren znacznie niżej od nas i miało to miejsce 4 dni po naszej probie.

Ciężko się wraca, gdy zatrzymały nie trudności, ale pogoda i czas, ale taka to już zabawa. Takie reguły.

W Bazie niejako na potwierdzenie odwrotu smutna wiadomość. Kiedy my na Trawers, to na "klasyka" od zachodu poszło bodaj 15 chłopa. Taka na wprędce sklecona zborna, ze wszystkich zbornych (polskie: pospolite ruszenie). Już wcześniejszej o nich się martwiliśmy, bo poszli bez należytej aklimatyzacji, a siedzą gdzieś tam w c4 lub na grani bez mała dni 10 czy 11. Paru z nich zdołało dojść do szczytu, ale nie wszyscy z niego zeszli. W kopule szczytowej, tuż pod charakterystycznym żandarmem został Misza Szutin. Wesoły pogodny senior z dalekiej północy bo aż spod Archangielska. Zaledwie 2 tygodnie wcześniej przy paru partyjkach Nardy, opowiadał mi jak w 1996r. Na wyprawie na K2 poznał Pustelnika, jak w 2010r., zakończył projekt Śnieżnej Pantery. A teraz, serce... został na grani.

 

Niedługo potem, ruszyłem w doliny, a dosłownie w ostatnim dniu pobytu w Kirgizji, wraz ze smutną wieścią o zaginięciu na Elbrusie trójki Polaków, przyszła i radosna: Mariusz nareszcie (jakby nie było to jego czwarta próba na Piku Pobiedy) "odczarował" i wszedł na nią klasyczną drogą.

A teraz, przy wtórze jesiennych słot i deszczu (deja vu?) snujemy z wolna plany na kolejny rok.

 

PS. Wiosną miał miejsce wysyp deklaracji dotyczących Śnieżnej Pantery. Mieliśmy nawet niejednego polskiego kandydata do "łamania rekordu 42 dni na 5 siedmiotysięcznych górach byłego Sojuza!"

i...

Rekord Denisa Urubko nadal ma się dobrze, gdyż jego bicie, okazało się raczej... medialnym biciem piany. Sic!

Jedyny, który tego realnie próbował, zakończył sezon z dwoma najłatwiejszymi szczytami (Pik Lenina i Chan Tengri), a pozostali "spece od runingu" nawet nie przybyli na linię startu.

... zawalczyli'm,

a i tak Góry były górą.

http://baskurzynski.blogspot.com/2015_08_01_archive.html

 

13.11.2015|13:00 "Ech my cienki bolki"

Czytam:
Jest 1983 rok. (...) 875 km - dystans z Sydney do Melbourne najlepszym zajmuje 6 do 7 dni. W tym biegu startują zawodnicy, którzy po prostu mają jaja - najmocniejsi, najbardziej odporni na ból, w szczycie swojej formy. Nagle między nimi pojawia się starszy pan - w kaloszach i roboczym kombinezonie, który dziarsko staje na linii startu. (...) 61-letni Cliff Young, hodowca owiec z Melbourne, którego jedynym "trenerem" jest 81-letnia matka ewidentnie wierzy, że jest w stanie pokonać morderczy dystans.

Początkowo Cliff zostaje z tyłu, lekko powłócząc nogami. Kibice, zarówno ci z linii startu, jak i ci sprzed telewizyjnych monitorów mają niezły ubaw, jednak z czasem zaczęto obawiać się nie tylko o zdrowie, ale i życie szalonego rolnika. Otóż profesjonaliści wiedzieli, że aby odpowiednio się regenerować, każdej doby należy przesypiać przynajmniej 6 godzin. Jednak Young o tym nie wie i tak oto godzina po godzinie truchta w stronę odległej mety.

Drugiego dnia kibice zostają powitani informacją: hodowca owiec w dalszym ciągu jest na trasie. Co więcej, całą noc spędził biegnąc. Wciąż jest daleko za czołówką, ale...trzeciego dnia powoli zaczyna się do niej zbliżać. Piątego dnia to on jest na prowadzeniu. Dociera do mety w ciągu 5 dni 15 dni i 4 minut, tym samym ustanawiając nowy rekord biegu o prawie 2 dni.

Young otrzymał za zwycięstwo 10 tys dolarów australijskich, jednak rozdał je pozostałym biegaczom. "Nie wiedziałem, że będzie nagroda, nie biegłem tu dla pieniędzy".

http://polskabiega.sport.pl/polskabiega/56,115409,19096653,cliff-young-niezwykly-farmer,,1.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Cliff_Young


Z niedowierzaniem gugluję zdjęcia i... kopara mi opada. Dzizys, kurna, ja pinkolę! 61-letni gość pośród czołówki gibkich, młodych i wyszpejonych "runerów", naprawdę zap...la w drelichach i... gumofilcach(!?!).

Wytrzymał? Wygrał? Rekord pobił o dwa dni? KASĘ ROZDAŁ?

Rozumiem, że jak się żyje z owiec, a biega w drelichach i gumofilcach to niewiele trzeba, ale żeby zaraz rozdawać? Toż to nawet zadeklarowani wyznawcy "punk style", na lepszy sprzęcior i lepsze starty co rusz ściepka-polak-ściubi.pl odpalają. A on rozdał...

my z naszymi:

light fast, solo, revolution,

"tyłem", "nago" i "w onucach"

to'śmy bolki cienkie

naprawdę cienkie, cieniuteńkie

Że też gostki z holly-bollywoodu, jeszcze tego nie nakręcili. A może... mieli nosa że nie, bo story się nie sprzeda. Po prawdzie, prędzej przysłowiowy Kowalski łyknie (i za bilet zapłaci) na "spajder-x-rajtuzy", "hoobito—tasiemca" i "dżedaj-mocarzy", niż uwierzy, że podstarzały ultra-maratończyk bije rekord w gumofilcach. Dlaczego z tymi pierwszymi (x-spa-hobbito-dżedaj) nam łatwiej?

Bo wychodząc z kina spoko można ich w bajki włożyć. I dalej żyć, jak się żyło.

 

10.11.2015|13:00 Annapurna IV "ad vocem"

Przeglądając pocztę i odpowiadając na "zaległości" już kolejny raz jestem odpytany, czy będę "pisał o naszych na Annapurnie". Odpowiadam: Gorąco 3-mam za nich kciuki; jeśliby się udało - na pewno nie przemilczę, ale komentować nie zamierzam. Uważam nawet, że wręcz mi nie wolno.

Zdaję sobie sprawę, że internet - a zwłaszcza ten polski - aż roi sie się od ekspertów:

  • bo co to niby za sztuka: "wyfejsować że gostki to spoko ziomki" i do tego "każdy [patałach?] potrafi wyguglować foty i darmową prognozę".

  • Ba! Znajdzie się pewnie nawet paru suuuper ekspertów, którzy wyguglują topo ściany "nie ważne, że filar póki co dziewiczy"

Cóż, o tym czy jestem "stary", "staromodny" niech wyrokują ci, z którymi chodzę po górach, ale, nie uskarżam się na brak zajęć, więc z mojej perspektywy szkoda czasu odpalać kompa jedynie dla: :"kopiuj-wklej" lub "kopiuj-translaotr-wklej" i rachowania lajków, komentarzy itp. Staram się myśleć: analizować, gdybać, nawet polemizować (czasami kłócić), a można to robić – w mojej opinii – tylko wtedy, gdy wiedza na dany temat jest "pozawirtualna".

Owszem, zaznaczę fakt że ktoś tam wszedł, że właśnie dziś mija ważna dla mnie rocznica itp., ale bieżące komentarze/analizy tylko wtedy, gdy COŚ WIEM.

Czyli:

      - albo znam teren (np. tak było w sytuacji Gasherbrumów, K2, BP, Nangi, Ewerestu itp.

  • lub znam ludzi (nie tylko towarzysko-festiwalowo, ale z autopsji w realnych górach), a co za tym idzie: jestem w stanie wyobrazić sobie jak ewentualnie będą działać.

  • Najlepiej zaś gdy wiem coś i o górze, i o ludziach.

W wypadku Annapurny IV moja wiedza jest szczątkowa. A i owszem górę parę razy na własne oczy >w realu< z tej, czy tamtej strony widziałem, ale jedynie jako trekkers; a sławetne nasze "trio" kojarzę z pokazów, festiwali czyli tylko z dolin. Zatem nie znajduję w sobie ani merytorycznej wiedzy, ani moralnego prawa do "zaglądania im w karty". Co innego z Nanga Parbat, ale o tym jeszcze będzie czas...


27.10.2015|08:00 Mea culpa

Dostało mi się za "bloga". A jakże: za zdjęcia których od b.daaawna nie aktualizuję, a przede wszystkim za fakt, iż od początku czerwca zamilkłem na dobre. Mea culpa!

 

Dostało mi się nie tylko, gdy po przeszło 3 miesiącach "wojaży" ściągnąłem do kraju i siadłem nad zaległymi mailami. "Suszono mi głowę" nawet w górach, dokładnie w Bazie Pod Pikiem Pobiedy. Ukłony dla oblegających Chana "Ślązaków","warszawiaków". Podziękował za wspólne bazowanie, biesiadowanie i  z Janerką "damy radę, radę damy (...) a mama w Katmandu" :-)

Biorę winę na klatę - mea culpa, ale mam też "ciut" na swoje usprawiedliwienie. Tak się składa, że "bloguję" w dwojaki sposób: raz filozofuję, a innym razem opisuję.

Pierwszy - "filozofowanie" (przemyślenia/komentarze itp)  - "uprawiam" będąc w kraju i te zależą tylko od czasu pomiędzy rodziną, treningiem, ewentualnie dozą lenistwa.

Drugi - opisujący "on line" moje włóczęgi i wspinaczki zależy od techniki, a ta niestety tego lata zawiodła i nie dała się naprawić, czy to z Piku Lenina czy z trawersu Piku Pobiedy. Sorry – moja wina.

Już namierzyłem co w tandemie: "moja Thuray'jka – www.blogk2.com" szwankowało i naprawiam.

Byłoby nie fer przepisywać teraz "do tyłu" wszystkie sms-y, które w czasie wypraw wysłałem, a nie doszły. Bo tak jak mówię – staram się zawsze uczciwie trzymać zasad: z podroży on-line opisy: z domy "wynurzenia". Zatem pewnie za jakiś czas krótko podsumuję letnie wojaże W Kirgizji. tu zaś kumpel, z którym "wojażowałem" zamieścił fot parę:

http://baskurzynski.blogspot.com/2015/08/pik-pobieda-17082015-zdobyty-pobeda-peak.html

 

07.06.2015|08:00 TRAWERS retrospekcja 1955r

Mija właśnie "okrągłe" 60 lat od pierwszej próby trawersowania Piku Pobiedy. Góra nie miała jeszcze wtedy żadnego wejścia, a do ostatecznego szturmu ruszyła 12-stka Kazachów z Alma Aty. Dla facebokowo-instagramowych maniaków 60 lat temu to epoka dinozaurów, zwłaszcza że z wyprawy zachowało się dosłownie parę czarno-białych zdjęć i zaledwie jedna relacja. Ale za to "jaka relacja". Tamten szturm spokojnie mógłby stać się kanwą dla "vertical limit". Grupa dotarła 100m poniżej wschodniego wierzchołka Pobiedy, skąd ostatecznie żywym wrócił tylko jeden. Ural Usienov miał wówczas 26 lat. Leader razem z dwójka kolegów posłał go ze straceńczą misją "sprowadzenia pomocy". Samo to zejście: śmierć kolegi, czuwanie przy ciele, samotna wędrówka na oślep, upadek i dwa dni gotowania sie na śmierć w szczelinie lodowca Zwiezdoczka, dramatyzmem korespondują z "Dotknięciem pustki". Cudem ocalały Kazach rok później dołącza do ekipy Abałakowa i w jej gronie staje na szczycie jako jeden z pierwszych zdobywców...

Dalsze losy górskich legend – to zazwyczaj nie bajkowe "żyli długo i szczęśliwie aż do śmierci". Celebrycenie jest stosunkowo młodym wynalazkiem, iście z epoki "fejsa", a górskie dinozaury czekał banalny los: albo "młodo i w górach" - ginęli, albo "staro i samotności". I tak się stało. Zdawkowa notatka 4-go maja tego roku, że w wieku 85 lat w samotności i biedzie umiera Ural – górska legenda połowy zeszłego stulecia.

 

13.05.2015|05:00 trawersów TRAWERS

Gleb [Sokolov] odezwał się w styczniu: "Chcemy okrągłą, 70-tą rocznicę zakończenia wojny uczcić na szczycie Piku Pobiedy. Zainteresowany?"

Pomysł szalony. Dopiero co z Pobiedy "wrócili na tarczy" silni i liczni Kazachowie. Góra za nic sobie miała między innymi autorytet Ilińskiego (pierwszy i wieloletni trener Denisa) i siły Vasi Pivcova (zdobywca 14x8000 i partner Urubki z wielu wypraw).

Ponadto ten termin. Ani to lato, ani zima: majowa pogoda przyniesie zaprawne jeszcze większą niż zwykle zmienność z której i tak słynie Tien Shan.

A kto to są "owi my" zapytałem? "Kazachowie, Ruscy i Kirgizi - weterani brania po dupie od Pobiedy".

"Jak przegrywać, to przynajmniej w doborowym towarzystwie. Oczywiście czto ja soglasien!" I jako się rzekło już w styczniu, korzystając z naszej kiepskiej zimy rozpocząłem ciężki trening. Dodatkowo, dzień rozpoczynałem od codziennego studium wszelkich możliwych prognoz pogody, a kończyłem na pruciu, piłowaniu, klejeniu, szyciu... - czyli radykalnym odchudzaniem sprzętu, które moja Luba lakonicznie i niejednokrotnie celnie nazywa "NISZCZENIEM dobrych rzeczy".

Niestety, końcem marca jasnym się stało, że weterani ze wschodu nie zepną budżetu. Po ciuchu liczyli, że komitet obchodów "70 lat pobiedy" dorzuci się do planowanej wyprawy, a tu tymczasem sankcje, drogi dolar.

"Pederasty, nie patrioty!" - Nie za bardzo wiem, czy Gleb tymi przekleństwem raczył fundatorów sankcji, czy też... odsyłających go z kwitkiem urzędników z gubernatorskiego biura.

Dość powiedzieć, że gdy wschodnia część kompanij (wszyscy oprócz mnie) ostatecznie się poddała, mi najzwyczajniej w świecie zrobiło się żal tego zrywania o świcie, wiader wylanego potu z mega zakwasami na deser i wieczornego ślęczenia nad sprzętem. (A juści – pierwszy sezon ślęczenia w... okularach. Starość nie radość).

Pomyślałem: "To może nie przerywać treningów, obserwacji pogody i dewastacji szpeju, a rozglądnąć się za drugim podobnym mi wariatem i wrócić... do dawnego marzenia o Trawersie". Wśród ludzi gór ze wschodu nie trzeba mówić więcej. Trawers – pisany z dużej litery jednoznacznie wskazuje na Pobedę.

Pamiętam swoją rozdziawioną w zachwycie gębę, gdy pierwszy raz z grani szczytowej "Chana", ogarnąłem wzrokiem cały masyw. Pobieda nie jest górą ładną, strzelistą jak K2 czy nawet jej bezpośredni sąsiad - Chan Tengri. Ale jest wielka, Naprawdę WIELKA! Przypomina trochę okręt: długa, symetryczna grań z kopułą szczytową niczym kiosk podwodnej łodzi. Samotnie wyrasta z grona "sięgających zaledwie kolan liliputów", a przecież każdy z nich jest co najmniej wielkości Elbrusa. Bite 15 km na wysokości 7000m. Jest o czym marzyć.

Ale o marzeniach wkrótce. Czas na mnie, bo właśnie świta. Pędzę pobiegać i śnić o Pobiedzie.

 

08.05 .2015 Nie gniewaj się Paweł - po prostu

Za twego tatę modlę się jak umiem najlepiej, bo mego pochowałem już dwie dekady temu i wiem jak jest.

Być może korwin to szuja – nie wiem, bo nie znam człowieka. Być może, jak próbuje pokazać wielu: szuja cyniczna. Ale z pewnością szuja INTELIGENTNA i samo to warte jest zadumy.

Walcząc o JOWy podpierasz się jUKejem, więc z pokorą trzeba by na wyspy spojrzeć, a tam... matematyk z doktoratem wymięka!

Można się czepić, że to też system, a statyści kłamią. Że nic tylko Lema "Pamiętnik znaleziony w wannie", ale...

Nie próbuję bynajmniej rzucać Ci w twarz korwinowe: a nie mówiłem. Sam dla siebie się zastanawiam, jaką ma być ta MOJA Polska? Czy JOWy, celem są samy w sobie, czy raczej środkiem do celu? Może po prostu nie dorośliśmy jeszcze do JOWowej demokracji?

Liczę że i Ty znajdziesz czas na taką uczciwą zadumę. Dla mnie to ważne, jak mój głoś w niedziele.

Nie zmarnuj tego, który oddam na Ciebie.

https://www.youtube.com/watch?v=JNrGcPUkJrs

 

12.04.2015 Ech my cienkie Bolki

http://www.explorersweb.com/everest_k2/news.php?url=explorersweb-interview-with-nick-ciensky_142769472 

Przeczytałem i zamarłem. To dopiero profesjonalizm! W porównaniu z p.Ciensky'm gostkowie jeżdżący na wyprawy, czy nawet ci - nazywający wspinaczkę "projektami", to zaledwie "cienskye bolki". Kolo potrafi nawet z przysłowiowego sikania ukuć niezły product placement. No i ten dziecięcy marny los... fejsbukowo, lajkowo. Profi sprzęt, profi sponsorzy z proifi (?) nikaraguańskimi dziećmi w tle. Po prostu cool!

Trzymam kciuka za te dzieci. Zaś co do pana Ciensky'ego – też trzymam. Co by gość - tak sam z siebie, bez product plestmentu – posmakował paru lat życia, za 3 euro dziennie, jazdy na stojaka komunikacją "publiczną" , analogicznie latania w "low economic class", oszczędzania wody (basen), i paliwa (pontiac czy inna bmw-ica) nie z nudów, a z konieczności, lub lepiej z wyboru. Bynajmniej nie chodzi o przekazanie dzieciakom (choć i to pewnie miałoby swój wymiar) przyoszczędzonej w ten sposób kasy. Moim zdaniem, takie oszczędne, uważne i wytrwałe życie gościa na świeczniku, jakim bezsprzecznie jest "innowacyjny szef firmy...takiej a takiej" więcej tym dzieciom może pomóc, niż "productplejsmetowo zorientowany na sukces projekt".

Gdy Falko mawiał; "każdemu JEGO Everest" nawet pewnie nie podejrzewał, ile w tym można zmieścić.

 

02.04.2015

Co ty robić... Tu?- akcentując to "tu", Tybetańczyk zatacza ręką łuk i mruczy: "monaster, Old Tinrgi". Klasztor był zaiste pieknie położony. Wzniesienie - samotne niczym wyspa, z widokiem na otaczający go bezkres, którego południowe krańce, hen daleko zagradzają Himalaje.

To dla tej perspektywy "tu'm" się wdrapał. Wdrapał i zasapał. Wioząca nas pod Everest agencja, próbując nadrobić stracony na granicy czas (wiadomo Chińczycy są jacy są) zafundowała skok aż do Tingri. To jakby nie było już 4 tys.m. z okładem, a klimy jeszcze brak. Wlazłem więc na ten pagór dla treningu i... widoku. Zaprzyjaźniony nepalski kucharz powiedział, że ze szczytu przy dobrej pogodzie dojrzę Cho Oyu a nawet Everest. I dojrzałem!

index.php?id=102&pic=352

index.php?id=102&pic=354

Wyrwany z tego zapatrzenia, bezwiednie podążyłem wzrokiem za gestem tubylca. Klasztor? W tym wypadku brzmi dumnie i zdecydowanie na wyrost, bo za sprawą Chińczyków – jak większość klasztorów – to teraz kupa kamieni. Ba, zburzywszy klasztor postawili tu koszmarnie brzydki pomniko-obelisk ku czci Everestu.

"Ja patrzeć na Chomolungma i modlić się, medytować". Mój angielski, zdecydowanie; "nie odbiegać" od poziomu tubylca. Obu nam gramatyka "nie przeszkadzać":)

"Modlić się?" - Dopiero teraz zauważyłem, że Tybetańczyk jedną z rąk ukrywa za plecami. "Ty to miejsce modlić się? A o co modlić się?"

"Ja rozmawiać właśnie z moja żona. Ona dzwonić, bo umarł papie... taki nasz dalajlama. Ja patrzeć Chomolungma i dla on - mój dalajlama - się modlić."

Z uśmiechem wyciągną zza pleców dłoń, a w niej modlitewna flagę. "Chińczycy nie pozwalać – modlić się tu. Ale ja też jak ty, modlić się tu. Ty climber? Everest-climber?"

Gdy potwierdziłem, poprosił bym zabrał jego flagę na szczyt. Zabrałem. Ale wróciła ze mną do Polski. Nie dane mi było stanąć na dachu świata, więc czeka aż tam kiedyś powrócę.

Dokładnie co do dnia mija już dziesięć lat od tego pierwszego zapatrzenia na północną ścianę Everestu, od modlitwy w Old Tingri i odejścia naszego... Dalajlamy.

 

13.03.2015|19:00 Nanga Parbat tej zimy to Góra górą

Jasnym stały się dwa fakty: trio choć było blisko, to raczej nie otarło się o 8 tys. i zapadła decyzja, że jutro zamiast drugiego szturmu, będzie pospieszne zejście do bazy. Koniec wyprawy.

Kolejna zima, a Nanga "odsyła do domu na tarczy" kolejne 4 (może 5, bo czort wie jak liczyć grupę Nardiego) wyprawy. Co z tego sezonu warto zapamiętać? Ja chylę głowę zarówno przed "ekspresowym" działaniem Rosjan na flance Rupal jak i przed niebanalnymi osiągnięciami dwóch szturmów na flance Diamir.

Ani zespól polsko-francuski, ani tym bardziej (z wiadomych względów) obecne trio szturmowców - nie upublicznili jeszcze zdjęć z najwyżej osiągniętego miejsca, więc spory "do kogo należny zimowy rekord?" są raczej akademickie. W mojej opinii, na bazie dostępnych info: obie grupy były podobnie wysoko, choć nie podobnie blisko szczytu. Prawdopodobnie obu nie do końca wyszła "nawigacja w kopule", ale... obie posunęły do przodu temat zimowego wejścia na Nangę Parbat.

Ktokolwiek w przyszłości będzie chciał się porwać na to, musi należycie odrobić lekcję z historii (nie zapominając o meteorologii) t.j .dobrze wczytać się w te (stylowo skrajnie różne) szturmy.

Wydaje się też, że przyszła zima, o ile jej doczekamy, nie poskąpi nam emocji.

 

13.03.2015|08:00 Nanga Parbat ???

A jednak. Właśnie chwilę temu odmeldowali się z... 7200m - C4. "Osiągnięto 8tys" (zdjęcie robione z bazy przez teleobiektyw sugeruje raczej około 7750m), ale nie było szczytu, bo w ciemnościach (nawigacja!!!) pomylili drogę. Wyjaśniło się też dlaczego tak szybko byli już tak wysoko: wyruszyli zdecydowanie wcześniej niż planowali, niestety pora ta sprawiła, że w ciemnościach źle wybrali żleb wyprowadzający na grań. Jak onegdaj przy pierwszym ataku Rutkiewicz i Czerwińskiej, jak niedawno przy ataku O.Dzik - "skręcili w nie ten żleb i teren stanął dęba" - chcą powtórzyć jutro.

Niezależnie od zmęczenia - po ich stronie jest: przedeptanie drogi pod kopułę i fakt że stosunkowo szybko zawrócili - mają pełne 14-15 godz.na regenerację. Pytanie czy gorą i jutro podaruje bezwietrzny błękit?


13.03.2015|07:00 Nanga Parbat D-Day?

Wydaje się, iż Góra sprzyja... wytrwałym. 3 godziny temu, po przejściu mniej więcej połowy dystansu - atakujące trio osiągnęło podstawę kopuły szczytowej. Tam, w żlebie wyprowadzającym nas grań, nie odczuwają podmuchów wiatru a największą niespodzianką jest... widziany z bazy błękit nieba - który jak na razie, uspokaja moje obawy co do nawigacji. Jeśli góra i pogoda nadal bedą tak sprzyjającymi - dużo wskazuje na to, że o około naszej 10-11:00 (w Pakistanie 14-15:00) dowiemy się, czy tej zimy napisano nową kartę historii Nangii. Nadal jednak niepokoi mnie powrót, bo śniegu tam masa.


12.03.2015|22:00 Nanga Parbat finał

Przeszło miesiąc temu pisałem o konieczności niełatwych decyzji. Pozostali, połączyli wszystkie siły i... jak przypuszczałem większość czasu zajęło im PRZECZEKIWANIE. Pomiędzy kolejnymi falami śnieżycy, przedostali się do 6700m, ze dwa razy podejmowali wyzwanie ataku, który okazywał się falstartem. Po drodze ubyło 3 Irańczyków, a i dziś z 7tys. zawrócił Pakistańczyk. Ostatecznie w tej właśnie chwili, (pakistańska 2-ga w nocy) trójka wspinaczy: Bask, Włoch i Pakistańczyk ruszają na szturm – i niezależnie od efektu, będzie to ostatni szturm tej zimy.

Denis Urubko zdaje się mieć wątpliwości; "czy jest to [marzec] jeszcze zima", a denisowe tezy zdają się potwierdzać WIOSENNE wyprawy, które w Nepalu podążają już do baz. Spory, na ile kalendarz pokrywa się z pogoda, klimatem itp, pozostawiam na boku i uwagę kieruję na trójkę - można spokojnie powiedzieć – weteranów tej zimy.

Czy mają szanse na szczyt? Porównując z huraganową pogodą zaledwie sprzed tygodnia, teraz: wiatr 20-25km/godz i opadu zaledwie parę cm na dobę – niby tak, ale...

Na tej drodze obóz szturmowy zwykle stawia się pomiędzy 7400 a 7550m, więc ich c4 na 7200m to wzgl.lata pierwsza skucha.

Po drugie; mają do szczytu 950m pionu (uwzględniając obniżenie przed kopułą, będzie jeszcze dodatkowe 200m), w terenie gdzie nawigowanie nie jest najłatwiejsze, zwłaszcza o 2 czy 3 w nocy.

Po trzecie: są skonani, czasy przejść pomiędzy poszczególnymi obozami były nawet jak na standardy letnie nadzwyczaj długie, a ostatniej nocy spali – jak donoszą – zaledwie 4 godziny.

Na pewno nie brak im uporu i determinacji. Piszą z nadzieją, że nareszcie skończył się trudny technicznie, żyłujący psychikę i siły "butelkowy lód".

Minie jednak niepokoi ciągle padający śnieg. Niby to zaledwie parę, paręnaście cm. na dobę, ale pada tam już bez mała od 3 tygodni i czort wie ile napadało. Probierzem będzie pierwsze 200m podejścia i obniżenie kotła przed kopuła szczytową. W takim śniegu, to co się wydawać z dołu mogło "łatwym chodzeniem po płaskim" w realu może okazać się, katorżniczym wysiłkiem. Ponadto przyjdzie im mierzyć się ze śniegiem, oraz zagrożeniem lawinowym zarówno w wejściu jak i przede wszystkim w zejściu.

3-mam zatem kciuki, przede wszystkim za szczęśliwe zejście.


08.02.2015|12:00 Nanga Parbat czas decyzji

Półmetek zimy za nami, dwie ekipy już "w domu/drodze do", a dwie w Bazie. Zarówno Nardi jak i “międzynarodowe pospolite ruszenie” nie próbowali testować przeczekiwania pogorszenia pogody w okolicy 6tys. Wczoraj zgodnie odmeldowali się w bazie.


Jeśli ktoś łudził się, że będzie lak latem: szybko i sprawnie; to już na pewno wie: zimą na Nanga P. niezależnie od siły, sprawności i liczebności zespołu to pogoda dyktuje warunki.


Obie grupy, by realnie liczyć na szansę ataku, potrzebują co najmniej 2 parodniowych wyjść. Muszą teraz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest na to szansa w drugiej połowie zimy i czy w imię tego pozostaną tu aż do 2 połowy marca? Krótszy okres – to półśrodek i raczej nie wchodzi w rachubę. Perspektywa, by “uwinąć się do końca lutego” - przy obecnym postępie, graniczy z cudem (choćby takim na miarę okna jakie mieli Mackiewicz I Revol). Zatem czas im zdecydować, czy wierzą w cuda i czy dla tej wiary są w stanie walczyć do końca zimy, czyli jeszcze bez mała 40dni.


06.02.2015|16:00 Nanga Parbat show must go on

Diamir: A.Txikon informuje, że mają c1 (5050m), a startując 4-go lutego już wczoraj osiągnęli/zaporęczowali teren do 5800m. Dziś zaś mieli nadzieję dotrzeć... do c2(?). Właśnie, nie za bardo wiem dokąd. Na tej drodze c2 to “Orle Gniazdo - śnieżna grań (raczej grańka, bo niewiele tam miejsca) powyżej 6150m. By do niej dotrzeć, trzeba wpierw uporać się ze “ścianą Kinshofera” t.j. liczącą 200m barierą skalną, którą wszyscy zgodnie uznają za najtrudniejsze techniczne miejsce na klasycznej drodze.

Nie chce mi się wierzyć, że machnęliby to (nawet w marzeniach) w zaledwie jeden dzień - czyli dziś. Jest teoria, że ich c2 miałby być niżej, pod barierą skalną (około 5900m). Mam nadzieję, że nie. Owszem, latem w sytuacji podbramkowej można tam (pod ścianą) biwakować, ale pomysł by stawiać stały obóz w takim miejscu jest - moim zdaniem – proszeniem się o guza. Paradoksalnie, to na co narzekają (Alex pisze o zalegającym w kuluarze kopnym/głębokim śniegu), jest przyczyną w miarę szybkiego postępu. Trzeba pamiętać, że kuluar zazwyczaj zimą jest bardzo wylodzony, a wtedy poręczowanie w twardym, “butelkowym lodzie” to horror. Wiedzą coś o tym uczestnicy wypraw A.Zawady. Chcąc tam stawiać obóz warto pamiętać, że pod tymi zwałami śniegu jest ów lód (był na zdjęciach Mackiewicza i Nardiego z drugiej połowy grudnia). Ufam zatem, że tak doświadczeni wspinacze w samym kuluarze stałego obozu nie postawią.

Również Nardi, wraz z drugim Włochem korzysta z poprawy pogody. Wczoraj dotarł do depozytu na 5600m, a dziś idzie wyżej.

Lada chwila okaże się jak długie będzie wieszczone przeze mnie okno (“wyże znad K2”). Niestety po drodze już jutro należy spodziewać się jednodniowego pogorszenia pogody. O ile “w cieniu ściany” (obie grupy są jeszcze stosunkowo nisko) wiatr im nie jest w stanie bardzo zaszkodzić, to już opad – nawet nieduży - zwiększy zagrożenie lawinowe i utrudni nawigację. Warto aby obie grupy, jeśli koniecznie chcą się wstrzelić w nadchodzące okno, gdzieś bezpiecznie przeczekały to pogorszenie.



06.02.2015|08:00 Nanga Parbat game is over

Rupal: Niestety grono wyglądających "wyży znad K2" znacznie się uszczupla. Tydzień temu, zdziwiony, że Rosjanie pomimo huraganu doszli do 7150m i planują atak, snułem przypuszczenia iż może "to kryzys mety - ze niby ostatnia szansa a potem do domu". I tak się właśnie dzieje. Dziś zwijają bazę i ruszają w doliny.

"Играй как можешь сыграй, закрой глаза и вернись
Не пропади, но растай, да колее поклонись"
DDT


04.02.2015|19:00 Nanga Parbat wyże znad K2

Podczas gdy na flance Rupal Rosjanie "zbierają siły i liżą rany", to na Diamirze - kto żyw chce wykorzystać poprawę i rusza do góry. Tak uczynił Nardzi i taka filozofia przyświeca międzynarodowemu pospolitemu ruszeniu. Teraz to najliczniejsza grupa, bo wyprawa Irańczyków (3) połączyła siły z A.Txkion i jego dwoma Pakistańczykami. Nardi nadal obstaje przy Żebrze Mummery'ego, a pospolite ruszenie - rusza na... klasyk, czyli drogę Kinshofera.

Dziwi fakt, że jak na razie nikt nie bierze pod uwagę drogi, na której polsko-francuski zespół zaszedł tak wysoko. Nie każdy czyn szaleńca szalonym być musi. Osiągnięta wysokość plus fakt, że ten właśnie szlak wytypowali weterani zimowych bojów Moro i Urubko, kazałaby przynajmniej przyjrzeć się tej drodze. Ale jak mawia mój znajomy: "nie mój cyrk, nie moje małpy".

Rosjanie opisując bój powyżej 7 tys. pozwolili sobie na żart: "że z takim wichrem dałoby się od razu zalecieć na K2". Nomen omen właśnie stamtąd moze przyjść ich wybawienie. Nad Karakurum rozbudowuje się układ wyżów (z centrum w okolicy... K2), dzięki któremu początkiem przyszłego tygodnia możemy mieć kolejne "okno". Czy porównywalne z tym styczniowym? No cóż, zadałem sobie trudu i przekopałem wszystkie relacje i prognozy z ostatnich 15 zim. Gdy chodzi o Nangę P. te styczniowe było najlepszym/najdłuższym od początku wieku. Pozostaje trzymać kciuki za wyże znad K2 i tych, którzy im zawierzą.


03.02.2015|15:00 Nanga Parbat
Не пропади, но растай!

Rupal: Nie wiem co w Petersburskiej Komandzie budzi mój większy szacunek: upór czy rozsądek. Upór by jednak spróbować. Dojść do c4, przetrwać tam półtorej doby huraganu i zadymki. I rozsądek, by nieznaczne polepszenie aury wykorzystać na "przebicie się do bazy". Skąd cali i zdrowi podsumowują ostatnie wyjścia. Lakonicznie ale i obrazowo określają moc przyrody, z jaką zarówno w wejściu jak i w zejściu przyszło im walczyć: "przy tym wietrze można by od razu dolecieć do...K2" [jakieś 300km].

https://www.youtube.com/watch?v=ZrGM66VMojs


01.02.2015|19:00 Nanga Parbat

"Как победа - не со мной,
Как надежда - нелегка"

Rupal: Wczoraj zastanawiałem się, co powoduje "komandą z Petersburga", że pchają się w paszcze lwa, znaczy w huragan na Nandze. Dzisiejszy dzień pokazuje, że po trosze ma w tym swój udział każda z trzech hipotez. Rzeczywistość jak na razie nie dała się zaczarować - ale oni na pewno są cholernie twardzi. Bo jak inaczej mówić o gościach, którzy zimą, powyżej 7 tys.m przeczekują wicher 100km/h i śnieżną zadymkę i nie tylko nie skarżą się, ale dalej mają nadzieje na szturm. Patrząc na prognozy, od których cierpnie skóra, mam nadzieję, że się jakoś "okopali, a okopy wytrzymają", bo wydaje się, iż po dzisiejszej nocy powinno już być "nieznacznie z górki".

Na to przeczekiwanie ślę wam chłopcy jak najcieplejsze westchnienia, do Góry, do Bogów... i Не пропади, но растай!

https://www.youtube.com/watch?v=ZrGM66VMojs


31.01.2015|19:00 Nanga Parbat Zaklinanie rzeczywistości?

Rupal: Gdy parę dni temu pisałem że wyjście jest raczej techniczne - dla rozruchu, przetarcia szlaku i wyposażenia obozów; zakładałem, że gdyby jednak pogoda miała się poprawić - to jak ich znam - spróbują. Pogoda - nie za bardzo, a tym czasem kamanda z Petersburga parę godzin temu odmeldowała się z c4 7150m i jutro chcą "ruszać na Diamir"  - czyli na trawers.

Patrzę na prognozę, w zasadzie 3 rożne serwisy i każdy jeden coraz to gorszy: sypnie i dmuchnie. Rosjan mam za niezwykle rozważnych, więc... Czy to kryzys mety - ze niby ostatnia szansa a potem do domu; albo zaklinanie rzeczywistości - "prognoza prognozą, a nóż się zmieni", albo... oni naprawdę do cholery są twardsi, niż moje najtwardsze o nich wyobrażenie.

Lada chwila życie zweryfikuje - ja zaś za bezpieczeństwo twardzieli z Petersburga zaciskam kciuki.


29.01.2015|10:00 Nanga Parbat próba sił

Co prawda mamy parodiową przerwę w opadach i wiatr nieco zelżał, lecz powyżej 6000-6500m nie wygląda to już dobrze. Nie mniej jednak ileż można siedzieć w bazie przy kartach, necie czy pieczeniu ciapatów?

Na flance Rupal rusza akcja. Przedwczoraj na zasadzie krótkiego "przewietrzenia się kilometr powyżej bazy", a wczoraj już z konkretnym (i jak przystało na Rosjan lakonicznym) celem: "do góry!". Patrząc na prognozę i znając Rosjan, zaryzykuję tezę: że chcą wykorzystać chwilową poprawę i podejść do obozu na 6tys.m. Wyjście raczej "techniczne" (a nie szturm) i ma za cel przede wszystkim odkopać obozy, liny oraz uzupełnić zaopatrzenie i... walczyć z bezczynnością. Jeśliby pogoda poprawiłaby się - na pewno spróbują wyżej, ale w wypadku gdyby prognozy miały się sprawdzić zbiegną do bazy.

Na Diamirze opad był większy, ale i sił przybyło. Pojawił się A.Txkion wraz z dwójka Pakistańczyków (zaprawieni w bojach mający na swym kącie niejedno letnie "8 tys") i lada chwila będzie tam wyprawa Irańska. Jest kwestią otwartą, czy te 3 wyprawy połączą siły (pogoda oraz kończący się już styczeń tak by sugerowały), czy też "każdy sobie rzepkę/Mummery'ego/ skrobie".

Nadal nie cichną komentarze, na temat komentarzy:) jakimi Nardi uraczył atak polsko-francuskiego zespołu. Pisałem wtedy: "Znamy zdanie jednej ze stron, poczekajmy na drugą". No i czytamy wersję Francuski, która będąc już w domu szerzej opisuje te dni. Revol jest zdecydowanie zawiedziona górską/ludzką postawą Włocha. Co prawda nie ma jeszcze wersji Mackiewicza, (który dochodzi do siebie w szpitalu w Gilgit) ale jest jego jednoznaczna wypowiedź n/t radia. Polak twierdzi, że nikt nie proponował im zabranie odbiornika, tym bardziej że "gdy ruszali, Nardiego nie było w bazie (był w gorze)". Mamy słowo przeciwko słowu.

Czym innym jest, do czego Nardi miał jako leader prawo, stwierdzenie faktów: że szturmowcy na własny rachunek i ryzyko realizują swój plan inny niż plan Włocha, że nie mają realnej łączności z bazą i że w sytuacji podbramkowej muszą liczyć głownie/tylko na siebie, bo w tym układzie Nardi nawet nie wie gdzie miałby ich szukać;

a czym innym kłótnie i rozliczenia z facebookiem i telewizją w tle(?). Z boku wygląda to tak, jakby Włoch załatwiał pewne porachunki z Francuską, a Polak dostawał niejako rykoszetem. Nie zamierzam włazić między wódkę, a zakąskę i daleki jestem od rozstrzygania: kto na wyprawie spóźniony, a kto wyrywny, kto słowa dotrzymuje, a kto nie. Nie tylko nie wiem, ale nawet nie za bardzo powinno mnie interesować, czy były jakieś układy, umowy, wspólni sponsorzy itp. Wydaje się, ze dorośli ludzie, wiedzą jak załatwiać takie kwestie - "JAK DOROŚLI", a nie jak celebryci. Faktem jest, że gdyby leader ograniczył się do oświadczenia n/t stanu faktycznego (patrz wyżej) i na tym kończąc temat, skupiłby się na drodze Mummery'ego - sprawa nie miałaby dalszego biegu. Nikt poważny nie miałby też doń pretensji - przed czym chyba owe oświadczenie miało go chronić - gdyby nie daj Boże, wypadek w szczelinie miał inny finał. Bo jaką miarą ma odpowiadać za cudze suwerenne wybory (co do ryzyka, drogi, czasu, faktu ubezpieczania się, bądź nie, itp) nie mając na takowe najmniejszego wpływu. (sic!). A tak pozostaje niesmak i poczucie że himalajska przygoda może zamienić się w.... zabawę w piaskownicy, w której nie góra jest ważna, ale kto komu zabawkę za...ł


21.01.2015|23:00 Nanga Parbat finis coronat opus

Nad Nangą królują teraz wiatry, a w bazach czas na odpoczynek, ocenę sił i... rozrachunki. Dość dziwnie wygląda sprawa międzynarodowego teamu. "Szturmowcy" schodzą do cywilizacji, ale zdaje się osobno. Wczorajszy wybawiciel - dzisiejszego ranka "(za) bardzo się skupił na sobie"? A może: Similis simili gaudet?

Doświadczenie, którym przewyższali inne wyprawy, nie uchroniło ich przed takim końcem teamu.


20.01.2015|16:00 Nanga Parbat Szacun!

Rupal: Jak zwykle ostatni meldują się Rosjanie i jak zwykle w skromnym, krótkim komunikacie podsumowują efekty pracy. A byłoby się czym chwalić. Osiągnęli wyjście na flankę Diamir 7150m.

Czyli w 25 dni od wylądowania w Islamabadzie zdołali zrobić mniej więcej tyle - co nasza ubiegłoroczna wyprawa po blisko 3 miesiącach. Szacun! уважение господа!

Wiele wskazuje na to, że już w następnym wyjściu będą atakowali szczyt.


19.01.2015|11:00 Nanga Parbat wszystkie zguby odnalezione!

A nawet przybyło więcej i robi się niemal tłok, gdyż Alex Txikon w asyście 2 Pakistańczyków Muhammada Ali "Sadpary" i Muhammada Kan'a (znani mi - silni zawodnicy) zmierza ku Nandze. Pod ścianą Diamir powinien stanąć około 22,23 stycznia.

"Szturmowcy" (Francuska i Polak) zameldowali się dziś w Bazie. O szczegółach 11 dniowego wyjścia: którędy się wspinali, dokąd dotarli itp. poczekajmy chwilę, aż sami zdadzą relację (zapewne wcześniej odpoczną). Nie powinno być z tym problemu, gdyż posiadali GPS-a, a widoczność, jak sami pisali, pozwalała na doskonałe foty.

Jeszcze czekamy na Rosjan z flanki Rupal, pewnie i oni dziś się odmeldują z Latabo, bo już nocą sypnie i dmuchnie.


18.01.2015|18:00 Nanga Parbat zguby odnalezione!

Szukajcie, a znajdziecie - mówi Pismo. Zatem szukali'm, czekali'm - i w końcu się odnaleźli. Oczywiście mowa o Irańczykach - nad których absencją, już blisko od tygodnia dumałem. Przyczyna opóźnienia jest wręcz nieprawdopodobna. Że ja, niewierny i Europejczyk, regularnie miewam problemy z wizą - zdążyłem już przywyknąć, ale że dotknęło to Irańczyków ze strony Pakistańczyków, to niemal koniec świata. Ale wizy już są i iranian-team "odpala wrotki". Jeśli nic im jeszcze urzędnicy nie rzucą pod nogi, to z moich obliczeń około 26-go stycznia powinni odmeldować się w Bazie po stronie flanki Diamir. Niby późnawo, ale chłopcy szykują parę ciekawych niespodzianek i zobaczymy "co góra na to"?


15.01.2015| Nanga Parbat vide cui fide

Przedstawiając wyprawy (bodaj 28-go grudnia), zastanawiałem się, czy najbardziej doświadczony włosko-francusko-polski zespól, zespołem jest.

Pisałem: "Mackiewicz powtarza jak mantrę, że "skumawszy się w internecie ustalili: ta sama agencja, Nardi jako oficjalny leader,wspólna baza itp", ale... co znaczy "będziemy sobie nawzajem pomagać" pokaże życie."

I życie pokazuje.

Można teraz od czci i honoru odżegnywać Nardiego, przypisywać mu niskie pobudki (internet tego pełen), ale jeśli istotnie jest faktem:

- że francusko-polska dwójka wychodząc 8-go nic o planach na szczyt nie wspomniała (net o tym wie, a koledzy nie?);

- że odmówili wzięcia radia (jedynej szansy na kontakt i ewentualne wezwanie pomocy);

- że mimo posiadanego tel. satelitarnego (wiadomo o mackiewiczowym, Revol - nie wiadomo) ani razu nawet sms-em, jak twierdzi Nardi - nie dali znać że żyją

to Włoch nie tyle wyrzuca "szturmowców" z wyprawy, co jedynie stwierdza stan faktyczny.

Warto podkreślić, że "informowanie o planach" i w miarę możliwości (a na to pozwoliłoby radio) "kontaktowanie się z góry" względem Alego i Daniele nie mają tylko charakteru kulturalno-towarzyskiego, ale są wymogiem formalnym. Warunkiem jaki uczestnik bierze na siebie, na mocy wydawanego mu na wspinaczkę zezwolenia.

Ali Muhammad Sartoro (skądinąd przesympatyczny człowiek, mi oraz  Mackiewiczowi znany od lat) to przedstawiciel organizującej wyprawę agencji i zapewne też (?) Oficer Łącznikowy, a tenże reprezentuje tam pakistańskie władze i pakistański Alpine Club (wydawcę Permitu)

zaś Daniele Nardi, o czym "szturmowcy" doskonale wiedzą - to ich leader, który niezależnie od ich "chcenia lub niechcenia" przed Alpine Club i pakistańskimi władzami odpowiada za wszystkich członków wyprawy.

Mówiąc dosadnie: nikt ci nie może nakazać wspinać się tą konkretną drogą (np. Żebrem Mummery'ego) w sytuacji, gdy ty się jej po prostu boisz. I nikt też nie jest w stanie powstrzymać cię przed atakiem szczytowym, bo cię nie zwiąże, nawet za cenę realnej groźby ubicia się. Ale masz psi obowiązek (wynikający: raz ze zwykłej przyzwoitości, dwa - z formalnych wymogów) o swych zamiarach i poczynaniach informować kolegów z wyprawy, w tym szczególnie leadera i oficera łącznikowego, bo oni to - w wypadku gdy się ubijesz - będą przed władzami odpowiadać. I oni, gdy będziesz potrzebował pomocy, ratując cię - ubić się także mogą. "Takaja-że żizn'" - mawiają Rosjanie.

Trzeba też pamiętać, że Nardi po sytuacji na K2 z Stefano Zavka (pisałem 8 listopada) w temacie "szczytujących, a niepowracających" może mieć "lekką schize". I jak tu się nie wk...ć?

No cóż. Znamy zdanie jednej ze stron, poczekajmy na drugą, aczkolwiek...

Pogoda nie poczeka, a góra nie wybacza. Nawet jeśli daje niebywale długie okno, to każde okno ma swój koniec. Za parę godzin zacznie narastać wiatr, a za dwie doby może na powrót osiągnąć siłę huraganu.

Szybkość wchodzenia decyduje (tylko) o sukcesie; szybkość schodzenia - często o przeżyciu.


14.01.2015|14:00 Nanga Parbat "około 7 koła"

Diamir: Polsko-francuski zespół mimo braków w aklimatyzacji uparcie prze do góry. Zdaje się, że na tej drodze zaszli wyżej niż parę zim temu team Moro-Urubko. Gdy zaś chodzi o konkrety: co znaczy Mackiewiczowe: "około 7 koła" i jak wysoko w tym wyjściu zajdą - wie chyba tylko on.

Nam pozostaje czekać, na relację po powrocie i 3-mać kciuki, za panującą tam teraz niezłą (patrząc na moje zimowe boje to należałoby raczej powiedzieć "wyśmienitą") pogodę.

Rupal: wyszli też i Rosjanie; teraz powinni spać w c1.

Pytanie: gdzie podziali się... Irańczycy? Wszak mija "2 tydzień stycznia".


13.01.2015 "Ja-target"

Dzięki "panom GÓRSKIM dziennikarzom" odkrywam, że nie jestem stary, bo w temacie gór sporo muszę się jeszcze nauczyć.

I tak w onet/pl:
"wspiąć się na El Capitan bez użycia specjalistycznych lin i haków! Tymczasem jedyne liny, jakimi posługuje się dwóch śmiałków, to pozostawione przez poprzednie ekipy pojedyncze sploty",

dalej gazeta/pl podbija bębenek, znaczy ukazuje większe arkana wtajemniczenia (nadal mowa o "El Capie") i powtarza za off.sport/pl:
"2 śmiałków pokonuje jedną z najtrudniejszych ścian. Bez sprzętu wspinaczkowego". Ta umiejętność zdaje się z dziedziny "magii i maskowania", bo na każdym zdjęciu z tego artykułu ÓW SPRZĘT WSPINACZKOWY JEST.

Zatem dzięki "panom GÓRSKIM dziennikarzom" już wiem:
- jak wspinać się "po pozostawionych przez poprzednikach pojedynczych splotach",
- dalej, jak wspinać się "bez sprzętu wspinaczkowego"
- i tylko czekam który z górskich redaktorów (może: wp, interia, pap(?) pokarze mi jak się wspinać: "bez wspinaczkowego sprzętu, na strzępach poprzedników, a dodatkowo bez jedzenia i ubrania"(!) -bo jak nic taka wiedza przyda mi się następnej himalajskiej zimy.

Jak to mawiają Rosjanie: niemnoszka smieszno i straszno niemnoszka.
Fajnie, ze mainstreamowe media oprócz kopiących w gałę, skaczących/biegających na nartach itp. zauważają nasze "niszowe górskie poletko".
Niemiło zaś, że w tym zauważeniu bez zmian: my wspinacze jesteśmy tylko targetem, od klikania w statystyki.

PS. Czapa, sto lat! - oczywiście w trzeźwości :o)


12.01.2015|20:00 Nanga Parbat 6000m

Rupal: okazuje się, że Rosjanie już wczorajszego wieczora zeszli do bazy. W iście spartański sposób informują o efektach pracy: donieśli sprzęt do 6tys.m, zaporęczowali wyjście na grań skąd... "zdmuchnął ich" wspominany przeze mnie wiatr. sic!


12.01.2015|14:00 Nanga Parbat Diamir c2

Nie tylko Rosjanie postanowili "zbratać się z wiatrem". Polsko-francuski zespół mimo nadciągającej wichury ruszył do gór. Zdaje się, że jednym z powodów tej "niecierpliwości" jest fakt, iż Revol za parę dni będzie kończyć(?) swoją wyprawę. Byłoby szkoda. Teraz zespół już drugą dobę przeczekuje w obozie 2 i liczy, że gdy jutro huragan ucichnie - ruszą w ścianę. No ale ten nadciągający śnieg...

Pozostaje kwestią otwartą: czy obóz 2: tak jak Mackiewicz informuje w sms-ie - jest na wys.6tys.; czy tez raczej - jak wskazuje fanpejdżowa mapa -  na niespełna 5600m.


11.01.2015|20:30 Nanga Parbat Rupal c.d.n.

Rupal: Na przestrzeni niespełna 4 dób Nanga pokazała Rosjanom "pełną paletę swoich wojennych barw". Ich poprzednie wyjście, mimo względnie niezłej pogody, musiało zostać przerwane u podstawy ściany na skutek zagrożenia lawinowego. Gdy 8-go, po 2 dobach przeczekiwania ruszyli, góra zafundowała im kolejną ze swoich zimowych atrakcji - huraganowy wiatr. Co prawda na drodze Schell'a poruszanie się, transport i praca do wys. 5800m przebiega niejako "w cieniu" kuluarów i żlebów; i one, oraz południowo-wschodnia wystawa ściany, na większości tego szlaku chronią przed bezpośrednimi uderzeniami wiatru. Ale powyżej, na grani... jest już inny świat.

Jeśli - na co wiele wskazuje - Rosjanie w tych dniach zdołali dojść z pracą powyżej 6000m i wyszli na grań, to mieli okazję pierwszy raz stanąć twarzą w twarz z potęgą tego, co stanowi o zimowej niedostępności Nangi. Czas - jaki już tam u góry przebywają zdaje się pokazywać, że "trafił swój na swego". Że mimo huraganu i oni nie zamierzają górze ustępować pola.

Mam nadzieję że właśnie schodzą na odpoczynek do bazy. Powinni robić to szybko, gdyż lada dzień zacznie sypać.


07.01.2015|12:30 Nanga Parbat trudne wybory

Rupal: Rosjanie chcieli wykorzystać wigilijną (7.01-Prawosławie) poprawę pogody. Niestety zdawałoby się nieduży, za to parodniowy opad śniegu pokrzyżował te plany. Już na 4200m., czyli w wejściu do kuluaru, uznali że jest zbyt lawiniasto i postanowiwszy odczekać – zawrócili do bazy. Rozsądnie, nie mniej jednak szkoda, bo wczoraj wiatr był najsłabszy – co dla poręczowania powyżej 6 tys.m. będzie niezwykle ważne. Himalajska zima jak nic innego uczy cierpliwości!

Diamir: Przybywszy do Bazy 4 stycznia - Nardi zaczyna aklimatyzację. Pewnie tak jak w 2 poprzednich sezonach posłuży mu do tego Ganalo Peak (6608m). Polsko-francuski zespół zdaje się dokonał już wyboru - jakim szlakiem będzie się wspinał. Na zasadzie eliminacji, próbując obie z dróg Messnera, wybrali linię, na której parę lat temu miała miejsce zimowa próba Moro-Urubko. Uznali ją za bezpieczniejszą. Jeśli Mackiewicz z Revol zamierzają w następnym wyjściu osiągnąć 6tys.m, to patrząc na pogodę, należało to zrobić albo szybko (gdyż po 8 stycznia będzie gorzej), albo zdecydowanie przedłużyć (planowany na 7-8 stycznia) bazowy rest o kolejne parę dni. Wydaje się, że ze wzgl. na intensywność pracy w mijającym okresie - ten drugi wariant byłby bardziej zasadny.


04.01.2015|21:00 Nanga Parbat obóz2?

Flanka Rupal Petersburg(szczanie) nie zagrzebują gruszek w popiele. Co prawda, jak na Rosjan przystało Nowy Roku świętowali w bazie, ale kolejne dni poświęcili na pracę w górze. Efektem  jest "przygotowanie drogi do 5900m". Dziś już zeszli na odpoczynek w Bazie. W pogodzie teraz i wietrznie i śnieżnie, ale w okolicach prawosławnego Bożego Narodzenia ma być całkiem znośnie.

Informują, że na szlaku znaleźli zaledwie jeden skalny hak (pewnie mowa o tym tuż ponad ich c1) i żadnych innych śladów. Pamiętać należy, że grupa zamierzała wziąć do Pakistanu tylko 500m lin poręczowych i być może liczyła na jakieś "pozostałości po nas". Zakładając nawet, iż miejscowi pofatygowali się po liny (w końcu zawsze kawał lekkiej i silnej przyda się w obejściu) to nie wyobrażam sobie, by wybijali haki i śruby - zwłaszcza te, które i my zastaliśmy tam po poprzednikach. Na drodze pomiędzy c1, a wyjściem na grań zapamiętałem co najmniej 5 takich "artefaktów". Więc albo Rosjanie są "ciut" niżej niż sądzą i mają jeszcze przed sobą barierę skalną, albo poszli innym wariantem w okolicy "Turni" - np. tym którego próbował Wielicki w 2006r.

30.12.2014|13:00 Nanga Parbat obóz 1!

Rosjanie idą jak burza, w 6 dób od wylądowania w Islamabadzie mają już c1 i dziś zeszli na odpoczynek do Bazy. Zastanawia wysokość obozu. Podają 5250m, czyli 150m wyżej niż nasza jedynka sprzed roku. Ubiegłoroczne miejsce wydawało się być zwyczajowo wybierane na drodze Schell'a (o ile można mówić "o zwyczajach" na drodze, która w ostatniej dekadzie nawiedzana była bodaj 4 razy). Było wygodne i dość dobrze osłonięte od wiatru, od ewentualnych lawin i... zasięgu telefonu satelitarnego. Takich miejsc na tym szlaku nie jest wiele. Zatem albo błędny odczyt wysokość, albo ustawili namiot wyżej od nas - a wtedy należny mieć się na baczności, gdy mocniej dmuchnie lub spadnie więcej śniegu.


28.12.2014|09:00  Nanga Parbat - stoi Baza!

Tak jak przed rokiem, Nanga Parbat, co do ilości atakujących ją wypraw, niezmiennie góruje nad innymi "ostatnimi nierozwiązanymi problemami". Jest jeszcze jedna kategoria, w której ta góra wiedzie prym. Już poprzedniej zimy ilość wypraw "wracających stamtąd na tarczy" przekroczyła 20, a tu tym czasem wyruszają na nią kolejne 3 grupy.

1. Międzynarodowy team jako pierwszy zgłosił swój akces. O Mackiewiczu i Nadrim pisałem już wcześniej, trzeciej uczestniczki Elisabeth Revol - nie licząc doniesień netowych - niestety nie znam.

Co można powiedzieć o nich jako grupie? Zliczywszy ilość wypraw, jakie w sumie na przestrzeni ostatnich 5 lat odbyli w Pakistanie, w tym szczególnie na Nanga Parbat, biją na głowę nawet samego Messnera. Bezsprzecznie najsilniejszym ich atutem jest znajomość Nangi i realiów pakistańskiej zimy. Ale
czy można ich uważać za zespół?
Mackiewicz powtarza jak mantrę, że
"skumawszy się w internecie ustalili: ta sama agencja, Nardi jako oficjalny leader [to głownie na potrzeby reprezentowania grupy wobec pakistańskich instytucji], wspólna baza itp", ale... co znaczy "będziemy sobie nawzajem pomagać" pokaże życie.

Nardi i Revol działali już wspólnie na Nandze przed dwoma sezonami. Jak w taki zespół miałby się wpasować ten trzeci? Pewnym prognostykiem jest też fakt, że Polak zawitał do Pakistanu przeszło 40 dni przed Francuską (dla aklimatyzacji  na flance Rupal); ona jest tam już od 20-go grudnia, a leader Nardi z resztą grupy, czyli dwoma fotografami/reporterami, dopiero dociera. Czyżby
full punk style?

2. Rosjanie z St. Petersburga
Wydawać by się mogło, szczególnie porównując z poprzednią ekipą, że rosyjska wyprawa zdecydowanie wie mniej: w co się pakuje. A niejeden tuz światowego himalaizmu na własnym grzebiecie doświadczył, że z zimą w Pakistanie bywa tak, iż
"frycowe trzeba odcierpieć, bo góry za nowe doświadczenia, biorą sowitą daninę".
Miałem okazję spotkać Nikołaja Totmianina. Ubiegłego lata minęliśmy się w Tien Szan pod Pikiem Pobiedy, a spotkaliśmy się (byliśmy sąsiadami) nie byle gdzie - bo pod
K2 w 2007r. Wspinał się wtedy nową drogą w dużej narodowej wyprawie na zachodniej ścianie. Na K2 wrócił też zimą i przekroczył tam wysokość 7000m. Jego partner Walera Szamalo był w Pakistanie ponoć raz, ale...jaki raz. Należy do bardzo elitarnego grona wspinaczy, ktorzy zaliczyli "pakistański hat-trick": w jednym sezonie wszedł na oba Gasherbrumy i Broad Peak. Druga dwójka nie była jeszcze w Pakistanie, ale ma za sobą trudne wspinaczki w Tien Shan, udany debiut na 8tys.m w 2011r, oraz zna zimę z wielu kaukaskich bojów.


Dodatkowym atutem tej wyprawy jest
"zespół". Na "west-cie" często żartujemy z takiego stylu wspinaczki. Chołubiony przez zachodnich wspinaczy paradygmat indywidualizmu, każe upatrywać w rosyjskim, czy też szerzej: we wschodnim pojmowaniu "kamandy" - zabijającej wszelką spontaniczność kołchoźnej "urawnilowki".
Owszem, nietrudno znałeść przykłady na to, iż Rosjanie miewali "sporo za uszami" (np. ich alpinady na Elbrusie, czy Piku Komunizma), a jednostki niepokorne jak Khrishchaty, Boukreev czy nawet Urubko miewali problemy z własnym miejscem w tak rozrośnietej "kamandzie". Ale jeśli ktoś dobrze posłucha/poczyta Denisa, to usłyszy czym kamanda różni się od westowo pojmowanego team.

W moim odczuciu grupa petersburszczan jest jak palce jednej ręki,
jak zaciśnięta pięść. Jeśli do tego dodadzą typową dla wschodniej szkoły wspinania wytrwałość i pracowitość, a przy tym mądrze ogarną logistyczne problemy (których nie brak na flance Rupal) - to sporo tej zimy mogą zwojować. O swoich kompetencjach i determinacji dali znać w sposobie rozpoczęcia wyprawy: zaledwie w Wigilię wylądowali w Islanabadzie, w 2 dni uwinęli się z organizacyjnymi sprawami i 27-go, czyli w niespełna 4 doby od wylądowania, są już w bazie w Latabo.

3. Irańczyków spotykam w najwyższych górach, nie tylko w Pakistanie, już przeszło dekadę. Gdy chodzi o świętowanie i gościnność - nie masz lepszych kompanów - zwłaszcza na dni niepogody. Z wyprawowej trójki znam Rezę, który dokładnie wpisuję w taki obraz irańskiego wspinacza. Co do ich wysokogórskich osiągnięć, wielu "westowych" wspinaczy patrzy na nich z góry, w czym niejednokrotnie poczynania samych Irańczyków mają swój udział. Ta trójka planuje pojawić się pod Nangą (raczej na stronie Diamir) dopiero w drugim tygodniu styczna, co dla krytyków "perskiej szkoły wspinania" już na starcie ociera się o zamiar chodzenia po cudzych śladach.
Ja mam nadzieję, że ta - jak to mawiają w filmach -
"zbieżność nazwisk, czyli w tym wypadku: współzależność dat - jest tylko przypadkowa" - a jak jest, przekonamy się w drugiej połowie stycznia.


25.12.2014 | 19:00 K2 Денис - я с тобой!

Nie ma deathline, nie ma permitu, nie ma wyprawy. Jak pomóc przyjacielowi w takiej sytuacji? Można ględzić o cierpliwości, o drugiej szansie, że za rok, za dwa...

20 lat "namiotowego życia" w Pamirze, Tien Shan, Karakorum i Himalajach, w niekończących się śnieżycach czy huraganach - uczy cierpliwości jak nic innego na świecie. Ale nic nie uodporni na przeszkody, które tworzą inni ludzie. Держись дружище, я с тобой!


24.12.2014|09:00 K2 Держись - друг!

Друзья для тебя силно держут пальцы скрещенными!

Jasnym jest, że Denis z K2 nie zamierza wojować w pojedynkę. O pozostałych członkach jego grupy chciałem napisać, gdy będą już szli w karawanie pod górę, czyli w/g pierwotnych kalkulacji mniej więcej dziś.

Że ich tam jeszcze nie ma i jaki w tym udział ma "mentalność Państwa Środka" - wie każdy, kto choć trochę interesuję się himalaizmem. Dość powiedzieć, że począwszy od tej zimy przysłowie: "człowiek strzela, a Bóg kule nosi" będzie brzmiało: "Urubko planuje, przygotowuje i trenuje, a chiński urzędnik zamiast permitu, sewuje mu zaproszenie na herbatkę" (sic!)

http://urubko.blogspot.com/search?updated-max=2014-12-21T20:13:00%2B01:00&max-results=1

Gdy przyszedł czas próby, nie tylko ja, ale spora grupa przyjaciół zaciska kciuki, żeby permit wydano jak najszybciej. Zdecydowanie wcześniej, niż deathline o jakim w ostatniej rozmowie wspomniał mi Denis.

index.php?id=95&pic=54 index.php?id=95&pic=418


22.12.2014|09:00 "Zima - ach to ty?"

"Poleciałem Grechtą", bo to co za oknem nie współgra z kalendarzem. Ale spece od meteo. twierdzą, że nic w tym nadzwyczajnego, bo zima u nas zapowiada się taka sama jak przed rokiem. Nie wiem - zimowałem gdzie indziej. Zapytany przeze mnie kumpel, pisze że u nich w Buriacji również coś nie tak. Zamiast zwyczajowych -25C, w południe ledwo -2C!


Za to pod K2 i Nangą Parbat - z zimą "vsio normalna". Znaczy: jutro/pojutrze kończy się "snegopad" i zaczynają się wichry. Ktoś powie, że język ojczysty zachwaszczam rusycyzmami. A i owszem taka moja uroda, gdyż anglo-sas ze mnie taki, jak z Denisa Urubko - Hiszpan.


Jeśli choć raz w Himalajach, czy w Tien Shan przeżyłeś "snegopad", to wiesz że określenie wspinaczy ze wschodu (intuicyjnie kojarzące/rymujące się z "vodopad" - po rosyjsku wodospad) doskonale i lapidarnie oddaje... bezsilność człowieka, który kolejny dzień z poziomu namiotu jest w stanie tylko patrzeć. Patrzeć jak "snegopad" niweczy jego mrówcze plany i kalkulacje. Rozmawiam właśnie z Denisem. Ostro walczy, by nie czuć sie dokładnie tak samo, z tą różnicą - że teraz po drugiej stronie barykady jest nie potęga natury, a chiński urzędnik. :-(


Ponoć "rosyjski" zwłaszcza teraz - jest passé. Cóż, kto mnie zna, wie gdzie mam: "politycally correct". Ale też uczciwie staram się być "symetryczny". Biorę ze słowiańskiej/rosyjskiej mentalności - to co dobre, ale i daję im wzamian, to co równie trafne na moim ojczystym poletku. Do dziś przewodnicy pod Elbrusem i Pikiem Pobiedy ze śmiechem cytują moją wersję zawołania francuskiej Legii Cudzoziemskiej: "kto nie szagajet, eta umierajet" - (ewidentny polonizm, który'm zapoda im będzie już 2 dekady temu!). Inna rzecz, ża tacy "symetryczni" - usiłując łączyć - nie dzielić, dostają zwykle od obu stron. Przykład? "Drug" ze smutkiem pisze, że choć już od dawna wybiera się posłuchać nowego matereriału, to niestety na koncert DDT nie pójdzie. Zazdrościłem mu tej szansy, a tymczasem: "Концерты DDT в разных городах просто отменили (...) Макаревич Андрюха, Шевчук вообще враги народа"

Chyba nie za bardzo pocieszy zatroskanego (nie tylko o muzykę) przyjaciela, gdy mu mówię: "taki już los, że prorok najczściej ginie od... swoich".


Szewczuk (dla tych, co nie zakochali się w rosyjskim rock 'n' roll-u: poeta, kompozytor, lider i dusza zespołu DDT) w Groznym swój "мертвый город" śpiewał prostym żołnierzom w okopach. W pierwszej chwili, gdy robił to po "słusznej" stronie, zyskał miano bochatera. Zaraz potem, gdy zaśpiewał po tej drugiej - czeczeńskiej - wyzwano go od zdrajcy, lub co najmniej idioty. Wypisz wymaluj jak z Kaczmarskim i Gintrowskim. Niełatwo ich słuchać, za to  łatwo zawłaszczyć i do swojej jedynie słusznej partii "zapisać". Zawsze się zastanawiam, czy stawiający im pomniki rodacy, aby na pewno odsłuchali np. "Wojnę Postu z Karnawałem"?

 

05.12.2014|20:48 K2 – szaleństwo pod kontrolą

Trudno pisać o szalonych planach przyjaciela. Bo łatwo popaść w hura-optymizm - mowa przecież o kimś bliskim, z kim przyjaźnie się nie rok, i nie dziesięć. Łatwo też uderzyć w drugą mańkę – widzieć wszystko w czarnych barwach i odradzać – bo o skórę przyjaciela idzie.

Czy zatem w tej sytuacji w ogóle możliwym jest spojrzeć bez emocji, jedynie przez pryzmat wiedzy o ludziach, logistyce i górze? Pewnie nie do końca, ale spróbuję.

 

O szalonym pomyśle ("K2 zimą i na dodatek nową drogą") Denis powiedział mi końcem czerwca i od tamtej chwili po wielokroć o tym rozmawiamy. Na początku ta "NOWA droga od północy" przerażała mnie najbardziej. Nie dlatego, że Denis jej nie zna – wręcz przeciwnie. Gdy zimowaliśmy tam 2002/03, on - jeszcze jako "oficer kazachskiej armii" :-) mógł doskonale zakosztować "w czym na rzeczy". Nie tylko ja jestem zdania, że zima w centrum Karakorum zwłaszcza gdy mowa o obozie bazowym, odpoczynku, zaopatrzeniu itp zdecydowanie bardziej daje po dupie niż ta np, pod Nangą. Dodatkowo Denis, już w połowie zeszłej dekady, nosił się z planem nowej drogi z tamtej strony i chociaż ostatecznie zaatakował górę Filarem Północnym, to z pewnością miał okazję dobrze przyjrzeć się ścianie "na lewo" od Filara.

Ale żeby próbować tego zimą....

Wychodzą ze mnie efekty zimowania sprzed dekady. Pal sześć z pogodą, ale w parokrotnie większej grupie, położyliśmy grubo ponad 4,5km lin, a gdy miało się już ku końcowi zimy, my dopiero doszliśmy w okolice 7500m (oficjalnie niby "ciut wyżej", ale Darek Załuski mając okazje zweryfikować te drogę latem - twierdzi, że osiągnięte wysokości trzeba urealniać o jakieś 100-150m w dół). Potem zaś, niezależnie od akcji ratunkowej Kaczkana, przyszedł wiatr, który w 1, 2 doby zniszczył naszą ponad 80 dniową robotę. Dość powiedzieć, że nie mieliśmy co do tego wątpliwości, gdyż tej najgorszej nocy w wysuniętej bazie (5100m) naraz odleciało blisko 1/3 namiotów (w tym messa i sypialnia kierownika:-).


Tu zaczynam dochodzić do "jądra szaleństwa". Zimą już powyżej 6000m kluczowym – dla obozów, szlaku, szybkości wspinaczki, i życia - jest wiatr, a Urubko chce wspinać się stokiem przed nim osłoniętym. Dodatkowo K2 to góra z przewagą wiatrów zachodnich, a on wspinając się ścianą północno-WSCHODNIĄ , aż do osiągnięcia grani (może i do 7500m) będzie w dużej mierze przed nim osłonięty samym szczytem. W pełni podzielam zdanie, że w warunkach zimowych bardziej "stający dęba" śnieżny czy nawet lodowy stok i tak jest łatwiejszy niż podobnej ekspozycji teren skalny.


"Łyżka dziegciu":

na wybranej przez Denisa drodze problemem może być zagrożenie lawinowe. A raczej – przy zwykle "mało śnieżnej" (sic!) zimie – zagrożenie, jakie niosą seraki, których nie brak na każdej z trzech barier oddzielających zaplanowany obóz 2, od grani szczytowej. Ale tego nie przewidzisz, zanim nie ugryziesz/zobaczysz.

I tak to, co pół roku temu wydało mi się czystym szaleństwem – coraz bardziej jawi mi się jako "szaleństwem pod kontrolą".

Inna rzecz, że Denisowy pomysł na zabranie tylko 1200m liny – to, przy potędze tego urwiska – kosmos! A skoro już mowa o kosmosie...


Próba oceny szans powodzenia takiej wyprawy – to jak chęć oceny lotu na Marsa. Niby wiemy, iż "nieuchronne ktoś, kiedyś, ale czy wierzymy, że to już?"

Ciekawym, czy sam Kennedy wierzył, że w zaledwie parę lat od jego przemówienia, człowiek stanie na księżycu? JFK mawiał – "now" - więc i ja trzymam kciuki za TĘ zimę. Ale warto pamiętać, że zarówno w podboju kosmosu jak i himalajskiej zimy jest ten sam problem: Sukcesem jest TAM stanąć, ale jeszcze większym... CAŁO wrócić" i o to się modlę dla przyjaciela.


08.11.2014 Nanga Parbat – zima dla Van Gogha?

Pomimo, że to dopiero początek listopada, już startuje pierwsza z zimowych wypraw. Nanga Parbat – flanka Diamir.


"Kim jest Daniele Nardi" - podpytywałem pod Nangą zeszłej zimy Simone Moro. Niemal wszyscy wybitni włoscy himalaiści to ludzie z północnej Italii. Simone z ogromną estymą wymienia jednym ciągiem: Messnera, Nives Meroi, podkreśla że w jego rodzinnym Bergamo żył Valter Bonatti. A o Nardim zdawkowo: "to Rzymianin". I nic ponad to. Czyżby echo "zakopiańskiego" traktowania ceprów? – do końca nie wiem, na tyle dobrze nie znam Simone.


Z Nardnim spotkałem się "niemal" tylko raz. Dokładnie tego samego dnia i w przybliżonej porze "szczytowaliśmy" nieopodal siebie, ja na Broad Peaku, on na K2. Tydzień później, gdy on już zapewne docierał do Islamabadu, ja w porzuconym na K2 namiocie (7500m) znalazłem zalodzoną "mp3-kę". Po osuszeniu w bazie okazało się, że choć zepsuta – to muzykę da się przegrać. Pół roku zajęło mi poszukiwanie do kogo mogła ona należeć. Ponoć nie tylko do książek odnosi się: "powiedz mi co czytasz (czym się karmisz), a ja ci powiem - kim jesteś".

Od tego czasu – od potu, biegania w śniegu i deszczu, i... taniochy "zajechałem" kilka kolejnych odtwarzaczy, ale po dziś dzień w codziennym treningu oprócz Hansa Zimmera, rosyjskiego rock-a (DDT, Lube) i takich tam, towarzyszy mi też włoska muzyka i myśl o Stefano Zavka.


Tamtego dnia, patrząc z Brod Peak-u w kierunku "Góry moich marzeń" nie wiedziałem jeszcze, że z grona 18 zdobywców K2, Stefano - właściciel owej "mp3-ki" jako jedyny nie powróci do obozu szturmowego. Należał do włoskiego, sponsorowanego przez telewizję RAI 2 teamu, którego leaderem był właśnie Daniele Nardi. Wyprawa tradycyjna: stałe obozy, poręczówki, wysokościowi tragarze itp. Trójka uczestników na szczycie, ale niestety raczej nie było miejsca/czasu na radość, a nawet na zabranie porzuconych osobistych rzeczy.



Mackiewicza, ktoś z bliskich mi osób, trafnie określił mianem "Vincent" przyrównując go do Van Gogha. Nie trzeba być psychologiem, by dostrzec w Tomku szaleństwo wymieszane ze szczyptą "bożej iskry".

Cztery miesiące zeszłorocznej wyprawy, to aż nadto, by móc dobrze się poznać, ale z pewnością zdecydowanie za mało, by móc się zaprzyjaźnić, zwłaszcza dla takich "kanciatych" osobowości i outsiderów, jakimi oboje jesteśmy. Sporo wcześniej poznałem Marka Klonowskiego i dopiero przez niego Mackiewicza. Wyznawcą "Czapy" nie jestem na pewno, ale daleko mi od potępiania go w czambuł za samo nadużywanie: "joł, ziom" i związany z tym styl.

Tak naprawdę z Tomkiem prawdziwie, od serca, piłem tylko raz. Ostatnie chwile wyprawy: siedzimy we dwoje w tanim hoteliku w Rawalpindii, na stole podła whysko-podobna ciecz, co jak na Pakistan to i tak cud, a w głowie ulga. Bo chłopcy (poszkodowani w lawinie) już nareszcie w szpitalu w Islamabadzie, bo jakby nie było, Tomek za parę godzin, a ja nazajutrz lecimy do domu, do bliskich.


Powiedziałem mu wtedy, że choć widać, iż pewnie razem nieprędko gdzieś się wybierzemy - taka karma - to na tyle'm odważny (wielu twierdzi że głupi), by powiedzieć co widzę. "A widzę chłopie, że masz dar. Są od ciebie i szybsi, i młodsi, i wytrzymalsi, sam wiesz że nawet Marecki jest lepszy w technicznej skalnej wspinaczce...


Ale to ty masz dar. Wyczucie swoich możliwości i ograniczeń tu i teraz. Czujesz gdzie jest nieprzekraczalna dla ciebie granica i często tę intuicję rozciągasz jeszcze na górę, najbliższy zakręt drogi, pogodę... Dlatego inni patrząc z boku mają wrażenie, że szaleńczo chadzasz po bandzie – podczas gdy ty, czując gdzie ona jest, tylko się do niej zbliżasz. Wiem co mówię. Paręlat tu i tam po górach się włóczę, nie z opowiadań, a na własne oczy widziałem Morawskiego jak zaczynał na Han Tengri i zimowym K2, jak Kinga [Baranowska] dostawała ciężką szkołę na Piku Pobiedy, jak Bielecki dekadę temu brał po dupie na tejże Pobiedzie. Masz dar, na który inni harują na paru, parunastu wyprawach a i tak wielu z nich nigdy nie osiągnie takiego poziomu samoświadomości. A jeśli nawet, to u nich często jest to tylko "na główkę, nauczone" a u ciebie to rodzaj intuicji, "bożej iskry". Pewnie ma w tym też spory udział twoja historia narkomańskiego życia na ulicy, ale to jak talent – coś unikalnego i niezasłużonego - co albo można rozwijać, albo zmarnować.

Nie jestem twój "ni brat, ni swat" więc sam nie śmiałbym, ale jeśli – tak jak Marek, byłbym twoim przyjacielem – to solennie bym ci obiecał, że skopię i kopać będę bez końca twoje dupsko, jeśli używki i balangowy styl nie pójdą precz, a ty nie zaczniesz regularnego treningu. Sorry, wzgl. ciebie jestem po drugiej stronie czterdziechy i to sporo, więc wiem z autopsji, że na to co się jeszcze jakiś czas temu miało "za darmochę, z powietrza", teraz trzeba ciężko codziennie się napocić. Dla takich jak ty nie ma półśrodków. Jest albo, albo... To żeś lata temu uciekł spod kosy - odstawił herę, nie znaczy że możesz teraz częściej lub rzadziej bezkarnie imprezować, popalać, pławić się w popularności. Dlatego ostatniego czego ci trzeba, to gromadki zauroczonych klakierów".


W mojej opinii po demonach narkomańskiej przeszłości, drugim największym wrogiem Czapy jest grono jego "wyznawców" – bo nie stawia mu wyzwań, na miarę wyjścia z hery. Bo zadowala się inteligentną osobą z barwną przeszłością i darem gadki. Hipnotycznie patrząc na to kim był/jest - nie dostrzega kim być może.



Ponoć Van Gogh za życia sprzedał tylko jeden obraz, a i tak tylko za sprawą brata marszanda. Czy gdyby otaczała go rzesza wyznawców, mielibyśmy "nastą" już wersji irysów i słoneczników?

Ktoś w planie "zima z Nardim, lub nawet solo" widzi tylko szaleństwo, a ja myślę, że Tomek czuje (ta "intuicja"!), iż więcej z siebie da z nieznanym, co za tym idzie, stawiającym wymagania Włochem, lub sam – bo wtedy poprzeczkę będzie podnosiła sama Nanga.


Czy w takiej koncepcji: "ponownie ściana Diamir, we dwóch z Nardim i raczej po alpejsku" – jest szansa wejść zimą na Nangę"?

Niby nie... Bo byłem i zimą na Netia K2 z Wielicki - organizacyjnym i logistycznym molochu, ale też na podobnej tomkowej (dwójkowej próbie 2008/09r), też na Nanga Parbat i też na ścianie Diamir.

Z drugiej strony, Kukuczka mawiał, "że żeby zrobić coś nowego w Himalajach (nową drogę, zimowe wejście) trzeba mieć: końskie zdrowie, dobry zespół, niezły sprzęt, [ja dodam: perfekcyjną logistykę] – a także.... sporo szczęścia. I to ostatnie czasami potrafi przeważyć, a nawet znaczyć więcej niż pozostałe"


Czy Tomek przed piątą próbą, jak często, zawierzył wszystko swojej intuicji, czy też, jak obiecywał - "pomagał szczęściu" unikając balangowania i ciężko trenując - nie wiem, bo jak mówiłem, "na piwo razem nam nie po drodze", ale że tak zrobił - mam nadzieję i razem z jego "wyznawcami", za to mocno trzymam kciuki.

Nieskromnie powiem, że nawet "ciut" mocniej niż oni – bo bez zauroczenia.

28.07.2014 | 23:53
Kolejny dzień powyżej 6100m. Nadal próbuję rozwikłać tajemnicę tragedii, i tej sprzed roku i tych  sprzed lat. W ostatniej dekadzie nie masz roku, by nie zginął tu ktoś z "naszych". Ja szukam odpowiedzi, a Góra... zabiera kolejne życie. Jesteśmy tu intruzami - ONA stawia warunki i boleśnie o tym przypomina.
24.07.2014 | 22:50

Z bazy do c2 1550m w 5,5godz -niezle, zwlaszcza ze cala droge w wietrze/sniezycy "na pierwszego", ale przed ZIMA poprawie:)

13.07.2014 | 04:28

Rozklejając ogłoszenia, "idę po śladach" Artura. Przystają, przyglądają się zdjęciu - "u nas spał"; "ja go wiozłem do bazy". Potem milkną... "no tak, taki młody".

13.03.2014 | 20:38

05.07.2014 W góry panie, w Góry.

K2, obóz III na 7600m, lipiec 2006r. Podchodzi Siergiej Bogomołow (do Korony brakuje mu tylko własnie K2), i wtedy jest to jego trzecia już próba, a moja pierwsza. Kupionym na bazarze Rawalpindi za ostatnią kasę "Panasonic-em" filmuję z góry to człapanie. Słońce i wysokość dają Sierioży w kość. Zapocony i zasapany krzyczy do kamery: "Znajesz Jacek, kak ja byl twojewo wozrosta i nacinał gornoju rabotu dumal tak: treniruj, treniruj, terpi, a dalsze budjet' usz legsze. Tut 20 let pereszło, zdarowje uszło i... ni chrena net legsze."

Minęła prawie dekada. Wypociwszy dziś kolejne 3 kg wody padam na pysk i jak Siergiej rzężę, "że ma racje, bo ni ch..ja nie lżej". Ale na całe szczęscie już za trzy dni KONIEC z tym kieratem i nareszcie w góry!

Jak Bóg da pogodę, "brodziate ajatollachy" nie wysadzą samolotu, a podpity Kirgiz nie rozwali wiertaliota, to równo za tydzień, bedę kładł się spać pod Han Tengri. Niby któryś już tam raz, a ni ch... nie legsze.

 

30.05.2014 "Modlitwa o wschodzie słońca"... za generała.

Młodsi mogliby dodać Jaruzelskiego, ale gość w moim wieku nie musi pisać nazwiska – niezależnie czy uważa go za zdrajcę, patriotę czy jak to teraz political correct "postać tragiczną". W najnowszej naszej historii "generał" - znaczy: ten generał. Trochę jak z "marszałkiem" – też myślimy o jednym konkretnym. Taka historia.

 

Niemal wyleciałem że szkoły za samo narysowanie kształtu jego okularów (stały się słynne). Oczywiście rysowałem... z odpowiednią do mojego wieku butą i nutą ironii, a ze szkoły nie on mnie chciał wylać, tylko jakaś przestraszona nauczycielka z równie zdenerwowanym dyrektorzyną. Gdzieżbym wtedy myślał, że 30 lat później biegając o wschodzie słońca będę w modlitwie wspominał generała.

 

Dziś pogrzeb i jak to zwykle z pogrzebami takich osób bywa, ogromna większość będzie tam: bo być musi. Nawet ci co mają go - jak słyszałem – "oróżańcować" znaczy: "od Powązek odgrodzić" (?). Matko Boska, przyszłoby Ci do głowy takie zastosowanie Różańca?

 

 Czy jest szansa, że razem z pochówkiem, zakopiemy choć trochę wojny w nas samych? W tym względzie obawiam się że: "Polak - Chilijczyk dwa bratanki". Pinochet polaryzuje po śmierci jak polaryzował za życia, o czym chcąc nie chcą, przekonuję się przy okazji wspinaczek na Aconcaguę. Nic nie wskazuje, by z nami miało być inaczej.

 

Ktoś powie, że zapominam o "Wujku", o 83 roku na moim rodzinnym Dolnym Śląsku (o wcześniejszych przewinach generała nie piszę, bo ich nie pamiętam – w 68 się urodziłem, więc w 70 i 76 byłem szkrabem). Że zapominam o cierpieniu i krwii, a moje problemy w szkole to nic, w porównaniu z... i ja się od razu zgadzam. Nawet nie będę próbował uderzać w kombatancką nutę, bo ci dwaj zomo-wcy, co to mi mało łomot nie spuścili, to też i moja głupota, i nie było w tym generała osobiście.

 

Ktoś powie dalej: ale dlaczego zaraz Powązki, jak można i po co. No fakt, skoro tego za życia nie zrobił, to nie sądzę, żeby teraz generał na szczwaną millerowską nutę zanucił "Mury"; ale nie uważam też, żeby tak zaraz, od takiego sąsiedztwa Jacek Kaczmarski w grobie się przewrócił. Przewracać to zwykle chcemy my – żywi, nie umarli.

 

Może za to, jeśli wierzyć w wieczysty wymiar życia, Przemek Gintrowski zaśpiewać generałowi "Wielopolskiego" – wszak takim właśnie tę pieśń dedykował, bo i szlachectwo, moc nazwiska, urząd... no i w końcu tenże sam wielki brat ze wschodu.

http://www.youtube.com/watch?v=DbNWXiP78rQ&feature=related

 A może największą karą, jeśli komu sądów nad generałem za mało, byłoby... zapomnienie? Wybaczenie i pójście dalej, bo w tej naszej, przepraszam za wyrażenie, ale czasem tak myślę – w tej naszej pinkolonej Historii:
Walenrod-ów to ci dostatek...

a Albertów–Chmielowskich... jak na lekarstwo.

 

25.05.2014

ponoć tej nocy Korwiny górą

więc pytam kumpla który wie,

jak pomóc, by nie wyleniał palikotem

na brukselskiej Janusz kanapie.

I czy ci, którym taką solą w oku,

kto u nas Fidel, a kto Cze,

załapią wreszcie, bo jeśli nie...

 

22.05.2014 Cały weekend uparcie zaciskałem kciuki, to za wejście a jeszcze bardziej za bezpieczny powrót. Pomimo "wyjazdowej komunii" co rusz dopadałem neta. Teraz zaś na spokojnie gaworzę z Denisem. On już myślami niemalże w domu - umawiamy się na imprezę gdzieś latem w Alpach. Natomiast nie przestaję ściskać kciuków za Artioma i Dimę, którzy już są w drodze do Bazy po południowej stronie Kangczy. Z Dimą wspinaliśmy się/ucztowaliśmy (tak z rosyjska - suto zakrapiane były te spotkania) na tej naszej zeszłorocznej feralnej Nandze P. i przypadliśmy sobie do gustu. Liczę że będzie ostrożny, a pogoda... oby dała im szanse.

20.03.2014 

Dotarłem do Islamabadu i zajęło to rekordowo długi czas. Po drodze forsowałem 3 zawały (wiosenne deszcze) i 2 blokady (demokracja po pakistańsku przypomina tę naszą alla Lepper). Kolejny raz doświadczałem życzliwości i gościnności lokalasów. Na długo zapamiętam nocleg na posterunku policji "w środku niczego", i gościnę u religijnego nauczyciela - z całonocną dyskusją n/t islamu.

13.03.2014 

Chłopcy już w wojskowym szpitalu w Skardu, a wokół kwitnące wiśnie i świeża zieleń zbóż. W Pakistanie już pełną gębą WIOSNA. Czas do domu!

13.03.2014 | 10:58

Śnieg nieprzerwanie wali z nieba i śniegi po pas. Za nami podejścia, lodowiec, rzeka, parę lawiniastych zboczy; słowem 12godz. potu i brnięcia byle niżej. A chłopcom, mimo całej naszej troski nosze kojarzą się z...narzędziem tortur:(

13.03.2014 | 10:57

2dni czekania na smigło, ale nadal ostro pada, a żaden z nas tak naprawdę nie jest w stanie ocenić, na ile poważne są urazy. Zwłaszcza Pawła - który pomimo jedzenia przeciwbólowych niemalże garściami, nie przespał ani chwili i marnieje w oczach. Stąd decyzja: Tomek zwija baze, a ja+pasterze niezależnie od pogody ruszamy z chłopcami w dół. Byle szybciej do szpitala w SKARDU.

10.03.2014 | 14:30

Jeśli ktoś widzi w tym kraju tylko terror, niech spojrzy w oczy niepiśmiennych pasterzy z Latabo. Bez nich nadal tkwilibyśmy na lawinisku.

10.03.2014 | 14:29

Widok fatalny, ale żyją, a tu nie miejsce na dokładne oględziny - w każdej chwili może zejść kolejna lawina. We 4-ke ściągamy ich w dół lodowca. Byle niżej. Tu w 2 grupach docierają pasterze. Naprędce montujemy nosze i dalej w dół do bazy. Chłopcy poobijani, ale brak większych widocznych złamań czy urazów. Czekamy na śmigło - niestety: śnieżyca tylko wzmaga, a prognozy fatalne.

10.03.2014 | 14:27

08.03

LAWINA! Budzi mnie krzyk Tomka. Zasnąłem nad popołudniową lekturą. Jest 17.oo cholernie późno, bo w tej śnieżycy zmrok zapadnie już przed 19.oo. Tomek już pędzi. Ja przytomniejąc i wskakując w goreteksy w myślach ustalam listę rzeczy "do zabrania".  2-kę Paweł-Michał zagarnęło nieopodal c1 i zniosło ok.450m. Michał nie stracił radia...i głowy. Zaalarmował nas i teraz pełznie do Pawła. Docieramy po zmroku, nawigując na michałową latarkę. To będzie bardzo długa noc.

+++

Dla Simone, Dawida i Emilio ubiegły atak był ostatnim. Jeszcze tylko zwijanie bazy, pożegnania i... jak w grudniu zostajemy sami. Czy słusznie? Jest zdecydowanie cieplej i te opady bardziej mnie niepokoją. Zapytałem pasterzy, dlaczego zmienili miejsce/trasę codziennego wypasu owiec. Okazuje się, że w marcu zawsze tak robią. Miejsca w pobliżu naszej ścieżki do abc i c1 słyną.. lawinami.

01.03.2014 | 15:00

Atak zakończony ok.7150m. Chłopcy schodzą i dziś wieczorem wszyscy razem powinniśmy odmeldować się w bazie. BISMINLA hRAHMA leRAHIM!

28.02.2014 | 23:58

Ja nadal grzeję nogi, a Simone schodzi (?) Właśnie zawitał do mnie do jamy - kończy wyprawę. Dawid @Tomek doszli dziś do 6950m - stawiają tam c4. Jutro chcą dalej, ale skoro okno ma  potrwać najwyżej 1,5dnia i w poniedziałek wiatr skoczy do 90km/h, to albo szybki atak (za nisko i ten hol...y trawers), albo zanieść graty najwyżej jak się da i może następne wyjście?

28.02.2014 | 11:09

Dognałem w c2 Pawła i Simone. Nie było łatwo, bo po drodze kopny śnieg, do tego nieźle "piz..ło" i w okolicy grani zaliczyłem parę lawinek (nie tylko pyłówek). Noc w pieczarze była dla mnie nadzwyczaj zimna - praktycznie rozgrzewając nogi nie spałem ani chwili! Po takiej koniecznie muszę choć jeden dzień restować, a "karlowe okno" nie poczeka. Szczyt? -  nie tym razem. Rozgrzewając się po nocy, czuwam w odwodzie i 3-mam kciuki za chłopaków w szpicy. 

27.02.2014 | 23:44

"Czarodziej z Insbruka" wieści okno "sobota-niedziela z wiatrem 35km/h". Jestem w c1, więc muszę jutro dogonić peleton/chłopaków. SPROBUJĘ!

25.02.2014 | 14:30

Ruszamy i "celujemy" w najbliższą sobote. Ostatni (który to już?) szturm sezonu. Zostało 3tygodnie kalendarzowej zimy. Zobaczymy - powiedziałby mistrz Zen.

23.02.2014 | 12:57

Radio kucharzy odbiera: Gilgit i...Moskwe(?) a ta podaje, że na olimpiadzie 30km zdominowały Norweżki. Justysia, tamtej dychy nie zapomne.

20.02.2014 | 23:22

Od blisko tygodnia pogodowy przekładaniec: przez parę dób wali śniegiem, a gdy ustają śnieżyce i w bazie mamy słońce, to na grani powyżej 6000m duje huragan. Zima zwolna ma się ku końcowi:(

14.02.2014 | 17:45

Pogoda przyspiesza naszą decyzje: "zawracamy". Simone@Dawid jeszcze próbują, ale dochodzą tylko do 6170m (nasz namiot) i nazajutrz down, a JUSTYSIA: ZŁOTO!

13.02.2014 | 15:47

Ciężko iść, czując że tym razem daremny to trud, ale idę - najszybciej  jak potrafie. Dziś w Soczi 10km klasykiem: "biegnij JUSTYSIA!", w twojej intencji ten moj marsz!

12.02.2014 | 23:55

Prognoza od K.Gabla: "w piątek i sobotę wiatr spadnie(?) poniżej 30km/h". Za krótko jak na atak, ale może w końcu uda się założyć obóz na 7000m?

10.02.2014 | 14:56

74dni poza domem. Nic dziwnego, że syn pyta: "wrócisz tato?". Następna szansa na okno... inshallah za 10dni! Takie te moje imieniny.

09.02.2014 | 00:16

Pogodowe okno, pod które ruszyliśmy jeszcze w snieżycy i wietrze, okazało się...lufcikiem. To już 71 dzień wyprawy. Czekamy.

06.02.2014 | 00:39

Pogoda się zmienia, a my lada chwila ruszamy. Oczywiście z nadzieją ataku, ale...czy tych pare noclegów zaledwie na 6000m wystarczy?

03.02.2014 | 22:55

Z góry przebija ryk wichru. Jest już jednak pozytywna prognoza(za tydzien) i ona rozpala dyskusje w te senne, śnieżne dni.

03.02.2014 | 14:23

Śnieżyca i końca nie widać. Góry zresztą też. Śniegu już tyle, że rośnie obawa. Przetorować damy rade, ale lawiny...

01.02.2014 | 18:03

W nocy przyszedł front, więc decyzja była prosta: "DOWN" i to już w śnieżycy! Teraz 2-gi dzień restu w bazie i perspektywa 5-ciu dni czekania. Oby tylko tyle!

30.01.2014 | 13:24

Jestem na grani, 6000m.Tomek i Paweł 200m wyżej, a Michał i Simone&Dawid zeszli na rest. Spię tu, bo czekamy - jeśli mimo prognoz jutro bedzie znośnie, to ab, inaczej down.

30.01.2014 | 13:22

Samotność podczas wspinaczki jest jak narkotyk. I straszna, i...piękna. Gdy wspinam się sam, zmysły i ciało naprężone do granic, a serce - sercu nic nie przeszkadza, nie rozprasza być z tymi których kocham. Jak modlitwa.

27.01.2014 | 23:24

Pogoda! Team już w górze. Odzwaniam agenta i ambasadę (przedłużenie naszych wiz) i też ruszam na grań. Liczymy na parę dni.

24.01.2014 | 14:27

Piękny ranek - baza bajkowa jak na Boże Narodzenie. Ustała śnieżyca, za to wiatr hula na całego. Jest nadzieja/prognoza, że po weekendzie...

23.01.2014 | 21:07

Telefon od Syna, stracił pierwszy ząb: "nie płakałem! Kiedy wracasz tato i zabierzesz mnie w góry, w końcu przyszła zima".

23.01.2014 | 00:33

Kolejny dzień śnieżycy. Rutynę codzienności w bazie przerywają odwiedziny Simone&Dawida. Ciekawy wieczór: wspólna sauna i serdeczne długie rozmowy, snucie planów "na potem".

18.01.2014 | 20:39

W batalii o obóz na 6100m:  remis. Nie jesteśmy tam gdzie głosił plan, ale przy tej pogodzie to i tak było maksimum, co  dało się zrobić. Remis ze wskazaniem... na nas:)))

14.01.2014 | 22:15

Tomek na kontakcie (Simone podrzucił mu radio) i zadania ustalone: próbujemy na maksa wykorzystać najbliższe 2 dni (pogody?). Michał "Dziku" spada dziś w doliny. DZIĘKI!

13.01.2014 | 23:14

Z Tomkiem już jasne i ok,były "problemy z radiem", stąd niezaplanowana cisza:) Z pogodą za to niejasne, ale ufając prognozom - ruszamy. Pozyviom UVIDIM.

13.01.2014 | 18:22

Falstart? Tomek w górze 3-ci dziń milczy, 2-go dwójka opóźnia/przekłada start (śnieg!), a ja ruszę po nich... sam, bo kolejny z nas (Michał) pakuje się i jedzie do domu:(

11.01.2014 | 00:38

Śnieżyca ma się dobrze:-( Marek kończy wyprawę i leci do domu na narodziny syna, a Simone&Dawid zawrócili z abc. Jak rozłożyć siły, które jeszcze mamy?

10.01.2014 | 20:49

W miarę wspinaczek/lat coraz mocniej to widzę: od tego na co się porywam, ważniejsze jest: z KIM się porywam. Stokroć ważniejsze.

08.01.2014 | 17:22

Pisał STED: "dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny...wysoko". MImo nawału roboty i radości bycia w górach, w takich chwilach "tęskność ogromna przybliża" do swoich i to niezależnie od aury. A co do aury: pogoda niezmiennie połnyj piz...t :-(

08.01.2014 | 12:58

19 lat temu, a jakby dziś: szpitalna gasnąca cisza. Tato, marzę aby Łukasz choć w połowie dumny był ze mnie, jak ja z Ciebie.

08.01.2014 | 00:27

Prognoza wieści: 3 dni śniegu i wiatru. Spadamy więc do bazy na rest. A wieczorem... zaproszenie na kolacje z grupą Simone.

08.01.2014 | 00:25

Rozrzuceni jesteśmy 2-kami od 3500m do 5500m. Mi wypada nocleg w c1 w towarzystwie Simone i Dawida. Magia miejsca i rozmów!

06.01.2014 | 01:10

4-ty dzień akcji. Razem z Michałem D. donieśliśmy sprzęt i nocujemy na 5500m. Zmieniliśmy tu Tomka i Marka, którzy schodzą do bazy na rest. Pogoda "pod psem" - zdołałem wynieść depozyt, ale zaledwie 200-250m powyżej namiotu. Może jutro...

02.01.2014 | 13:25

Nowy Rok przyniósł poprawę pogody - ruszamy trójkami na 5-7 dni. Zamierzamy poręczować i po cichu marzy się nam c3. Grupa Simone dotarła, ale jeszcze pauzuje.

31.12.2013 | 20:29

3-ci dzień słuchamy w Latabo wycia huraganu. Wczoraj do bazy dotarły świeże mięso i warzywa, a dziś ponoć przyjść mają Simone & Dawid.

28.12.2013 | 13:43

Chłopcy raportują z bazy, że d...wa potrwa dłużej - zabezpieczam namiot, depo i chciał nie chciał -na Sylwestra w dół.

28.12.2013 | 13:42

Prognoza sobie, a góra na to... Zawiało, walnęło śniegiem i zamiast poręczować do c2 odkopuję namiot i dumam, jak długo to potrwa, czy jutro nie spadać na dół.

26.12.2013 | 22:16

Praca wre. Dziś 5-ka schodzi do bazy na rest, a ja jutro podziałam na szpicy. Pierwsza od 3 dni noc, którą przespałem w... śpiworze:) Jest moc, oby tylko jutro pogoda...

26.12.2013 | 21:58

Pogoda nas nie rozpieszcza, ale dajemy radę i osiągnięty dziś najwyższy punkt (5500m) to będzie już 2km pionu "ponad bazę"... ale do  szczytu zostaje jeszcze 2,5km :(

25.12.2013 | 00:28

Pracowity początek zimy: wczoraj postawiliśmy c1, a dziś "towarowe przebiegi" w dół po rzeczy i z powrotem do góry. Wigilia? - puszka zamarzniętych szprotek i parę słów z bliskimi.

19.12.2013 | 22:04

Policyjna obstawa prowadza nas wszędzie, na szlak do c1, po wodę do źródełka i  niemal do wc:) Sympatyczni, weseli. Leczymy ich, ładujemy im komóry a wieczorami: karty i nauka urdu:)

17.12.2013 | 18:10

Dziś Łukasza urodziny. Onegdaj jego pierwsze, a teraz 6-te spędzam... na zimowej Nanga Parbat. Co po takim ojcu zapamięta syn?

15.12.2013 | 15:55

Przejście od Latabo zajęło mi  1h 45min. Tu, gdzie kończą się letnie pastwiska dla kóz (jakieś 4km drogi i 500m powyżej bazy) wynosimy sprzet i założymy depo - tzw "abc" bazę wysuniętą. Zejdzie na tym czas do rozpoczęcia właściwej zimy, bo na wyniesienie "czeka" około 400kg lin, gazu, sprzętu i jedzenia. Dziś "na rozgrzewkę" tacham tylko 21kg klimy jeszcze niet :-)

13.12.2013 | 23:41

Baza stoi! Po parogodzinnym treku osiągnęliśmy Latabo - parenaście domostw zasiedlanych zimą przez garstke pasterzy, które na dobre "ożywają" od maja do pazdziernika. Zajmujemy jeden z domów/ziemianek (wzamian po wyprawie pozostawimy tu naszą "elektrykę"). Mamy więc: kominek(kopci), światlo, muzykę, i obstawę policjantów (?). Co rusz któryś ściga mnie o leki; "na tapecie": gardło, brzuch i reumatyczne bóle.

01.12.2013 | 03:15

05.12

Czekając na permit odwiedzamy polską ambasadę. Na koniec ciepłej, rzeczowej rozmowy składamy sobie "już na zaś" świąteczne życzenia. Od 2 dni oprócz zakupów nastał czas "robótek elektrycznych". W burzy mózgów powstały 2 modele/pomysły grzałek do butów, które po kolejnej wizycie w elektrycznym sklepie co rusz "ulepszamy". Efekty: sterta zużytych kabli, przełączników, lutowanych końcówek, śrubek,  taśmy izolacyjnej, spalona bateria, podziurawione botki do La Sportiv, itp. oraz cztery zgrabne systemy okablowania, które w niespełna 40 sekund (!) parzą wręcz stopy. Będzie dobrze:)

02.12

Płyniemy na wyspy. Spakowane na dachu bagaże - cały dobytek wyprawy - mimo kolejnych warstw nakładanej przez nas folii, nadal mokną. Wznosząc toast "za nasze kochane" ruszamy w drogę.

+++

Polonusi goszczą/karmią nas po polsku, znaczy po królewsku i pomagają przy przepaku na lotnisko. "Nasi na wyspach" to kolejni, których w głowie "dopisuje" do długiej listy 748 fundatorów tej wyprawy. Agnieszko, Rafale, Alanie, Mariuszu, Natalko i Adamie - DZIĘKI!

25.06.2013 | 03:14

20.07.2013 Nanga P. Odetchnąłem,  bo chłopcy pokonawszy trawers, zeszli dziś aż do c3 na 6800m i przy jutrzejszej jeszcze w miarę znośnej pogodzie powinni dotrzeć do bazy. Niestety nie ma informacji o Irańskim zespole na Broad Peak.

19.07.2013 Nanga P. O 17:00 lokalnego czasu, trójka Rumunów po około 13-14 godz wspinaczki dotarła na szczyt (czwarty Teo "ma jeszcze godzinę"). Planują zejście do biwaku na 7500m i donoszą o bezwietrznej, księżycowej nocy. 3-mając kciuki za bezpieczny powrót, z niepokojem patrzę na prognozę: mają jeszcze około doby podobnej do dzisiejszego dnia pogody, na to by przejść trawers do przełęczy Mazeno i zejść najniżej jak tylko się da. OBY!

18.07.2013 Nanga P. Niestety rumuński zespół postanowił dziś odpoczywać, czyli trzeci nocleg powyżej 7 tys., w perspektywie czwarty w zejściu i powrót w psującej się pogodzie.  Dobrą info. jest fakt przeniesienia "nieco wyżej" namiotu  - podają, że stoi on obecnie na 7500m oraz dołączenie drugiej dwójki Teo i Mariusa. Cała czwórka ma ruszać do szczytu dzisiejszej nocy.

17.07.2013 Nanga Parbat Szturm! 3-mam kciuki za Rumuńską grupę na ścianie Rupal. Nie tylko dlatego że, jako jedyni mogą walczyć z Nangą (a nie z... ludzką agresją), i nie tylko, że nadal myślę o tej drodze zimą, ale przede wszystkim dlatego, że poznałem ich leadera. W 2010r. pomógł mi na K2 w c2, gdy sprowadziłem tam chorą Irankę Lailę. Dlatego 3-mam mocno kciuki i z lekka się niepokoję. Peleton pięciu wspinaczy rozciągnął się, zwłaszcza na tym chole...m trawersie i w okolicy kopuły szczytowej obozuje już tylko dwójka: leader Zsolst i Aurel. Zapowiada się dwudniowe okno z w miarę słabym wiatrem, ale niepokoją mnie info., że chłopcy rozważają pomysł, by jeden dzień przeczekać i iść do szczytu dopiero pojutrze. Oby nie, bo to już drugi ich nocleg powyżej 7 tys. a w zejściu z racji trawersu też czeka ich jeszcze co najmniej jeden. Oby jutro pogoda, siły i rozsądek... bo na drodze Schella problem leży w zejściu.

25.06.2013 | 03:14

Jesteśmy już w Islamabadzie. Na Lotnisku rozmawiam z Nazirem Sabirem - jemu zawdzięczamy szybką reakcje garnizonu w Gilgit, a wieczorem z Aszrafem Amanem. Pakistan jaki poznałem w tej dekadzie  (do 2006 roku spędziłem tu bodaj 16 miesięcy mego życia) zmienia się na naszych oczach... i żaden z nas nie jest w stanie przewidzieć, w którą stronę pójdą te zmiany.

24.06.2013 | 14:16

Ostatni schodzą do bazy już po zmroku. Pomimo nerwowej atmosfery pakowania, wyczekiwania, pamiętamy o zabitych kolegach. Oprócz pilnującego nas oddziału wojska, wystawiamy swoje "warty" i w miejscu kaźni, co rusz ktoś z nas, przystaje, modli się...

Rankiem marsz do lądowiska i po 1 godz. połowa z nas jest już w Gilgit. Miasto to zawsze robiło na mnie wrażenie bardzo otwartego, ale nie jestem w stanie dziś cieszyć się tym klimatem. W jednostce wojskowej czekamy, aż śmiglo zwiezie resztę grupy.

24.06.2013 | 03:33

Nazajutrz istny exodus: jedni poprawiają platformy, inni dochodzą i donoszą nowe namioty. Ostatni  Słowacy i nepalska komercyjna grupa Dawy, stawiają namiot już po zmroku. Tuż po 21:00, akurat Israfil (Azer z sąsiedniego namiotu) modli się, wychodzę trochę pofilmować. Mój namiot stojący na samym ostrzu grani, daje szanse obserwowania samej bazy. Tam już niewiele świateł.

Następnego dnia tuż po 6:00 rano budzą mnie głośna rozmowa,wręcz krzyki u sąsiadujących ze mną Nepalczyków. Jak mantra powraca refren: "taliban". Jeden z nich woła do niższych namiotów: "to nie żart, czy kawał. W bazie miał miejsce atak talibów. Zginęli ludzie". Wylegamy, i próbujemy przez obiektywy, lornetki dostrzec pogrążoną jeszcze w cieniu bazę. Na pierwszy rzut oka - nic tam się nie stało. Namioty, messa, kuchnie stoją jak stały, ale... brak jakiegokolwiek ruchu, nie ma ludzi, którzy o tej porze powinni już się tam krzątać. Cały czas wywołujemy to bazę, to inne obozy. Ich milczenie ma złowrogi sens. Zaczynamy głośno liczyć: kto dziś powinien być w c1, kto w "przejściowym" a kto... w bazie. Jeszcze nie chcemy wierzyć w hiobowe wieści, ale nad bazę przylatują wojskowe helikoptery. Jedne krążą nad lodowcem, inne lądują nieopodal naszej messy. Przez tel. satelitarny via Nepal przychodzi dyspozycja: "Koniec wyprawy. Wojsko zamyka dolinę/górę. Zabierać ile się da i jak najprędzej schodzić do bazy. Będzie ewakuacja",a w bazie...koledzy zabici.... 11 ciał.

Teraz jednak trzeba zejść (pogoda zaczyna być wietrzna i chmurna). Bezpiecznie i ostrożnie; bez paniki. Ale jak... Przywykłem już, że w górach walczę z pogodą, sprzętem, własnymi ograniczeniami, ale JAK WALCZYĆ ZE ŚLEPĄ PRZEMOCĄ?

22.06.2013 | 18:51

W końcu C2! Dochodzę z biwakowym sprzętem koło południa, zaraz za poręczującą dziś dwójką. Bariera niczego sobie, sporo starych lin i "żelastwa" (karabinki i stalowe liny pamiętające czasy pierwszego przejścia). Sporo też kruchej skały. Dziś dociera nas tu garstka, ale już jutro ściągną pewnie tłumy, a tym czasem tu miejsca na namioty jak na lekarstwo. Na mój muszę się nieźle napocić, 3 bite godziny kucia w lodzie. Istne Orle Gniazdo. Długo nie mogę zasnąć, bo tuż "nade mną" przybyli jako ostatni Azerowie, próbują już po zmroku wykopać platformę.

20.06.2013 | 23:49

Śnieżyca odpuściła, ale jest lawiniasto, zwłaszcza w c1. Dlatego prosto z bazy mykam na 5300m (w 3,5 godz) i tam ryję nową platformę. Ma się tu dziś zaludnić. A jutro inshallah c2 (?)

18.06.2013 | 21:10

Zeszlim. W bazie spadło tej nocy pół metra śniegu! Odkopujemy się, a góra nieprzerwanie grzmi lawinami (zwłaszcza ściana Mazeno). Tym czasem podchodzą kolejne wyprawy: Ukraińcy i forpoczta Nepalczyków.

16.06.2013 | 14:27

Wczoraj przenieśliśmy c1 o 500m wyżej i teraz "siedzimy tu" w 7 osób. Z wieczora sypnęło, w nocy poprawiło i... zakopało nas niemal po czubki namiotów. Kuluar powyżej co chwilę "pluje" lawinami. Ponieważ plany były ambitne - "do c2", to teraz dumamy: przeczekać - ale jak długo; czy raczej szybki/ryzykowny wycof do bazy?

15.06.2013 | 00:44

Pada, śnieży, wieje. Ale prognoza mówi, że lada chwila koniec tej zawieruchy. Koło południa rozpilim z Rosjanami 15-letnią whisky, a kole 17.oo ruszam do góry. Dostałem takiego kopa, że po 1.50 godz. jestem w c1. Trzeźwieję :-)

12.06.2013 | 14:03

I po prognozie, i po kościach czuję, że nadciągają deszczowe dni. Skoro świt zbiegam do bazy: piorę, naprawiam sprzęt (buty budzą ogólne zdziwienie), okopuje namiot, a wieczorem zaczytuję się Jagielskim ("Modlitwa o deszcz"). REST!

10.06.2013 | 22:21

Dobry dzień: wyruszywszy po 6 rano do c1 doczłapałem w 2godz.(idąc jako pierwszy patentowałem szczeliny i próbowałem przypomnieć sobie topografię sprzed paru zim). Kolejne dwie zajęło kopanie platformy i postawienie namiotu. Pogoda ok, więc idę na "razwiedkę". 500m powyżej cieszę się pogodą i samotnością.

08.06.2013 | 17:36

Stawiamy bazę. Pogoda na dojściowym trekingu wyborna - wręcz jak na wakacjach, więc od 2 dni pilnie przyglądam się Nandze. Nawisy na grani Mazeno budzą respekt: duże, skrzą się w słońcu.

05.06.2013 | 11:25

Czas żegnać Karakorum. Grupa zwiedza jeszcze Skardu, a ja nocnym busem gnam ku Nanga Parbat. Świt zastaje mnie pod flanka RAKHIOT. Widok "przeglądającej się" w wodach Indusu Nangi - bezcenny!!!

29.05.2013 | 20:58

Od Urdokas śniegi po pas, ale jako pierwsi w tym sezonie dotarliśmy! Baza pod Broad Peak. Patrząc na górę nie sposób nie myśleć o Tomku i Macku R.I.P.

28.05.2013 | 22:38

Latem 2013 jesteśmy na Baltoro pierwsi, to znaczy niby treking nr.4, ale pozostałe 3 grupy zawróciły jeszcze przed Concordia,  - najwytrwalsza dotarła zaledwie do Urdokas. Nie jesteś tacy mali - samych tragarzy 25. Dają w kość przeprawy w wodzie po pas - wynik niespodziewanej ulewy, ale dzielnie maszerujemy.

22.05.2013 | 17:27

SKARDU - Liczę, który to już raz tu jestem, i... Tym bardziej bolą zmiany: coraz mniej tu BALTI, coraz więcej "made in china".

27.04.2013 | 22:59

15 maja Everest Zaledwie 2 tyg.temu, trzymając kciuki za Denisa i Saszę, z Kala Patar patrzyłem na tę "mohutną ścianę" i jeszcze brzmią mi słowa rozmowy z Denisem sprzed dwóch dni, że po miesiącach treningu, i blisko 40 dniach ekspedycji; po tylu nad wyraz dokładnych aklimatyzacyjnych wyjściach nareszcie "ruszają na szturm"- 15 maja. I dziś taka wieść - A.Bolotov zginął na poręczówkach niespełna 300m powyżej bazy. Pewien człowiek-legenda mawiał, że "z górą nigdy nie wygrasz, lecz co najwyżej możesz zremisiwać"... Tym razem jednak... nie ma remisu.

Co można powiedzieć przyjacielowi, który jutro rusza znosić ciało partnera? Денис держись! Я молюсь за Сашу и тебя. Słysząc w odpowiedzi: "tолько вашей поддержкой и держусь" - zaczynam rozumieć, o co w "tej nierównej walce z górami" tak na prawdę chodzi.

 

27.04 Po dniu spędzonym na raftingu, obserwując zachód słońca w Chituan, łapiemy chwilę zadumy. Jutro safari i czas myśleć o drodze powrotnej do... domu.

25.04.2013 | 13:47

Lukla. Schodząc z gór, mijamy tłumy -zaczyna się najludniejszy pod Everestem sezon. Nas czeka lot do Katmandu i południowy Nepal!

23.04.2013 | 14:06

Już przeszło dobę obozujemy w H.Camp pod Lobuche, a śnieżyca ciągle wzmaga. Góry to nie automat do coca-coli, więc może następnym razem. Czas ruszać w doliny, do Katmandu, na rafting i do Chituan.

19.04.2013 | 22:58

Świt na Kala Patar! Ścigaliśmy się z chmurami (start grubo przed 4 rano), ale widok wart tego. Jeśli pogoda, psująca się z każdą chwilą:-(, da szanse - pojutrze posmakujemy wspinaczki na LOBUCHE E. Wczoraj sms-owałem z Denisem Urubko, więc trzymając mocno kciuki - posyłam szczery uśmiech w kierunku bazy pod Everestem.

17.04.2013 | 17:29

Odpoczywamy w Periche. Pogoda wietrzna i z deszczem, dlatego do Lukli lecieliśmy śmigłem - WIDOKI! Pojutrze Kala Patar!

18.08.2012 | 00:11

12/04/2013 Katmandu Choć ciało jest już tu, to głowa jeszcze w samolocie. Oglądnąłem Les Miserebles i nie mogę jeszcze ochłonąć. Ja "nie mówić angielski" ja: "only british suahili", wiec pomysł, by oglądać bez pol. transkrypcji wyglądał na karkołomny, ale... oglądnąłem i nie mogę się pozbierać. Nie trzeba "spiking ang." sztuka ma to do siebie ze broni się sama. Jak z "Evitą", "Skrzypkiem na dachu" czy z "Jesus Christ Superstar". Teraz noszę w głowie i obraz i muzykę i to "COŚ" i pewnie posiedzi na tyle długo, ze poniosę to aż pod Everest. 

12/03/2013  08:10 Pochować Chłopców

Jeśli ktoś zapyta, czy to rozsądne - bo w każdą wspinaczkę na wysoką górę wpisane jest ryzyko, a tu dodatkowo katorżniczy wręcz wysiłek, nawet w wypadku użycia aparatów tlenowych - nie odważę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Rozumiem argumenty serca za "tak" i rozumiem argumentu rozumu na "nie".  "Transport w strefie śmierci" pytanie czy to w ogóle wykonalne?.

Zdarzało mi się parokrotne sprowadzać poszkodowanych, nawet z tak trudnych gór jak K2 , Chan Tengri, czy Pik Lenina, ale tu zawsze była mowa o pomocy, współpracy. 

Dwa razy uczestniczyłem, mniej lub więcej, "w znoszeniu". W 2001r na zachodnim wierzchołku Piku Pobiedy Rosjanin boleśnie się połamał, w tym poważnie złamanie nogi. Akcja była spontaniczna: jego dwaj partnerzy, 2-ka Czechów, ja i bodaj jeszcze dwóch innych Rosjan. Do tego zero noszy, bez tlenu  a siły "ratowników" bardzo nadwątlone parodniową walką na grani, bo tak jak ja przeczekiwali załamanie pogody. Transport 2 km w dół zajął nam 2 dni, podczas których, mimo załamania pogody, śnieżycy i wiatru,  dosłownie pot nam zalewał oczy. Paradoksalnie najłatwiejsze były pionowe uskoki, najtrudniejszy zaś  "śnieg po pas" na zboczu. Że się udało, że nie strąciliśmy lawiny, że poszkodowany przeżył - to więcej zasługa opatrzności, niż naszej wściekłej chęci wyrwania go górom.

Drugim razem była to wyprawa profesjonalnie przygotowana. Tak się składa, że w 2007r. "szczytowałem" na Broad Peak-u dokładnie w dniu, gdy austriacko-nepalska ekipa ściągała z grani ciało kierownika wyprawy, który zginął tam rok wcześniej. Trzonem grupy było paru Austriaków i bodaj 6 Nepalskich HAP-sów, wszyscy wyposażeni w tlen. Chciał nie chciał, musiałem się w to incydentalnie włączyć, bo kolumna po prostu utknęła i zablokowała przejście tuż poniżej Rocky Summit. Chcąc pójść do szczytu, nie mogłem sobie pozwolić na "bierne poczekanie" bo i tak byłem "spóźniony" (przez problemy ze sprzętem wyruszyłem na atak o 3 godz później niż powinienem) trzeba było im pomóc przeciągnąć przez fragment skalnej grani. Mimo naszej sporej liczby i ich tlenu - mordęga. Cały transport ciała do Bazy zajął Austriakom bodaj 4 dni. Stąd też pomysł Jacka Berbreki, by Maćka i Tomka znaleźć i pochować tam (zapewne w którejś ze szczelin) jest tyleż romantyczny co i praktyczny. Z Austriakiem było o tyle trudno, że ciało znajdowało się tuz za Rocky Summit (w kierunku głównego szczytu). Grań jest formacją najgorszą do transportu (gdy po paru godzinach wracałem ze szczytu, ratownicy uszli zaledwie, czy raczej "aż" odcinek do przełęczy). Natomiast to w czym upatruję największy problem tej wyprawy "po naszych" - to samo odnalezienie ciał. Miejsce spoczynku Markusa było dokładnie znane i wstępnie zabezpieczone przed zwianiem jeszcze rok wcześniej. W wypadku Polaków, choć  poszukiwania można rozpocząć w okolicy przełęczy, a nie na grani, natomiast nie do końca jestem pewny czy da się odnaleźć nawet Tomka, co do którego umiejscowienia kierownictwo "zna je na 99,9%". Owszem, byłoby tak, gdyby Tomek został w jakiś sposób przywiązany (lub przeczekując noc sam się przywiązał). Natomiast jeśli nie, to wywiane śnieżno-lodowe siodło przełęczy i przewaga wiatrów "w kierunku Chin" może to udaremnić. Czy mimo poważnych obaw, że chłopcy mogą być nie do odnalezienia warto robić wyprawę? Myślę że w każdej wyprawie "by pochować", tak naprawdę w dużej mierze chodzi o nasz, tych co przeżyli, spokój.

8/03/2013  godz.00:10

Oczekiwanie jest kształtem nadziei. Wybaczcie, moja - już tak wątła, ze czas się żegnać.

Maćku, ukłony od cepra. Takie w pas, takie do ziemi. "Na piwo wspólnie nie chodzilim", ale ilekroć mijaliśmy się czy to na Elbrusie, "Aconce", w Nepalu, zawsze wiedziałem i widziałem, że patrzę na to, co w Zakopcu najlepsze.

Tomku, gadalim, planowalim, ale jak widać zabrakło czasu. Do zobaczenia na grani Piku Pobiedy.

Маша,  будь спокойная - не буду мешать; ты уже на прогулке по небесам. Я просто хочу сказать твоему отцу,  что не только он вспоминает, не только он считает дни от зимного Эльбруса. [04.03.2012 06:30 Elbrus już 2 dobę trwają poszukiwania zaginionej na Elbrusie trójki Ukraińców. Masza Hitrikova(...)]

7/03/2013 01:00 quo vadis czy raczej vide cui fide

Liczby same w sobie nie kłamią. Nie można im zarzucić tendencyjności, chyba że tym, którzy je podają. Gdy się wspinam, zwłaszcza sam, a podstępne poczucie "jakoś to będzie" próbuję uśpi czujność, "liczba" (np.kroków do następnego wyrównania oddechu, metrów pokonywanych w godzinę, godzin do zachodu słońca), każe mi bądź to zawrócić, bądź iść dalej. Czy to znaczy, że jestem za stary i nie umiem już marzyć? Owszem marzę, ale zawsze, zwłaszcza wtedy gdy wspinam się sam, "liczba" bywa "ostatnią linią ochrony, polisą", by marzenia mnie nie zabiły. 

Zatem w tym chaosie wszelakiej maści newsów i nonsensów (że Piotrek Morawski zginął na Manaslu, ilustracja miejsca zaginięcia, linii drogi i obozów... na zdjęciu Gasherbruma II) ja spróbuję oprzeć się na liczbie i wezmę ją od tych, których chyba nie można posądzić o tendencyjność. Z oficjalnego komunikatu kierownictwa: "Adam Bielecki osiągnął obóz IV na 7400 m ok. 21.00 5 marca. Artur Małek osiągnął obóz IV ok. 2.00 6 marca"

Policzmy: Szczyt o 17.30, w c4 o 21:00, czas: 3,5 godz. Gratulacje! na pewno rekord zejścia (mi leszczowi zajęło to 6, ba, latem) i na pewno końskie zdrowie, bo żaden słabeusz tak rączo nie zbiega. A gdzie partner (i nie mam akurat na myśli zespołu nocującego na grani) tylko tego idącego razem? Partner w c c4 o... 2.00 dnia następnego (5 godziny później). Nic nie rozumiem. To k...a była walka o życie, wiadomo: "strefa śmierci", piździ jak w kieleckim, miota po gębie śniegiem, a do tego nic nie widać. Ale gdzie, jak - bezwietrzna/bezchmurna pogoda, z perspektywą, że potrwa jeszcze półtorej doby, do tego duże doświadczenie z poprzednimi ośmiotysięcznikami i dobry plan.

No to może to jakiś nowy sposób zespołowego zdobywania góry? Wtedy trzeba by pogratulować umiejętności swobodnego łączenia stylów wspinania, i to takich, które na pierwszy rzut oka są jak ogień i woda. Do szczytu po słowiańsku: "za ojczyznę bracia, razem!"; a ze szczytu po west'owemu: "każdy tupie, jak bozia daje".

Chyba już na mnie czas. Na jakąś górską rencinę pójdę, albo od razu do piachu. Bo choć niestety coraz częściej widuję w górach TAKIE rzeczy, to za cholerę nie jestem w stanie tego przyjąć "za swoje". "я ни хрена не понимаю!"

13:30 Jak długo?

Z Każdym medialnym nevsem mam coraz wiekszy mętlik w głowie. Tu TVN mówi że Hayyat dotarł do 7700, tu Polsat o 7600m. Nie umniejsza to broń Boże ogromu jego pracy, ale jeśli rzeczywiście gdzieś tam na łączach powstało przekłamanie i HAPs w swoim rekonesansie dotarł dziś znacznie niżej, niż owa feralna szczelina (7820m), to paradoksalnie, przedłużałoby to nasze nadzieje. Wzrasta bowiem prawdopodobieństwo, że mimo dobrej woli mógł nie zauważyć schodzących (którzy np. akurat obchodzili szczeliny w pobliżu skalnej ściany kuluaru). Ale to wszystko gdybanie. Faktem natomiast jest, że niezależnie od nadciągającego w nocy pogorszenia pogody, nikt zimą w Karakorum nie przeżył 2 tak wysokich biwaków "pod chmurką". "Recydywista" Kukuczka (myślę o Dhaulagiri zimą 1985r), po pierwszej takiej nocy, gdy nie doszedł do kolejnego namiotu i drugi raz z rzędu spał "w śniegu", robił to już znacznie niżej. 

6/03/2013 10:45 Na ratunek!

Dopiero co podano bardzo niepokojącą wiadomość: wspierający Polaków wysokościowy HAP's dotarł bezpośrednio z c2 do 7800 (czyżby owa feralna szczelina z pierwszego ataku?) i nikogo nie dostrzegł. Aby tak szybko pokonać taki szmat drogi, musiał ruszać mniej więcej w porze ostatniej łączności z Berbeką (a może i wcześniej) i nieźle zap...ać. Czy możliwe, że się gdzieś minął ze schodzącymi? Teoretycznie tak, ale przy tak dobrej pogodzie jaka jest tam dzisiaj (doskonała widoczność) byłoby to raczej mało prawdopodobne i niezmiernie pechowe. Dywagacje: co teraz ma robić dwójka, która wczoraj zeszła na nocleg do c4" są już (w Pakistanie przed 15: 00) jak musztarda po obiedzie. Decyzja "razem czy osobno" - to już historia, a czasu się nie wróci. O tej porze, wczorajsi zwycięscy mogą już tylko schodzić, bo pogoda nie poczeka. 

6/03/2013 07:30 Na ratunek!

W Pakistanie dochodzi południe. Na razie brak info. w którym dokładnie miejscu  jest dwójka Polaków, którzy dzisiejszą noc spędzili "pod chmurką" na 7900m. Jedno jest pewne: już wieczorem wiatr zacznie się wzmagać. Jutro około przedpołudnia będzie to "mocne ducie", a nocą z 8/9 marca powyżej 7500m osiągnie siłę jeatstream'u. Mimo całej nasze technologii, to PRZYRODA dyktuje warunki tej nierównej walki - w tym deathline. My możemy co najwyżej próbować ją zrozumieć i dostosować się do jej rytmu. Mamy sprzęt, mamy satelitarną łączność i super-precyzyjne prognozy - wszystko to made in XXI w., ale przede wszystkim mamy siebie nawzajem. I dopóki mamy siebie nawzajem, dopóty jesteśmy silni, dopóty jesteśmy Wyprawą.

22:10 biwak pod chmurką?

Gdy po południu przyszła wieść o sukcesie, ostatnią myślą mego poprzedniego posta było: "oby schodzili bezpiecznie i... RAZEM". Czytam właśnie na "fanpejdżu" wyprawy: "Małek i Bielecki są w obozie IV na wysokości 7400 m.  Kowalski i Berbeka biwakują na przełęczy 7900m". Czytam raz, drugi, trzeci i jak to mawiają, ci od których uczyłem się chodzenia po górach: "я ни хрена не понимаю!"

15:00 SZCZYT!

Pomiędzy 17:30 a 18:00 (czas Pakist.) cała czwórka dotarła do szczytu! Grań pokazała jaką jest: nie półtorej i nie trzy, ale w zimowych warunkach przeszło pięć godz. marszu i wspinaczki. Z gratulacjami poczekamy, bo jak widać chłopcy wybrali opcję hardcoru: nocne złażenie. Niemniej cel warty jest takich "spacerów", a pogoda sprzyja. Oby tylko do przełęczy, poniżej której będą osłonięci od wiatru. Jeśli się uwiną a zmęczenie nie powali, jest szansa że w c4 zameldują się już (licząc, że już od godziny schodzą) za 3-4 godziny, ale to wariant ultra optymistyczny. Oby schodzili bezpiecznie i... razem.

11:20 Grań jaką jest - każdy widzi.

W 3 miejscach mogą się spodziewać starych lin poręczowych: samo wejście na grań (pewnie oblodzone jak cholera) i pierwsza "ścianka problemowa"; dalej stok poniżej pierwszej turni (tej niesłusznie nazywanej "rocki summitem"); oraz właściwy "Rocky Summit". Tu dygresja n/t gdzie jest ów "Rocky...". Zazwyczaj ci, którym udał się wejść na przełęcz, fotografują pierwszą kumulację grani utożsamiając ją automatycznie z tym słynnym przedwierzchołkiem Broad Peaku. Takie patrzenie na grań, to bardzo duży skrót. Przypomina mi się tu opowieść św.p Morawskiego. Piotrek, pokazując robione ze szczytu w kierunku przełęczy zdjęcie, mawiał: "gdzieś na tej postrzępionej grani jest "Rocky Summit", ale konia z rzędem temu, kto wie który to dokładnie". Grań szczytowa Brod P. przypomina tutaj trochę grań Piku Pobiedy. Wszyscy wiedzą że są długie, ale dopiero idąc nimi odkrywają, że aż TAK długie. Książkowe i internetowe opisy wymieniają ten czy ów garb (na P.Pobiedy - "wierbliuda"; na Broad P.""rocky summit" itp), ale jest ich o wiele więcej niżby to wynikało z zajawek w necie. Pamiętam swój zawód, gdy wdrapawszy się na górującą nad przełęczą skalno-lodową turnię, odkryłem że do właściwego Rocky Summit jest jeszcze drugie tyle drogi, a dopiero potem "trzecie tyle do szczytu".

W Pakistanie minęła 15:20. W/g eksperckich prognoz (i tych optymistycznych, i tych "mniej huraa"), albo w tej właśnie chwili zaczynają schodzić, albo realnie muszą się liczyć z "nocnymi harcami". Na te ostatnie co prawda pozwalałaby i pogoda, i przyklady z historii (Kukuczka bodaj w 2 swoich zimowych szturmach zaliczał nocne zejściowe biwaki "pod chmurką"), ale to ostateczność, o której na razie nie warto myśleć.

Jest jeszcze trzecia możliwość (i oby to ona była tą właściwą) - schodzą, bo już stanęli na szczycie, tylko "nie trybi na łaczach". :o)

08:27 Atak trwa!

Właśnie w tej chwili Wielicki w TVN24 podał, że lada chwila powinni odezwać się z przełęczy. Jeśli przyjąć ten scenariusz kierownika, to wydaje się, że szczelina ich zbytnio nie spowolniła, ale przesuwało by to moment "szczytowania"  na 15:oo-16:oo (czasu w Pakistanie). Pogoda nadal dobra, nie mniej zejście będzie ściganiem się z zapadającymi ciemnościami i w c4 należałoby się ich spodziewać najwcześniej o 19:oo-20:oo.

5/03/2013 06:30 Atak trwa!

Jeśli przyjąć za dobrą monetę, tak jak przed chwilą podał przebywający w bazie Wielicki, że szturmowa grupa jest około 7800 (w rejonie szczeliny?), oraz że idą mniej więcej podobnym tempem jak w poprzednich próbach ataku - to szacuję, że plan wyjścia "o północy" udało się zrealizować "pół na pół". Mi wychodzi start koło 3-4 rano.  Ale zastrzegam: o ile tempa można być raczej pewnym (pogoda porównywalna jak poprzednio; aklimatyzacja pewnie lepsza), to uwaga kierownika o położeniu może być opatrzona dużym błędem i wynikać nie tyle z konkretnej info. co raczej z jego szacunków. Nawet przy dobrej widoczności i lunecie, powyżej c3 pewne odcinki podejścia pod przełęcz z bazy są niewidoczne, a ostatnim miejsce, gdzie można by było dostrzec idących, to fragment grani tuż nad przełęczą (trzeba wtedy pokonać skalną ściankę po Pakistańskiej stronie) potem do szczytu i z powrotem - "widzą się" tylko radia. Raczej na pewno łączność z bazą nie jest "on-line", a znając realia zimy (baterie w radiu i CZAS, jaki za każdym razem trzeba poświęcić na wyciąganie itp) to jeśli zameldują się choć ze dwa razy "przed szczytem" to i tak byliby nad wyraz rozmowni:). W tym wypadku: "brak wiadomości po drodze do szczytu, to dobra wiadomość" - bo znaczy, że ani pogoda, ani szczelina ani zawiłości drogi nie wymagają konsultacji z Wielickim, który jako jedyny z Polaków przebył tę drogę w całości, łącznie z odcinkiem  pomiędzy Rocky Summit a właściwym szczytem. Trzymając kciuki czekamy na alert już ze szczytu.

4/03/2013 13:15 Atak 5-go!

Polacy, przy ładnej pogodzie, osiągnęli własnie c4. Taktyka na jutro prosta: "frontalny atak całej czwórki na zasadzie: kto ma siły, ten napiera". O ile nie przenieśli namiotów (z czasu dojścia wnioskuję, że raczej nie), to atak nastąpi z 7200m, przy czym, jeśli temperatura na to pozwoli, jest pomysł by wyjść już o północy i "szczytować" koło południa. Z tego miejsca "letni standard" to właśnie 10-12 godzin. Pogodę oceniają na dobrą, ale zawsze pozostaje problemem kwestia czasu jaki zajmie im feralna szczelina oraz przejście samej grani szczytowej (zwłaszcza paru z lekka technicznych jej miejsc).

4/03/2013 06:30 Kości zostały rzucone!

W Pakistanie jest już wczesne przedpołudnie (10:30 AM) i jeśli wierzyć prognozie - to wiatr, który towarzyszył atakującej piątce cała noc, lada moment "przesili się" i sukcesywnie zacznie słabnąć. Prawdopodobnie w tej własnie chwili zapadają brzemienne dla szturmu i jak mniemam całej wyprawy (bo wieść niesie, że następnego już by nie było) decyzje.

- Czy obrać najprostszą taktykę: dziś c4 (niestety jak to już pisałem "ciut za niskie") i jutro frontalny atak na zasadzie "kto ma siły, ten napiera".

- Czy zaryzykować dzielenie się na zespoły, podział pracy przy "podnoszeniu" c4 i zabezpieczaniu szczeliny i albo jak poprzednio - atakować kolejnymi dwójkami, albo gremialnie, ale dopiero nocą  z 5 na 6.

Co prawda wydaje się że chłopcy, jako filozofię tego wyjścia, ustalili wcześniej "że 5-go idą razem", ale miało to miejsce przy gorszych obrazie okna (dziś prognoza wieści: że "cisza" ma objąć również niemalże cały 6-ty marca przy zdecydowanie lepszym dla szturmy kierunku podmuchów). Ponadto: zwykle ustalenie sobie, a życie sobie. Inaczej człowiek widzi sytuację siedząc przy herbacie w messie, a inaczej "już w boju". Nam pozostaje 3-mać kciuki za to, by wiatr dziś rzeczywiście osłabł i czekać na info. jaką ostatecznie przyjmą taktykę szturmu.

3/03/2013 13:00 Ogary poszły w las! Broad P

Wygrałbym "nocny zakład"! Przed chwilą szturmowa ekipa dotarła do c2. Jak na razie idą całą piątką: 4 Polaków i najświerzyszy(?) z HAP-sów Karim. Okno wróży 2 dni względnej "ciszy", zatem pozostaje otwartą kwestia, czy będzie jeden wspólny szturm, czy też znowu podzielą się na 2 zespoły. Jeśli oba namioty (jeden w c3 i drugi w c4,) przetrwały zawieruchę, a jutrzejsze popołudniowe wiatry nie przeszkodzą zbytnio w dotarciu do c4 jest szansa na wspólny atak już 5-go. Sądzę, że korzystając z pomocy Karima, niosą też coś na wypadek sytuacji, gdyby zwiało któryś z namiotów.

2/03/2013 23:00 Jak nie teraz, to kiedy? Broad P. 

Co prawda fanpejdż jeszcze o tym milczy a i "okno 5-6 marca" bardzo dynamicznie "to się kurczy, to powiększa", ale byłbym w stanie się założyć, że gdy piszę te słowa (w Pakistanie 3 nad ranem) ekipa lada moment ruszy. Bo jeśli nawet siła wiatru nie będzie aż tak mała (w zimowe 20-25km/h i to na wysokości K2 wręcz nie chce się wierzyć) a "cisza" aż tak długa - to i tak pogoda zapowiada się lepiej niż w poprzednich szturmach. Poloneza czas zaczynać! 

Nanga P. Poszukiwania francuskiego solisty już przeszło tydzień temu zostały praktycznie przerwane/zakończone. Pakistańska agencja aranżująca jego wyprawę poinformowała, że nie odnalazła żadnego śladu i przy panującej tam pogodzie nie sposób ich nadal kontynuować.

18/02/2013 13:00

Nanga P. Tymczasem nieciekawie wygląda sprawa milczącego od blisko 2 tygodni francuskiego solisty walczącego z flanką Rupal. Pisząc parę dni temu o przedłużającym się braku newsa miałem nadzieję, że to tylko "kwestia padłych w telefonie baterii". Niestety wygląda to coraz poważniej. Obsługująca wyprawę pakistańska agencja wezwała HAP-sów, którzy wczoraj zaczęli wspinaczkę drogą Francuza. Poszukiwania jak na razie nie przyniosły rezultatu.

18/02/2013 10:30 Broad P. Jak na razie 2:0 dla Góry. Nie pierwszy raz zima w Karakorum pokazała, że prognozy sobie, a ona sobie. Szturmowa dwójka Polaków zawróciła z powodu wiatru jeszcze przed feralną szczeliną. Obecnie wszyscy są w drodze do bazy i czas szykować się na kolejne załamanie. Czy zatem stracono te rozpogodzenie? Na pewno nie. Per saldo wyprawa posunęła się do przodu: 

- jest już szóstka (4 Polacy i dwaj Pakistańscy HAP-sy) doskonale zaaklimatyzowanych wspinaczy

- dokonano rekonesansu drogi niemal do siodła przełęczy i rozeznano, co jeszcze w następnym wyjściu należy zaporęczować/obejść (szczelina)

- wyprawa postawiła obóz szturmowy (choć szkoda że nie "ciut" wyżej) i zapewne ma (?) w nim liny wyniesione  przez Amina i Shaheena niezbędne do zabezpieczenia szczeliny.

Zatem teraz pozostaje czekać i 3-mać kciuki za kolejne "okno".

18/02/2013 07:30  Napierają! Atakująca dziś dwójka przed 3 godzinami była już 350m powyżej obozu szturmowego, a teraz właśnie powinna dochodzić do szczeliny (w Pakistanie 11:30). Trzymam kciuki, aby ta, nie zatrzymała ich za długo. Od tego zależy, nie tylko czy "biało-czerwona" powieje już dziś nad szczytem, ale i czy chłopcy zdołają wrócić do namiotu "o ludzkiej porze" (jeszcze za dnia). Pogoda sprzyja, choć nie jest to aż taka "flauta" jak wczoraj.

18/02/2013 00:30  A może jednak NOCNY szturm?

Czy 17-go były szanse na sukces? W końcu 7820m to niby raptem tylko "230m do szczytu", a szli przyzwoicie szybkim tempem. Niestety akurat w wypadku grani Broad P, proste, sumaryczne rachuby zawodzą. Jeśli byli dokładnie tam, gdzie znajdował się kursor Spota - musieliby robić własny wariant dojścia do grani, niby krótszy od "klasycznego", ale o wiele trudniejszy. Jeśli natomiast przyjąć, że wysokość 7820m była właściwa, a to "przesunięcie odczytu na ścianę na prawo" złożyć na karb błędu pomiaru, to latem od tej charakterystycznej szczeliny (jest ona tam co najmniej od dekady - jak nie dłużej), przy względnie dobrej pogodzie, a taką mieli, do szczytu jest jeszcze bite 4 godziny i wynika to przede wszystkim z ukształtowania dość krętej i miejscami wąskiej grani. 7820m osiągnięto około 14.20 (czasu pakistańskiego); jeśli dodać do tego jeszcze 4, to "szczytowanie" wychodziłoby  około/po 19:00, a to grubo za późno, bo wtedy zejście byłoby już w ciemnościach. Stąd decyzja, że będąc w tym miejscu i o tej godzinie - trzeba zawracać.

Jakie szanse na osiągniecie szczytu już dziś (18-go), ma drugi atakujący zespół? Myślę że duże, ale zależy to bezpośrednio, choć w rożnym stopniu, od 3 czynników:

- gdzie tak naprawdę stoi szturmowy obóz? Fanpejdż podaje 7400m (byłoby  nieźle!), natomiast ja boję się, że trzeba przyjąć najwyżej 7150-7200m. Nomem omem pisząc wczoraj o rekonesansie Pakistańczyków "wszystko w nogach HAP-sów?" postawiłem "?", teraz zaś wiadomo, że dokładnie tam nocuje druga szturmowa dwójka :)

- dalej: ile czasu zajmie szturmującym obejście/ubezpieczenie tej szczeliny (i pewnie też dość stromego odcinka pod samym siodłem przełęczy)

- i wreszcie to, co moim zdaniem może odegrać decydującą rolę: O KTÓREJ RUSZĄ,  bo doba niestety nie jest "z gumy". Okazuje się, że w tym 2/3 dniowym pogodowym oknie, ma to być najcichsza noc. Zero wiatru, a - jak wnioskuję po tempie podejścia pierwszej dwójki - do przejścia dobry firn. Do tego już około drugiej w nocy księżyc powinien być "po ich stronie grani". Czyż nie o taki właśnie warunki modliliśmy się? Warto by było, by przy feralnej szczelinie być znacznie wcześniej niż poprzednicy.

17/02/2013 11:30 Atak z c3, czy wysoki c4?

Podczas gdy pogoda zdecydowanie się poprawiła (ucichł wiatr i ustał opad; jest szansa że "okno" potrwa o dobę lub dwie dłużej niż to pierwotnie wieszczono), a oficjalny "fanpejdż" przypomina wejście na Everest sprzed 33 lat, mamy nowe wskazanie znaczącego postępy wspinaczki "Spotu" i to z bardzo nietypowego miejsca. Wskazuje wys.około 7850m i w dodatku "odzywa się" nie ze żlebu, którym wiedzie klasyczna droga, lecz dużo bardziej na prawo, z małej półki na skalno-śnieznym zboczu niejako u podnóża "Rocky Simmit". Jeśli to nie jest błąd elektroniki, to rodzi się pytanie dlaczego własnie tam? "Ciut" za wysoko na c4, więc może wczoraj wywróżyłem dzisiejszy... atak? Zdecydowanie nie na klasycznej drodze, więc może nowy wariant w kopule szczytowej? A może po prostu klasyczną drogą się nie dało, bo szczeliny?

Ot i zagadka, zaledwie wpisałem tego newsa, a "Spot" nadał ponownie - tym razem podąża w dół i jest na wys. około 7200m. Duchy czy jak?

Wyjaśnia się: to był atak, ale na 7820m zatrzymała go szczelina. Efekt: mimo doskonałej pogody nie tylko nie zdobyto szczytu, ale nie ułatwiono tego jutrzejszej kolejnej dwójce: bo nie zaporęczowano szczeliny/trudnych miejsc i nie ustawiono, tak jak głosił pierwotny plan, szturmowego c4. Nasuwa się pytanie czy aby na pewno oni grają W JEDNEJ DRUŻYNIE?. 

16/02/2013 16:30 Wszystko "w nogach" HAP-sów?

 Okazuje się, że niezależnie od milczenia oficjalnego "fanpejdża" i "Spota", atak się rozkręca. Oba obozy: c2 i c3 - tak jak planowano zostały osiągnięte. Powyżej 6 tys.m pospieszył 'kto żyw" (4 Polaków i trójka pakistańskich HAP-sów) za wyjątkiem jedynie kierownika no i kucharza. Dodatkowo miał dziś miejsce powyżej c3 rekonesans Amina i Shaheena. Jeśli - jak przypuszczam - pakistańscy tragarze wynieśli namiot, sprzęt, liny, czyli wszystko co potrzebne dla założenia c4, to od tego dokąd zdołaliby to donieść, zależy jak szybko i sprawnie będzie jutro(?) założony c4, a co za tym idzie i sam atak. Ale o tym "fanpejdż" na razie milczy. 

Czy byłaby szansa ataku bezpośrednio z c3? Pytanie wcale nie jest takie szalone. Zarówno 2 zimy temu Denis Urubko, Simone i Corry na G2, jak i poprzedniej zimy Polacy na G1 dokładnie taką przyjęli taktykę: szybki atak z pominięciem c4. Latem jest to standardem od przeszło dekady. W 2007r szedłem takim sposobem: z c3 do szczytu godzin 12, a przy lepszych warunkach śnieżnych da się to spokojnie zrobić i w 10. Ktoś powie, że pomiędzy zimą a latem zionie przepaść. Niekoniecznie i nie wszędzie. Latem, największa zmorą są zwały śniegu ciągnącego się od c3, aż do przełęczy. Zimą, pewnie miejscami będzie trochę lodu, ale jeśli napotkaliby taki jak przed rokiem na G1 firn, to tępo mogłoby być porównywalne z letnim. Problemem niestety jest sama, często niedoceniana przez wspinaczy grań, i ów nieszczęsny "rocky summit", ale o tym w swoim czasie.

16/02/2013 11:30 Broad P

Jednak falstart? W Pakistanie jest późne popołudnie, a na oficjalnej stronie wyprawy nadal cisza o postępach. Bardzo dynamicznie zmieniająca się prognoza (niestety, "ciut" gorsza niż pierwotna), a przede wszystkim "Tomkowy Spot", który dziś nadal wskazuje bazę (planowano c2), stawiają duży "?" nad atakiem już 18-tego. Ale zawsze jest szansa, by to okno, tak jak wczoraj pisałem, wykorzystać na przetarcie drogi powyżej c3 i ewentualne założenie c4.

15/02/2013 11:30 Broad P

Atak czy falstart? Już od paru dni obserwuję pogodowe okno, które szykuje się na "17-18". Przypuszczałem, że chłopcy będą chcieli je wykorzystać, ale sądziłem że raczej na sprawdzenie: jak po załamaniu mają się liny, obozy, i ewentualne powalczenie o c4. Tymczasem w komunikacie, który własnie przed chwilą ukazał się na oficjalnej stronie wyprawy wyraźnie mowa jest, iż 18-go dwójka Polaków ma zaatakować szczyt. I jak wynika dalej z "zajawki", pod ten atak nastąpiły przetasowania (!?!) w dotychczas działających zespołach. Teoretycznie jest taka szansa: wymagałoby to już dzisiejszego podejścia co najmniej do c2 (a po drodze dziś i jutro spory wiatr, do tego zadymka i lekki opad),  ale z obecnym "niższym" c3 (6850m) i bez c4, będzie to niezwykle trudne, zwłaszcza, że nie raz, nie dwa: "zimowe rozpogodzenia w Karrakorum "w realu" trwają zwykle krócej, niż wieszczące je prognozy".  Jak to mawiał mistrz zen: zobaczymy:)

Nanga P Pustoszeją bazy, bo i Węgro-amerykanie, i działająca na Żebrze Mummerego koedukacyjna wyprawa Nardiego ogłosiły "go to home". Wcześniej ogłosili to także działający tam Polacy (z moich obliczeń powinni w tej chwili wylatywać już z Islamabadu). Jeszcze tylko barak informacji, co z Francuzem o "polsko brzmiącym nazwisku". Ów solista/snowboardzista milczy już blisko 10 dni choć wcześniej jego blog epatował /sprzętowo/gastryczno/miłosnymi elaboratami o przerażającej wręcz objętości. Mam nadzieję, że to tylko kwestia co najwyżej "padłych w telefonie baterii".

8/02/2013 16:30 Powrót! Nanga Parbat Przed chwilą Tomek (ale ten z Nangi w odróżnieniu od tego z Brod P., Tomków tej zimy ci u nas dostatek:) osiągnął bazę. Tak jak przypuszczałem, już wczoraj zawrócił z wysokości około 7400m. Szacun! I nawet nie wiem czy bardziej z wyczyn, czy za rosądne postawienie granicy!

8/02/2013 Broad P Niezależnie od "zatorów komunikacyjnych" możemy obserwować "tomkowy Spot" który parę minut temu "odezwał się" znad plateau ("na moje oko" wysokość 6850-6900m). Jest już dość późno, więc pewnie - tak jak planowano - grupa/jej część/ spędzi tam tę noc. Pytanie co jutro? Przez następne 3-4 doby ma "dmuchać". Co prawda nie aż tak jak na Nandze, ale zdecydowanie silniej niż dzisiaj.

8/02/2013 10:00 Czekamy Od ponad doby nie ma nowych info. z Nangi. W domysłach: może telefon, baterie,  zmęczenie itp. jedno na pewno jest faktem: powyżej 7 tys.m. wiatr przybiera na sile z każdą godziną i począwszy od dzisiejszej nocy przez kolejne 2-3 doby przeżycie na tej wysokości, nawet w śnieżnej jamie, będzie graniczyło z cudem. Przebywający w bazie partner puentuje Tomkową sytuację: "Up or down? Rupal or Diamir?" W moim przekonaniu tylko "down" i tylko Rupal (drogą którą zna, na której w dolnych partiach może liczyć na osłonę przed wiatrem - Grań Mazeno i pomoc kumpla). Mam nadzieję, że wczorajsza deklaracja Tomka o "dzisiejszym schodzeniu" - była elementem przemyślanego planu. Zdaję sobie sprawę, że aczkolwiek go nie znamy, to rozstrzygnięcie, od którego zależy: "live or d..." pewnie już (wczoraj? w nocy?) zapadło. Tym bardziej nie ustaje w zaciskaniu kciuków o "siły w szybkim zejściu". 

7/02/2013 09:00 Nanga P Polski Finał? Nastała cisza, ale potrwa zaledwie dobę. Już jutro wiatr zacznie narastać, by pojutrze w okolicach szczytu osiągnąć siłę huraganu, który tym razem potrwa 2-2,5 doby. Tomek, między 2-5 lutego biwakujący samotnie w c3, wczoraj popołudniem nadał komunikat z 7147m, a dzisiejszym przedpołudniem informuje o ataku na szczyt. Szansa tego ataku i ZEJŚCIA żywym do bazy (a przynajmniej w okolicę obozu  c2) zależy przede wszystkim od czasu i tępa marszu.  Nie mam bladego pojęcia jak on się czuje (sam donosi że nietęgo), po "tych przedłużających się wywczasach na wys. 6 tys.m". Wczorajsze podejście zaledwie do 7147m (planowane do 7400m) może świadczyć o osłabieniu, ale niekoniecznie. Osiągnął wysokość Grani Mazeno i doszedł do nieosłoniętego przed wiatrem miejsca, gdzie "rył platformę pod namiot w 40 stopniowym stoku". Bardziej mnie niepokoi czas nadania dzisiejszego komunikatu. Informację,  "że spróbuje do szczytu nie posłał bladym świtem", co raczej tamtejszym wczesnym przedpołudniem. Boję się, że to zbyt późno na atak, a przy tej prognozie nie wyobrażam sobie, marszu do góry z całym sprzętem i jeszcze jednego biwaku. Jakkolwiek zdecyduje, rozstrzygnięcie musi zapaść w przeciągu paru godzin.

Broad P Wczoraj kole 19:00 zauważyłem, że "tomkowy Spot" nadaje z c1 a nie c2. Siła wiatru nie usprawiedliwiała, aż tak wolnego tępa i nie chciało mi się też wierzyć w "zaspanie" - bo chłopcy zdają sobie sprawę z ceny, jaką jest dzisiejsza cisza. Okazało się że przerabiają "powtórkę z rozrywki" tj z zimy sprzed 4lat. Owszem doszli do c2 i... nie znaleźli tam ani namiotu, ani sprzętu. Dlatego na noc musieli cofnąć się do c1. Dziś zamiast poręczować w kierunku c3, idą ponownie założyć c2, a jutro razem z posiłkami z bazy będą starali się nadrobić ten dzisiejszy dzień. W odróżnieniu od Nangi, tutaj wiatry nie osiągną siły huraganu, więc "plan nadganiania" wydaje się być realny, szkoda tylko tak rzadkiej zimą "ciszy".

6/02/2013 12:00 Nanga P  Maksyma: "iż zimowe rozpogodzenia "w realu" trwają krócej, niż wieszczące je prognozy" sprawdza się (niestety) bardziej niż wczorajsze prognozy. Okno potrwa już nie 4 a 3 dni, a "cisza" skurczyła się do jutrzejszej doby. Co do Broad P. - tu też po 3 dobach wiatr się nasili, ale i tym razem los zdaje się być łaskawszym, niż dla innych grup. Majce przyjść po 9 lutego wiatry, będą niemal o połowę słabsze niż te na Nandze. Na obu górach zespoły spróbują jak najlepiej wykorzystać tę parodiową poprawę. Ruszają, ale co do efektów, trzeba się uzbroić w cierpliwość. 

5/02/2013 12:00 Nanga P Dziś kumulacja huraganu. W okolicach szczytu siła wiatru przekracza 130km/h, ale już jutro ma przyjść blisko dwudniowa "cisza" w której wiatr ucichnie niemal do zera. Dodatkowo prognozy wieszczą, że po niej nastąpi jeszcze 1,5 dnia względnie znośnej pogody. Tomek na swoim blogu donosi, że już "od 2-go siedzi w trójce" w jamie. Jego partner, który 2-go dotarł do bazy wskazywał na niższy obóz: 6100m t.j. c2b) i tak jak przypuszczałem, wraz z nadejściem okna spróbuje samotnie zaatakować szczyt. 4 doby dobrej pogody, w tym 2 zupełnej "ciszy"  wydaje się doskonała szansą, ale już wielokrotnie widziałem, że zimowe rozpogodzenia "w realu" trwają krócej niż wieszczące je prognozy. Dodatkowo niepokoi mnie ilość dni jakie Tomek, jednym ciągiem od 21 stycznia, spędził w okolicy 6000m. Pytanie jak po takiej aklimatyzacji będzie funkcjonował organizm. Idąc sam, radykalnie zmniejsza margines na ewent. błędy, zmęczenie itp. Jak to mawiał mistrz zen: zobaczymy:)

2/02/2013 13:30 Nanga P.Jest już info, jak dokładnie wyglądały ostatnie dni w wykonaniu polskiej dwójki. Walka bez pardonu i tak jak przypuszczałem, seryjne... kopanie kolejnych jam:) W takiej jamie jest większa szansa na przeczekanie sztormu, gorzej że w pojedynkę, gdyż Marek zszedł już do bazy a po info, że zniósł c1 można wnioskować, że raczej... kończy (?) Tomek w jamie na 6100m chce przetrwać zawieruchę i...? Cóż, pozostaje czekać i wierzyć, że wiedzą co robią.

2/02/2013 09:00 Broad P. Wczorajszy komunikat mówił o "noclegu w c2 i zejściu całej czwórki do bazy", ale spot raportuje, iż rankiem, ktoś konsekwentnie prze do góry. Tuż przed 09:00 (w Pakistanie 13:00) "ślad wiódł" charakterystyczną grańką wyprowadzającą na plato. Jest jeszcze około doby względnie dobrej pogody, więc nie dziwi pomysł, by wykorzystać ten czas w 100%. Fakt, iż "spot odzywa się z przepaścistej strony grani"  składam na karb kalibracji (!), nie mniej należy uważać, bo jest to miejsce, w którym w 2008r prawdopodobnie spadł z nawisem partner D. Kopolda - V.Plulik.

Nanga P. Wszystkie grupy już przedwczoraj przygotowywały się na nadchodzące załamanie. Liczyłem, że działający od blisko tygodzia w górze Polacy, zejdą do bazy na zasłużony rest. Dlatego zakoczył mnie pomysł, że huragan będą przeczekiwać... na 6 tys. Zapewne liczą na ciszę jaka ma zapanować 7 lutego, ale czy ich namiot przetrwa... 5-go? No chyba, że starym zwyczajem wykopią snieżną jamę, ale i tak będzie to koszmarnie długie przeczekiwanie. Raz: sama wysokość i temperatura; dwa - zapasy jedzenia i gazu! Długi biwak w takich warunkach to droga przez mękę, więc czyżby - pomysł na... atak tuż po huraganie?

1/02/2013 08:00  Broad P. Wykorzystując moment przed pogorszeniem pogody Polacy przenieśli namiot c2 około 100m  wyżej. O ile można wierzyć dość prostemu modelowi (niestety bez wskazań wysokości) niespełna pół godz.temu niesiony przez Tomka "spot odezwał się" z pobliża charakterystycznej skały (index.php?id=539&pic=283 mniej więcej tam skąd w 2007r robiłem to zdjęcie). Latem namioty  rozrzucone tu są wzdłuż linii skalnego obrywu i zajmują sporo miejsca. W pobliżu (powyżej widocznej na zdjęciu) skalnej turni, platformy zdawały się mi największymi, a takiej szukali chłopcy. Pogoda jeszcze jutro (może pojutrze?) da szanse na poręczowanie. Zobaczymy, czy będą po temu siły.

Nanga P. Tak jak się spodziewałem, polska ekipa wykorzystała blisko tygodniową poprawę pogody na postawienie c3. Donoszą, że dotarli do tego samego miejsca, w którym przed pięcioma laty stał obóz wyprawy Wielickiego/Hajzera czyli do 6800m. Wczoraj meldowali się z c2, ale mam nadzieję, ze przed nadchodzącym załamaniem (potężny wiatr i co najmniej parodniowy opad) już dziś czmychną do bazy. Są też doniesienia od innych ekip z Nangi. Węgro-amerykańska grupa chce zejść na odpoczynek aż do Chilas. Niektórzy z nich przebąkują już o zakończeniu ekspedycji. "Koedukacyjny" zespół Włocha Nardiego (w 2007r miałem okazję mijać się z jego wyprawą na K2) również nie próżnował. Ich aklimatyzacja przebiegała w pięknej i groźnej (lawiny!) scenerii Żebra Mummerego, gdzie osiągnęli wysokość 6400m. Obecnie już w bazie czekają na nadchodzący huragan. 

31/01/2013 13:00 Nadal nie ma wieści spod Nanga Parbat, a pogoda szykuje niezłe jazdy. Najbliższe dni to niemal ciągły opad śniegu i bardzo silne wiatry.

Co do  Broad Peaku tu też nadchodzi pogorszenie, ale znacznie "lżejsze" niż to na Nandze i dopiero za 2 do 3 dni. W tej własnie chwili chłopcy (Tomek&Artur?) ponownie dotarli do c2, co może świadczyć o planach kontynuowania akcji.

30/01/2013 12:30  Broad P. Choć zdrowie niektórych "membersów" ciut szwankuje, to dzięki dzisiejszej pracy "HAP-sów" Amina i Shaheena Baig liny poręczowe i depozyt sprzętu dociągnięto do 6200m, czyli praktycznie jest już c2. W określeniu "HAP-sy" nie ma nic pejoratywnego. W nomenklaturze wyprawowej  zwykło się tak nazywać (od "high altitude porters") miejscowych tragarzy wynajętych do pracy powyżej bazy; w odróżnieniu od "porters" - tragarzy, którzy pomagają donieść sprzęt i zaopatrzenie "od końca cywilizacji pod górę". Ci drudzy: niosący ładunki do bazy (aczkolwiek gdzieniegdzie zaczyna wypierać ich "podwózka" śmigłowcem, karawana yaków itp) - ze względu na na ilość bagaży i przede wszystkim czas akcji na ośmiotysięczniku - są koniecznością i nawet superszybcy biegacze typu Denis Urubko też z ich pracy korzystają (no chyba że w grę wchodzi śmigło:). Ci pierwsi: HAP-sy" byli znakiem czasu w erze Tenzinga, Hilarego, a teraz są powszechni w tzw. wyprawach komercyjnych. W projektach mających ambicje sportowe, ostali się praktycznie tylko w wyprawach polskiego himalaizmu zimowego.

Mniej więcej od dekady grono paru Nepalskich Szerpów chce  być nie tyle "HAP-sem", co raczej równorzędnym "membersom" wspinaczem. Stąd m.innymi pomysły, aby nie "ósmy raz Everest, nasty Cho Oyu", ale np.: "nowa górą, nowa linia, może zima". Granice są jeszcze dość płynne, bo miedzy innymi pretendująca do roli wspinaczy grupa zwykle nie chce rezygnować... z przynależnej pracownikom zapłaty(!). Nie do końca jest w stanie uwierzyć, że my w te góry pchamy się za swoje, a nawet jeśli za sponsorowane - to materialnych profitów (ponoć) z tego nie ma.

Pamiętam moją dyskusję pod G1 Gerfriedem latem 2011, gdy planując zimową wspinaczkę wręcz obruszał się na nazwanie Nisara mianem "HAP-sa". Goschl wyraźnie podkreślał, że Pakistańczyk ma wystąpić w ich trio jak równorzędny wspinacz, a nie wykwalifikowany tragarz.

27/01/2013 22:00  Broad P. Za nami piękne "okno". Wielicki przed wyprawą mówił, iż modli się o 2 dni dobrej pogody.Tym razem dane im były aż 4 słoneczne, gdy w okolicy nawet samego szczytu miały miejsca (24 i 26-go) parunastogodzinne "cisze" z wiatrem nie przekraczającym 10km/h i temperaturą około -40C. To warunki jakie Denis, Simone i Cory podczas ataku na G2 zimą 2011 mieli przez dobę, a uczestnicy zeszłorocznego szturm na G1 przez zaledwie paręnaście godzin. Wymarzone "summit days". Więc choć wzorem zeszłorocznej wyprawy przyjęta jeszcze jesienią strategia umieszczała szturm na początku marca: "bo i cieplej, i dzień dłuższy", to taktyka, każe (słusznie!) nie przepuszczać takiej okazji. Na szybko dokooptowano jeszcze jednego pakistańskiego wysokościowego tragarza i po zaledwie jednym dniu odpoczynku przystąpiono do poręczowania drogi. Owocem tego jest założony dziś c1. Dodatkowo, mimo choroby leadera, grupa deklaruje, że do 5 lutego będzie chciała "pociągnąć aż do c3". Szansa jest, bo choć aż tak dobrej pogody jak przez ostatnie 4 dni na razie nie zobaczymy, a do tego dziś w nocy ma z lekka sypnąć, ale to tylko chwilowe i jak na razie, co zimą jest sporym ewenementem, silne wiatry im nie zagrażają. Jak to mawiał mistrz zen: zobaczymy:)

Nanga P. Jeszcze w poprzednim oknie Polacy zdołali postawić c2 5750m, a choć teraz pogoda  nie była aż tak wymarzona, jak w przypadku Broad P., to liczę że lada chwila dowiemy się, czy posunęli się do góry. Ciekawa była kwestia: "na jakiej drodze tak naprawdę się wspinają". Wychodzi na to, że to jednak ten sam szlak, jakim przed paroma zimami usiłowała zdobyć szczyt duża polska wyprawa (m.innymi Wielicki, Hajzer, ale i wielu innych). To ciekawe: jak rożny jest opis tej samej drogi, w porównywalnych warunkach pogodowych, przy tak nieporównywalnych pomysłach na wyprawę.

http://czapkins.blogspot.com/2013/01/witajcie_16.html

3/01/2013 15:00 Nad Nangą już 3 dni temu rozsiadł się słoneczny wyż, a wiatr "odpuścił". Tę parodniową poprawę węgro-amerykańce wykorzystali na założenie bazy. Działający "od Rupal" Polacy po noclegu na 4900m, ustawili swój c1 na 5100m, oraz pociągnęli prace aż do 5500m. Szacun i 3-mam kciuki!

Sylwester 2012 Nanga Parbat: wyprawa węgro-amerykańska dotarła już do Pakistanu. Odbył się briefing, a pełen optymizmu zespól planuje założenie bazy pod flanką Diamir już 2-go ewentualnie 3-go stycznia. Grupa Polaków atakująca Nangę od strony Rupal, która jest w Pakistanie już od połowy grudnia, założyła swoją bazę w Lattabo (szałasy pasterskie), a 27-go grudnia, zdołali wynieść depozyt do początku lodowca - około 4100m. Chłopców, planujących te pierwsze wyjście "bardziej ambitnie" zastopował opad, ale nie jest tak źle. Pogodzie w płn. Pakistanie przyglądam się uważnie od 2 miesięcy. W tym czasie, gdy idzie o Nangę: opady to średnio 7-15cm na dobę przez jakieś 2-3 dni, (jak na tę górę to naprawdę niewiele); potem po względnej ciszy (niestety zazwyczaj krótkotrwałej) następowało parę dni wichury z wiatrem w okolicach szczytu nawet sporo ponad 100km/h. Tych opadów sumarycznie w ostatnich 2 miesiącach nie było dużo, więc zagrożenie lawinowe w depresji lodowca i potem na polach śnieżnych powyżej c1 jak na razie nie jest "akceptowalne". Dodatkowo, owa depresja powinna dać wystarczającą osłonę przed wiatrem. Niestety tylko do wys. c1. Od samego początku, gdy Polacy ogłosili, że tą właśnie drogą chcą atakować, mój niepokój budziło nie tyle imponujące przewyższenie ("z bazy do szczytu" najwięcej w całej koronie ośmiotysięczników), co raczej rozwleczenie drogi (zwłaszcza powyżej obozu szturmowego!) i ekspozycja na wiatr! A życie nie tylko mnie nauczyło, że zimą "pogodowe okna na Nandze rzadko kiedy dobijają do 2 dób.

Broad P. O grupie polsko-pakistańskiej (czy też, jak chcą purytanie stylu: polskiej, z pakistańskimi wysokościowymi tragarzami) na razie cisza. Z moich kalkulacji wynika, że Sylwester powinien im wypaść w okolicy Skardu.

21/12/2012 17:00 No cóż, zdaje się że jeszcze nie czas na zmiany w "polskim zimowym" i na Broad Peaku będzie "po staremu" - czyli z wynajęciem (pakistańskich) wysokościowych tragarzy.

21/12/2012 06.30 Koniec świata (?) Za parę godzin na półkuli północnej zacznie się kalendarzowa zima. W kategorii "niezdobyte 8ooo+" kolejny raz prym wiedzie Nanga Parbat, którą pragną zaatakować 4 grupy: polska, węgiersko-amerykańska, włoska i tajemniczy Francuz o polsko-brzmiącym nazwisku. Jak sądzę, nadchodzące 2 tygodnie zweryfikują, ilu z tej liczby realnie odliczy się pod górą. Dwie pierwsze grupy już wcześniej informowały o swoich zamiarach, a ostatnie newsy wskazują, że składy nieco się uszczupliły (w obu przypadkach z deklarowanych w permicie 4, finalnie leci trójka).  Polacy od przeszło tygodnia są już w Pakistanie i o ile przebili się przez parodniowe opady śniegu, to wkrótce (wczoraj/dziś?) powinni zameldować się w bazie od strony Rupal. Węgrzy, mający działać od strony flanki Diamir, planują wylot w drugi dzień świąt.

Właśnie ogłoszono skład polskiej wyprawy na drugi atakowany tej zimy szczyt Broad Peak. Depozyty w bazie zostały złożone jeszcze latem i jesienią, a lecąc lada dzień wyprawa, zamierza dotrzeć tam w pierwszej połowie stycznia. Czy starym zwyczajem (Hajzer praktykował to w obu poprzednich zimowych wyprawach na B.Peak oraz na Gasherbrum I; a Wielicki (+Hajzer) na Nandze Parbat zimą 2007), Polacy planują wynająć miejscowych wysokościowych targarzy? Byliby jedyni, ale zakładam że "raczej nie". Aczkolwiek pytaniem otwartym jest, czy wpływ na to mają postulaty czystości stylu (wielokrotnie wyrażane między innymi przez S.Moro),  czy... wielkość budżetu? W świetle poprzednich deklaracji, zastanawia nieobecność J.Gałębia. Może to polityka: Idzie młode?

Ciekawą postacią w tej grupie jest M. Berbeka. O jego samotnym rajdzie (rekordzie sprzed ćwierćwiecza) pisałem już sporo. Warto nadmienić że żadna z ostatnich 4 prób (2 razy Moro; 2 razy Hajzer) nie "ugryzła" grani szczytowej, podczas gdy Maciek blisko 3 dekady temu samotnie przeszedł poważną jej cześć. Chapeaux bas! Wieść niesie, że grupy ciężko trenują: ten w naszych Tatrach, ów na bunkrach, tudzież "Zakrzu", a tamten... na Piz Berninie. 

16/10/2012 06.30 Wydawać by się mogło, że nas omijają nieszczęścia. Polacy uszli z hekatomby na Manaslu, i na Lhotse cierpliwie, mozolnie prą do szczytu. Niestety i my nie jesteśmy 'kulo-odporni". Dziś podczas próby ataku szczytowego, zginął towarzyszący polskiej wyprawie wysokosciowy tragarz Temba Sherpa.

07/10/2012 Straszna ta jesień w Himalajach. Gdy niespełna 2 tyg.temu z dwójką przyjaciół wspinaliśmy się na M.Blanc wiadomość o lawinie na Manaslu dopadła nas w Tete Rouse. Właśnie wróciłem z Grossglocknera, by dowiedzieć się, że na Annapurnie zaledwie 150m od c2 zeszła lodowa lawina przykrywając 2 członków rosyjskiej wyprawy. Iliasa Tuhvatulina znałem na długo przed tym jak wspólnie spędziliśmy zimę na K2 2002/2003r. W dekadzie lat '90 wielokrotnie spotykałem go czy to pod Leninem, czy Chan Tengri. Już wtedy był najwybitniejszym wspinającym się Uzbekiem, co między innymi zawdzięczał pierwszemu zimowemu pokonaniu słynnej ściany Ak-Su. Mimo to nie było w nim nic z gwiazdorstwa. Przez wiele lat stanowił jeden z filarów słynnej zbornej Viktora Kozłova (Lhotse Shar, Diretissima Północnej Everestu, Zachodnia K2, czy też ostatnia zima na K2). Zabraknie go w "zbornej" najbliższej zimy w Karakkorum, zabraknie go mi podczas włóczęg w Pamirze, Tien Shan.

18 sierpnia 2012 Skardu, stolica sziickiej północy Pakistanu wrze: wzniesione gniewne pieści; płonące opony. Dziś też kolejny zamach - w sunnickim Karaczi wybucha autobus. Kolejny raz widzę, że to nie góry niosą największe zagrożenia.

17.08.2012 | 14:10

Wczoraj nie załapałem się na autobus do stolicy i cierpko przyjąłem perspektywę kolejnych dwóch dni w Skardu. Między innymi z tego autobusu Talibowie wyciągnęli przeszło 20-stu pasazerów. Wyciągnęli i rostrzelali.Tym razem chodziło o Szyitów. Przpadek zdecydował, że nim nie jechałem wczoraj i nie ja zadecyduję, kiedy pojadę: policyjna blokada, droga zamknieta.

11.08.2012 | 23:54

Powiedzieć, że "pada" to eufemizm. Namokniety jestem jak gąbka i z trudem udaje mi się "ocalić od potopu" niesioną w plecaku elektronikę.  Żal mi mijanych po drodze trekkersów. Owszem, poczują klimaty Baltoro, ale nie zobaczą nic oprócz następnych paru metrów ścieżki, żadnego ze szczytów, dla których tu przyjechali.

08.08.2012 | 12:10

Właśnie doszła do nas wieść, że widać schodzących z c2 ludzi. Anonimowość w tak licznych jak tego lata grupach jest na tyle duża (zatrważające!), że dopiero teraz któryś z pakiśtańskich kucharzy donosi, że przez okres opadów oprócz Cleo-team  i jego members zaległ bodaj w c1. Ale schodzą, więc jest szansa, że tego lata góry nie ubiją nikogo więcej. Do szóstki Chińczyków, o śmierci których informował mnie Rysiu, doszła zaginiona podczas szturmu na B. Peak Czeszka, dobra koleżanka P.Hamora oraz Pakistański HAPs, który utonął w lodowcowej rzece pod tym samym szczytem. Nomen omen mniej więcej w tym samym miejscu i podobnych okolicznościach jak w '82 roku Polka [*] Biorę picie, ciastka i idę do bazy wysuniętej choć trochę pomóc schodzącym.

Góry w tym sezonie niezmiernie wysoko postawiły poprzeczkę! Przybywając na Baltoro rozmawiałem z operującą pod  G4 przeszło miesiąc przede mną    francuską wyprawą. Twierdzili, że i wiosna była taka sama. Wychodzi na to, iż w przeciagu ostatnich 100 dni "tych pogodnych" było zaledwie 8, a zaniżając kryteria może 10. Statystyka na miare zimy! Właśnie doszła wieść że jutro dotrą do nas ostatni tego lata tragarze i albo z nimi, albo... Ratuję resztki ocalałego sprzetu. Czas w doliny

06.08.2012 | 21:11

Już trzeci raz próbowałem przebić się do góry. Majac przerwę w potopie, ale czując odech  kolejnej nadciągając fali śnieżycy - "ruszyłem z kopyta, niemal truchtem". Pomimo świerzego śniegu, miejscami po kolana,  "biję rekord"(?) i do bazy wysuniętej dochodzę zaledwie w 1 godzinę. Ale co z tego. Właśnie sypnęło, tak że "z powrotem" wychodzi dwa razy dłużej,  bo nie znajduję własnych śladów. Ileż można bawić się z pogodą w ciuciubabkę. Zwłaszcza, że gdybym taką zabawę przypłacił chociażby zwichnięciem kostki, ta resztka pozostałych w bazie niedobitków ani nie miałaby sił mnie szukać, ani nie wiedziałaby "gdzie". Dodatkową atrakcją takich "falstertów" jest przechodzenie pod kuluarami (zwłaszcza początkowy na drodze Basków) pełnymi świerzych lawinisk.

06.08.2012 | 15:59

Potopu ciąg dalszy. Namioty "toną"; na zewnątrz uginają się od śniegu, w środku od wilgoci. Myśli z: "atak, szczyt" schodzą na RATOWANIE rozłożonego po obozach sprzętu. To że to koniec sezonu widać chociażby po bazie: paru niedobitków (nadal brak Cleo-team) i pozostawione przez komercyjne wyprawy śmieci. Ich ilość jest zatrważająca, nawet śnieg nie zdołał jeszcze sobie z nią poradzić:(

05.08.2012 | 16:45

Kolejna noc mija na... wypatrywaniu. Od przeszło 3 dób jestem spakowany. Budzę się co 2 godziny i odgarniając śnieg wypatruję gwiazd, czy chociażby śladu poprawy pogody. A zamieć niestety ma się dobrze. W bazie napadało już pod 30cm, i Bóg jeden wie ile tam w górze. Cleo i Irańczyk nadal się nie odmeldowali, co przy takiej pogodzie i fakcie, że mają radio tudzież thuray'e nie tylko dziwi, ale już niepokoi.

04.08.2012 | 21:47

To czwarta doba od szturmu, a coponiektórzy jego bochatertowie dopiero wczoraj ściągnęli do bazy. Cały też czas zachodzimy w głowę, gdzie jest Cleo i jej irański partner? Parę dni temu, po podłączeniu pod tlen, udało się ją nakłonić do zawrócenia, ale doszedłszy do c2 (chyba do c2, bo wieści od schodzacych są niejednoznaczne) osiadła/zaległa tam na dobre.

Już nazajutrz po szturmie pogoda znacznie się pogorszyła, ale ostatnie dwie doby to dopiero kataklizm. Góra upomina się o swoje: tej nocy "sypanie" zamieniło się w "WALENIE" śniegiem. Nie tylko moje plany na "up", ale i ci co śnili o "down" muszą kornie poddać się i czekać.

31.07.2012 | 22:54

Okopałem namiot i śpię na 7450m. Doniosłem tu sprzet do przeżycia i ataku-bedzie z 15 kg. Pogoda się zmienia, więc jutro w dół na rest i czekam na następne "okno". Peleton dziś szczytował. Zagrały: pogoda, siła nepalskiej osiemnastki Szerpów i  tlen. Zwłaszcza ten ostatni. Niektórzy z membersów szli na nim do góry już od c2, a i tak zostało tyle, że Nepalczycy również na nim schodzą; część wypuszczają, a i mnie namawiają do kupna "very special price for you!".  Boję się, bo peleton to nie team i już to widać. Część Szerpów, zadowolona z wykonanej pracy, pognała w dół, a  tym czasem gdzieś za nimi (tak na oko dzień lub dwa z tyłu) złażą membersi. Zwijający obozy bezceremonialnie wyrzucają na śnieg nie tylko śmieci po jedzeniu. Wszędzie walają się puste butle czy wręcz całe namioty.

Mamy mały problem z Amerykanką Cleo (zdaje się że ulubienicą Piotra Pustelnika :) Już w c2, słysząc jak kaszle, radziłem jej zawrócić. Głośno zarzeka się, że wspina się bez asysty Szerpów i tlenu. Jej plecak rzeczywiście jest mały, ale za to towarzyszący jej Irańczyk dźwiga za dwoje. Niedobrze to widzę. Wyruszyła do c3 przede mną, ale dopiero dziś spotykam ją jakieś 100 m poniżej obozu. Spała ponoć pod chmurką. A stan jest taki, że bez namysłu podłączamy pod tlen i hola w dół. Inna rzecz, że babsko nie chce za bardzo słuchać ani mnie, ani Dawy, ani nawet swego Irańskiego partnera/tragarza. Słania się, w napadach kaszlu wypluwa płuca - ale próbuje napierać do góry. Przypominam sobie moje pierepałki z Lailą sprzed dwóch lat, bo to podobne okoliczności i miejsce. Współczuję biednemu Mahdiemu.

29.07.2012 | 21:46

O 3:00 w nocy budzi mnie: CISZA!  Zero wiatru i śniegu, "pogoda, jak drut" ale na jak długo?

Rano startuje "peleton".  Do szturmu(?) rusza ponad 40 osób. Na czele przeszło dwudziestka wysokościowych tragarzy - przeważnie nepalscy Szerpowie, ale paru pakistańskich HAP-sów też idzie. Instyktownie boję się tego typu tłumów, zwłaszcza tu. W 2006r w takim peletonie na moich oczach Irlanczyk zaliczył na drodze do c1 kamieniem, a w 2010 powyżej dwojki, w Czarnej Piramidzie i mnie się dostało (nomem omen wtedy posłała mi kamienie wyprawa obecnego tu Dawy i Mingmy). Nie dalej jak parę dni temu miałem próbkę tego "kołchoźniego" wspinania, gdy do jednego starego kawałka liny poprzypinane są tłumy; gdy niecierpliwi wyprzedzają się na linach poszarpując nimi niemiłośiernie, i na kruchych odcinkach  nie patrzą, co i na kogo leci im spod nóg. Wolę wyjść jeden dzień później. Dam szanse peletonowi i ewentualnym... lawinom, bo cały czas zagadką jest, ile śniegu powyżej 7200m nagromadziło się przez te dni.

27.07.2012 | 00:43

Plany "szczytowania" jeszcze przed końcem lipca, opierały się na pomyśle, że Szerpowie najpóźniej do pojutrza zaporęczują aż za botelneck. Na to między innymi ścigali wszystkich przybyłych w tym roku pod K2 o kasę za liny i pracę.  A Ja zaś zachodzę w głowę ile  śniegu po tych ciągłych opadach zalega powyżej Czarnej Piramidy.

27.07.2012 | 00:40

W trzydniowym wypadzie udało się dotachać sprzęt zaledwie do 6100 m. Jeśli to była "dobra pogoda" (a tak zgodnie głosiły prognozy), to nie śmiem pytać: jak wygląda zła. Dziś nepalski peleton, przeszło piętnastu Szerpów, jak niepyszny zawrócił. Butne zapowiedzi "wyporęczowania z 7tys. aż do szczytu" zakończyły się w... c1.

Właśnie dostałem SMSa do Rysia Pawłowskiego. Pod koniec mojej działalności na Gasherbrumach przybył z grupą na G2. Informuje: że na G1 mniej więcej na tej samej co my wysokości, z tą różnicą że po północnej stronie, szóstka Chińczyków... zginęła w lawinie [*]

25.07.2012 | 23:41

Jestem drugą dobę w c1. Udało mi się dojść tu z "całym kramem" w niezgorszym czasie i to poprawiając po drodze "niedoróbki"  z poręczami. Dziwi mnie, że potężne komercyjne wyprawy, które dysponują w sumie bodaj 25-ma HAP'sami, a wcześniej Rosjanie, tak niechlujnie położyli na tym odcinku liny. Dziwi też, że chodząc po nich nie poprawiają, a wręcz przeciwnie: urządzają wyprzedzanie na "starych sznurach z odzysku".

Niestety, przy tej liczbie climbersów, w c1 nie ma już miejsca nawet na tak mały jak mój namiot. Inna rzecz, że nie wszystkie są "zaludnione" (zdaje się, że w paru 3 osobowych śpi po jednej os.!), ale nik, pomimo moich próśb, nie kwapi się przygarnąć mnie na tę jedną noc. Jakoś do ludziu nie dociera, że czym innym jest pasożytowanie na cudzym, a czym innym pomimo wyniesionego ładunku najzwyklejszy brak  miejsca. Jedyne co mi pozostaje to kucie w szczerym lodzie a i to w cieniu świerzego lawiniska. Po czterech godz. katorżniczej pracy mam półeczkę mniej więcej rozmiaru mojej karimaty. Gdy idzie o szerokość to raczej "mniej" niż "więcej", ale niestety dokułem się już do skały i lepiej (szerzej) nie będzie. We wzmagającym wietrze usiłuję rozbić na niej namiot.

Noc i pierwsza doba były fatalne. Wiatr w połączeniu z niemożnością porządnego naciągnięcia namiotu (rozmiar półeczki sprawia, że przeszło połowa podłogi wisi "w lucie") nie dawały szansy na sen, a silne szkwały zamieniły mój biwak dosłownie w więzienie. Jeśli tylko bym wyszedł, choćby po śnieg, nie miałbym gdzie wracać. Dziś wicher nieco zelżał, ale śnieżyca zgnała prawie wszystkich do bazy. Poczekam jeszcze do jutrzejszego ranka. Jak nie puści - spadam i ja.

23.07.2012 | 18:44

Jak co roku idę na Memoriał /kopiec Gylke'a/. Z tej perspektywy i baza i sama Góra wygladają inaczej. Nie sposób policzyć ile w przeciągu tych zaledwie paru lat przybyło tu nowych tabliczek. Tym smutniejsze, że większość... znałem. Zdjęcie Saszy Gubayeva, do niedawna samotne, teraz otacza wieniec tależy z wybitymi nazwiskami/datami.  

 W moim "syberyjskim kącie z 2006r" przybyła tej zimy również nowa: GORLIK RIP!

21.07.2012 | 15:34

W niespełna dwie doby od decyzji jestem w bazie pod K2 i... jeszcze nigdy nie widziałem jej w tak snieżnej szacie. Plan prosty: 2-3 dni restu i jeśli pogoda puści (na razie sypie równo co dnia) - w góre! Muszę wynieść cały sprzęt jak najwyżej, najlepiej do 7400-7650 insh-Alah!

19.07.2012 | 17:06

By G1 było "do ugryzienia" po ludzku, a nie "w chowanego z lawinami" trzeba: słońca, mrozu i wiatru. Jak dotychczas, brak każdego z nich. Z moich kalkulacji (poprzednie lata!) wynika, że jak nic musiałbym odczekać minimum ze dwa tygodnie i tego samego zdania jest Luis. Nie mam tyle czasu. Czas na K2!

18.07.2012 | 12:58

W trekkingu podeszła do  naszej bazy duża niemiecko-języczna grupa.  Zagadnięta przeze mnie: "Gruss Gott!" dwójka Szwajcarów, to Rodzice zaginionego tu zimą Cedrica. Magiczny czas rozmowy, milczenia, wzruszenia.

16.07.2012 | 22:15

Karl Gabl wieści "summit days", a tu tym czasem sypie śniegiem na tyle ostro, że już dwa razy trzeba było odkopywać namiot i wiatr rzędu 30-40km/h. Czyżby wpadka CZARODZIEJA z Insbruka? Nie jest to miejsce na przeczekiwanie, spadam z Ruskim do Bazy.

15.07.2012 | 14:25

Wchodząc do kuluaru miałem obiekcje (te same co przy pierwszej próbie sforsowania: lawiniska u wylotu), ale w końcu Luis też jest tu nie pierwszy raz, więc za jego radą  idziemy gęsiego środkiem kuluaru. Idziemy jak w dym za Kanadyjczykiem i prognoza K.Gabla: zmieniając się na prowadzeniu co parędziesiąt kroków szybko zdobywamy wysokość. Jeszcze nie ma słońca, a my jesteśmy już nieopodal pierwszych skał na 6450m i... Pamiętam jak w zwolnionym tępie: coś mnie pcha do tyłu; opieram się ze wszystkich sił, ale przegrywam. Bardziej lecę niż spadam. rejestruję ten lot bez cienia emocji, jak kogoś obcego, a całą uwagę skupiam na znalezieniu pewnego, dwuręcznego uchwytu na czekanie. Gdy to się udaje wbijam i... zatrzymuję się. Mimo braku tchu nie pozwalam sobie na "wylegiwanie". Podrywam się i rozglądam za kolegami. Jestem najwyżej, reszta poleciała do podstawy zbocza. Poniżej, jakieś 100-150m, widzę dwójke, jeszcze niżej pozostałych. Nie ruszają się i trudno ocenić co jest grane. Wytrząsam śnieg zza kombinezonu ("o kurcze, rozsiewam puch jak niezły kaczor"- jak przez mgłę pamiętam, że ktoś po mnie przeleciał: "raki, dziaby?"). Krzyczę żeby wstali i się odliczyli. Amerykanin i Ruski niemrawo, ale wstają. Niżej Kanadyjczyk też ok, ale Irańczyk nadal leży. Krzyczę: "up or down?!", a Luis stojąc nad Mahdim, machając przyzywa nas w dół.

Lawina była nieduża, ale i tak jestem pełen zdumienia, że skończyło się na porwanych kombinezonach i paru siniakach. Lecąc bezładnie, mogliśmy sami siebie ponadziewać na dziaby i raki. Schodzimy do c2 i liżemy rany. Może przeczekać "do jutra"?

12.07.2012 | 17:19

Z bazy do c2 w 7godz. i 30min przy tym wietrze i snieżycy, to całkiem niezły czas. Zwłaszcza, że mamy z Ruskim razem.. 94lata! Jutro ponoć ma tu podejść 3ka  z grupy Luisa.  Byłoby miło, gdyby ktoś pomógł w przedzieraniu się do c3. Bo w bazie tłoki, połowa ma w permicie G1 (między innymi duża grupa Hiszpanów z Feranem i Tolo na czele) a powyżej jedynki jak dotychczas na nas spada za....e

12.07.2012 | 00:05

Celebruję przygotowania: ostrzę raki i szyję buty. Obiecuję sobie, że ta 13 ekspedycja będzie ich ostatnią. Obserwujący mnie przy tym zajęciu Koreańczycy i "Koblersi" twierdzą, że kariera mego sprzętu już dawno powinna się zakończyć :) Prognozy są nienajlepsze, ale ruszamy - "razvedka bojom"!

08.07.2012 | 11:35

Rankiem, gdy partner usiłuje wygrzebać naszą "chatkę", ja na dwóch dziabach robię szybki zwiad "do góry", ale masy świerzegno sniegu, niepewna pogoda + spadające z bariery pyłówy rostrzygają o zejściu. Ponieważ pole jest najniebezpieczniejszym miejscem wszytkie nasze liny zostawiamy na nim (a i tak starcza na zaledwie połowę) i z duszą na ramienu, niezwiązani (asekuracja byłaby tu fikcją) złazimy. Z małym restem w c1 pomykamy do bazy.

08.07.2012 | 00:00

Pogoda w nocy zdecydowanie gorsza niż w prognozie, ale nie ma lekko - trzeba iść. Na przełęczy opuszczam utarty szlak (wszystkie wyprawy chodząc tzw. "japońskim kuluarem" walą środkiem, na wprost). Raz że jadąc tu miałem plan zobaczenia jak to wygląda "na lewo od kuluaru", a dwa: nie podobają mi się świerze lawiniska u podstawy kuluaru. Owszem, zapychamy się z Ruskim w zdecydowanie bardziej stromy niż w Kuluarze mikstowy teren, ale chroni nas on przed moim zdaniem największym niebezpieczeństwem - dużą lawiną. Za to niemal co chwilę mamy "prysznic" drobnych pyłówek. Coraz bardziej siada pogoda (spada widoczność i wzmaga się wiatr) więc na 6700m trzeba wrocić do kuluaru, ale do przejścia jest strome śnieżne pole, ze śniegiem po pas. Mój partner chce kopać jamę, ale wybijam mu to z głowy. To nie Pobieda, tu śniegu  w sumie jest za mało i jest za sypki. Do tego pod spodem skalne zbocze miejscami do 60%. Bliskość lawiny wprost jeży włosy na głowie, do tego coraz bardziej wzmagający wiatr. Za wszelką cene musimu dostać się do gornego ograniczenia pola, pod barierę skalną i tam "poszukać" czegoś na biwak. Na 6800-6850m mniej więcej parę metrów poniżej skał próbujemy wykopać platformę. Zbocze jest tu bodaj najb. strome, Śnieg sku...ko sypki a wiatr i pyłÓwki nas nie oszczędzają, nie mniej po godzinie mamy coś na kształt półki ("ciut" węższej niż karimata). Zdecydowanie najbardziej mrożącym krew w żyłach zajęciem jest ustawienie na niej namiotu (i tak 2/3 podłogi wisi w powietrzu), tak by nie odleciał. Wspinam się parę metrów wyżej i z łopaty oraz szabli (klnę, że wzięliśmy tylko jedną) robię prowizoryczne stanowisko, do którego przywiązujemy wszystko: zarówno naszą "chatkę-szmatkę", nasze plecaki jak i nas samych (zdecydowanie zarządzam siedzenie w uprzężach). W środku ścisk jak cholera: siedzimy, jeden na drugim z kolanami na uszach, zaduch i wilgoć taka, że strach wyciągać puchy i maszynka nie chce odpalić, co rusz śmigają nad nami pyłówki, ale "gniazdko" i tak wydaje się nam rajem, więc gotujemy, a ja decyduję się zdjąc na noc buty. Liczę, że rano damy jednak radę do c3, wszak to już tylko 200m, a prognoza daje szansę.

04.07.2012 | 18:09

"A do tanga trzeba dwojga" ..machnęliśmy baza-c2 w 8godzin i to przy niebagatelnym obciążeniu: bo oprócz rzeczy na szturmowy obóz dodatkowo tachamy liny na  oporęczowanie najtrudniejszych w kuluarze miejsc. Gdyby jeszcze pogoda chciała wspołpracować. Cały czas jest przeraźliwie ciepło i robimy ten drugi lodospad z duszą na ramieniu, bo co rusz się z niego sypie

04.07.2012 | 00:16

Co prawda mój najwyższy nocleg to zaledwie 6300m, ale na pracy powyżej bazy spedziłem już sporo dni dni. ERGO: w najbliższym wyjściu, o ile - w/g planu - uda się założyć szturmowy c3, pomyślę o szczycie.

02.07.2012 | 13:28

"Mentalność anglosasów" jest mi obca! Podczas gdy "odpoczywające w bazie >westy<" patrza jak na wariatów (czytaj: "odpoczywające po wysiłku związanym z chodzeniem naszym śladem do c1) ja i Ruski budujemy łaznię. Pięć godzin pracy, by "z logkim parom" zapomnieć na chwilę o gorach. ECH!

01.07.2012 | 12:26

Przybyło parę nowych ekip - w tym 2 tylko na G1. To "tylko" ma znaczenie, gdyż ekspedycje z permitem "G1+G2" zazwyczaj zaczynają pracę od tej drugiej - łatwiejszej, licząc po cichu, że przy G1 przyjdą na gotowe. Te dwie nowe grupy to team Luisa z Kanady (partner zaginionego tu zeszłej zimy Gerfrieda) i Węgrzy. Ponieważ przybyli dość późno, to na razie za bardzo mi nie pomogą, a tu nareszcie prognoza z lekką dawką mrozu. Na szczęście znalazł się Rosjanin, "sierota jak ja", który przypadł mi do gustu. Zapraszam go do współpracy. Korzystając z mego poprzedniego zwiadu, w przeciągu 2 dni: torujemy w kierunku przełeczy i na strzegącym ją lodospadzie dociągamy pracę do 6300m, tj 100m poniżej zwyczajowego c2. Tu po przełojeniu parunastometrowego seraka (jak dobrze, że zawsze dźwigam dwie dziaby!) i położeniu jakiś 100m poręczy stawiamy biwak. Ponieważ pogoda jest niewyraźna, a mój Rosjanin już czuje dość szybkie zdobywanie wysokości, nazajutrz spadamy do bazy. Poniżej c1 przechodzimy przez mega duże lawinisko z G5 i w paru miejscach trzeba nieźle skakać.

24.06.2012 | 21:13

Ponieważ jestem tu przez ostatnich parę lat rokrocznie, mam możność porównania i bez cienia przesady: droga do c1 w tym roku jest niezwykle niebezpieczna. Powtórzę, nie tylko trudna ale i niebezpieczna. Już na pierwszym spiętrzeniu lodowca zagrodziły nam drogę trzy szczeliny których nie sposób obejść; od G1 aż po G6. Trzeba brać byka za rogi: z duszą na ramieniu zjechać "do trzewi lodowca" i czym prędzej z drugiej strony "wracać do żywych". Oprócz tych fos, droga ma parę innych atrakcji: między innymi przewieszony serak wielkości dwupiętrowej kamienicy. Przed nim ostrzegałem nowoprzybyłych Węgrów. Dziś gdy pomykałem do bazy skonstatowałem, że dobra połowa seraka legła. Niestety, reszta nie wygląda za bardzo stabilnie. Ale to "pikuś" w porównaniu z "o-dziurzeniem" szlaku; widać pomimo przestróg wielu łaziło po lodowcu za dnia :(

Im to nie wadzi (choć powinno) bo łażą stadem, więc jak rozkminią mostki itp. to leząc na jednej linie jakoś się nawzajem powyciągają, ale takie sieroty jak ja, w pojedynkę będą mieli z każdym takim wyjściem coraz bardziej przechlapane:(

23.06.2012 | 20:12

Dobre wieści: mój balti-cook  śle informację, że znalazł należną nam  "yaczynę". Co prawda tylko część tego, co obiecane, ale to pierwsze mięso od Skardu! Ja zaś na 6000m stawiam c1 i robię zwiad w kierunku przełęczy między Gasherbrumami.

Śnieg był głęboki, a pogoda niewpewna - mimo tego coś tam urobiłem. To już moja 2-ga doba w c1. Jak na tę wysokość upał nocą zaledwie -8C. Zle to wroży w temacie lawin. Jestem teraz w c1 sam.  Mało przyjemne, bo jak raz śnieżyca, a w bazie czeka yaczyna! Umacniam namiot i spadam na rest i pieczyste!

19.06.2012 | 17:23

Nowoprzybyli "Koblersi" kłucą się z byłą firmą Gerfieda o miejsce pod bazę. Koreańczycy naiwnie liczą, że inni pomogą nam (mi i ich dwujce HAPsów) w poręczowaniu na lodospadzie, a ja... szukam, kto zajeb.... moją część yaczego mięsa.

17.06.2012 | 20:36

Niosę sprzęt na c1, ale raczej nie ma szans, bym założył go w tym pogodowym oknie.  Razem z koreańskimi HAPsami poręczujemy 300m b.czujnego icefallu. Styl: "a la Hushe", miejscami, przy wychodzeniu z przewieszonych szczelin, bieżemy najwyższego z naszej trójki i podsadzamy za d.. Wygląda co najmiej komicznie, ale jest skuteczne. Dobrze nam idzie, nadajemy na podobnych falach :)

16.06.2012 | 22:45

Piorę, szyję buty, wyglądam obiecanej dostawy mięsa i usiłuje przekonać Koreańczyków, że 7.oo rano to zdecydowanie za późno na TEN lodospad, ale ich angielski jest gorszy od mego - praktycznie żaden, więc "OK" które usłyszałem może być zarówno zgodą na moje argumenty, jak i... jedynym znanym anglosaskim zwrotem:(

Oby nie.

16.06.2012 | 15:36

Jestem "drugą wyprawą", tydzień przede mną przybyła dużą grupa Koreańczyków. Nie zdołali jeszcze dojść do c1. Tak po prawdzie, w ramach tej wyprawy dotychczas na lodowcu pracuje tylko 2-ka ich pakistańskich HAPów z Hushe. Narzekają na stan lodospadu. Wczoraj cook+ja stawialiśmy bazę: platformy, messę. Dziś wynoszę na 5500m depozyt. Lodospad pogruchotany gorzej niż przed rokiem. Będzie zabawa :-(

14.06.2012 | 21:14

Szósty dzień karawany: jeszcze nigdy o tej porze roku nie widziałem tu tyle śniegu, do tego pełne zachmurzenie i co rusz deszcz. Mimo to w zaplanowanym czasie stawiam B.Camp

04.06.2012 | 18:26

Wczoraj kolejny raz odrabiałem "lekcje geografii z samolotu": pod nogami Kaukaz, Hindukusz. Jestem już w Skardu, a za 6-7 dni insh-Alah będę zakladał bazę. Dzwonie do Denisa Urubko. Zyczy powodzenia i z zalem w glosie zegna "do nastepnego razu". Od blisko roku żyłem pomysłem na nowy projekt na G1. Zaraziłem nim Denisa (a w zasadzie zgadaliśmy się, że i on "v tom-ze napravleny"). Znalazłem sposoring na 4 osoby i...do roboty! Denis zadzwonił po zimowej Nandze. Ze wzgledu na problemy z wiza i zmianami jakie zachodzą w jego osobistej syt. (nie wolno mi pisać szczegułów, dość powiedzieć, że będziemy go cześciej widywać w Eropie) nie może jechac. Nie tylko ze mną - w temacie gór wysokich ma cały rok z głowy:-( Z Denisem widziałem się niespełna 2 tyg.temu, gdy wracałem z Alp. Zapraszał, by nie zapominał o nim w "tym jego zesłaniu" i zajeżdżał powspinać się, posnuć plany. "Izveni drug - nasze plany trzeba odlożyć do nastepnego sezonu"

Z wyprawy kazachsko-polskiej zrobiła się polska... a w zasadzie moja, bo straciłem też i polskiego partnera (dosłownie). Choć mineły już od tego blisko 2 miesiace, to trudno mi o tym pisać. Bo jak tu opowiedzieć, że kumpel, z którym jak to mawiają Rosjanie "nie raz nie dwa chodziłem pod kulami" (Pik Pobiedy, ale nie tylko) nawet nie zadzwonił, tylko przesyła zdawkowego maila, w ktorym jak byk stoi: "przekupiła mnie konkurencyjna wyprawa" (sic!)

H...j z kasą, włożoną praca itp. Najnormalniej w świecie wstyd mi przed sponsorami, bo gdy w grudniu proponowali, bym spisał z polskim uczestnikiem umowę, moja odp. brzmiała: "z przyjaciółmi nie będę zabezpieczał się papierem, wystarczy słowo" - ale pal sześć i ten wstyd. Prosto. Po ludzku boli strata kumpla. Wspomnienia wspinaczek sprzed lat zamiast cieszyć, stają kością w gardle. I nie mieści się w głowie jak można dać słowo, dogadywać szczegóły logistyki, drogę, sprzęt; parę razy na dzień mailować, a w międzyczasie "grać na dwa fronty". Coraz wyraźniej widzę, bo życie kopniakami wtłacza mi tę naukę do łba: owszem, ważne na jaką górę i w jakim stylu idziesz, ale ważniejszym jest, z kim się tam wybierasz. Są ludzie z którymi nie warto na K2, są tacy z którymi wszedzie - nawet na Babią Górę.

Zatem: z nadzieją na przyszłe projekty; na G1 jadę sam, a potem insh-Alah recydywa... posmakuję samotnoąci na Górze Gór!

25.04.2012 | 23:32

Ruszamy w dół i wieczorem lądujemy w Katmandu, Wszyscy zdrowi, opaleni, szczęśliwi. żegnamy sie z Nepalem, być może... do następnego razu. 

24.04.2012 | 17:41

Dzień restu. Wędrówka w takiej pogodzie daje się we znaki. Patrząc na "frykasy nepalskiej kuchni" - tęsknimy do... polskiej:-)

23.04.2012 | 23:13

Pogoda nadal kiepska. Idziemy ogladać lodospad: piękna karta polskiego wspinania pokolenia W.Kurtyki

22.04.2012 | 01:29

Sprzyjająca nam dotychczas pogoda zaczęła się psuć. Schodzimy w strugach deszczu. Jutro Namcze Bazar - ciepły posiłek i prysznic! Pozdrawiamy

20.04.2012 | 22:20

Akcja górska szczęśliwie zakończna. Rozpoczynamy 4 dniowy powrót do Lukli. Dziękujemy za wsparcie i pozdrawiamy

19.04.2012 | 23:25

Po ciężkim podejściu na 5000m nabieramy sił przed jutrzejszym atakiem. Trzymajcie kciuki!

18.04.2012 | 23:53

Aklimatyzacja: trek do symbolicznego grobu Kukuczki pod ścianą Lhotse, a wieczorem uczta: pyszne steki z yaka. Jutro ruszamy do Lobuche na 5000m

17.04.2012 | 22:52

Periche 4250m; Pogoda i dobre samopoczucie nas nie opuszczają. Jutro w planach dzień na aklimatyzacje; tj.: marsz do Memoriału Kukuczki pod scianę Lhotse

16.04.2012 | 21:36

Dzień marszu z perspektywą widoków na Ama Dablam, Lhotse, Everest. Zmęczenie koimy posiłkiem w cieniu klasztoru TENGBOCHE. Własnie trwa puja.

15.04.2012 | 14:20

Namche Bazar, stolica Szerpów wita nas słońcem. Koimy zmęczenie włoskim (niestety tylko z nazwy) cappuccino i wiedeńską (już bliżej) strudlą.

Zdrowie i chumor dopisują. Pozdrawiamy PEREŁCIĘ z okazji 24 rocznicy ślubu!

09.04.2012 | 00:10

Katmandu! Wczoraj mialem powtorke z geografii moich wloczeg: bajeczny widok na Elbrus, potem ukryty w chmurach Hindkusz, a na koniec nieco Pakistanu. Zachachylismy o Karakorum i ogladalem rozswetlone noca Lahore. Wizyte w Nepalu zaczynamy od... swietowania jutro bedziemy wspolnie czcic Nowy 2069 Rok.

10.08.2011 | 06:26

15.03.2012 13:00    الله أكبر Zwiad z powietrza nie odnalazł śladów zaginionych. Podjęto decyzję o zakończeniu poszukiwań. Trójka Polaków cierpiących na odmrożenia leci już do Skardu. Pozostali lada dzień opuszczą bazę. Und ob ich schon wanderte im finstern Tal [Ps.23]

15.03.2012 08:00 Długo zwlekałem, liczyłem bowiem na szczegóły, bo trudno mi odnieść się do informacji o wczorajszym wyjściu w kierunku c2 po stronie północnej. Podczas gdy źródła polskie podawały "dzisiejsze wyjście do dwójki (6450m na "drodze północnej") nie przyniosło rezultatów - nie znaleziono żadnych śladów", to źródła austriackie mówią o zawróceniu z 6200m. Niestety w obu przypadkach są to relacje administratorów stron. Pomimo, że mają miejsca kontakty z mediami zarówno grupy Polaków jak i Baska, nie mogę odnaleźć wypowiedzi wprost mówiącej dokąd dokładnie dotarła dwójka Pakistańczyków. Broń Boże nie jest moim zamiarem kwestionować intencje pakistańskich ratowników. Podkreślę jeszcze raz: dotarli do c1, gdzie nie udało się dzień wcześniej dotrzeć zachodnim alpinistom. Ale to, do którego dokładnie miejsca doszli, może odpowiedzieć na to: czy w ogóle mogli dostrzec zarówno c2 jak i schodzących. Na przestrzeni tylko ostatnich 4 lat obóz c2 widziałem za każdym razem w innym punkcie ogromnego platau. Nie z każdego miejsca wznoszący się nad nim kuluar (wklęsły!) jest tak samo widoczny. Gdy w zeszłą niedzielę pojawiały się info. o "już startujących helikopterach" niestety musiałem studzić te zapędy. Prognoza nie dawała szansy aż do dziś. Jakie będą skutki dzisiejszego oblotu i czy zostanie wysadzony "desant" w c2? Mam nadzieję, że będzie to znane już niebawem. March or Die! March or Die!

14.03.2012 12:00 Zwiad? Nocny opad okazał się mniejszy niż wieszczące go prognozy, a wiatr na wysokości lodowca zelżał na tyle, że próba dojścia do c2 wydaje się mieć duże szanse powodzenia. Czy ją jednak podjęto i jak przebiegła niestety nie ma na razie informacji. Pisałem już wcześniej, że najprawdopodobniej jutro dotrze do bazy helikopter, a z nim pakistańska grupa ratunkowa. Wydaję się też, że będzie to okazją do zwiezienia czwórki odmrożonych. Pytanie czy tylko ich?

13.03.2012 20:00    الله أكبر Powrót? Leader zarzeka się, że wyprawa "nie ma kasy" na helikopter(?) i jeśli już w ogóle ktoś miałby lecieć, to tylko (w ramach ubezpieczenia) dwójka odmrożonych zdobywców. Czyżby puszczanie oka do sponsorów:). Do tego trzeba doliczyć Tamarę i Baska. Ponieważ odbieram sporą liczbę maili/telefonów zaniepokojonych o los Tamary i pozostałej dwójki Polaków pragnę wyraźnie zaznaczyć: jaki jest stopień odmrożeń nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że nieduży. Wezwania śmigła nie należy automatycznie łączyć z bardzo poważnymi odmrożeniami. Trzeba pamiętać, że gdyby schodzili pieszo, mieliby do przejścia około 100km, co w warunkach tamtej zimy nawet dla zdrowego człowieka nie jest miłe i mogłoby pogorszyć obecny ich stan. Ufam że to "dmuchanie na zimne" i niebawem cała czwórka znajdzie się w Skardu. Co z resztą polskiej grupy? Nie sądzę, by oglądali się na ewentualną karawanę tragarzy. Ta może swoją pracę wykonać nawet początkiem lata, jak to miało miejsce w ubiegłorocznej wyprawie na Broad Peak. Jeśli w czwartek nie doszłoby do lotu, a oczekiwanie na śmigło miałoby się przedłużać, nie zdziwiłaby mnie decyzja o schodzeniu całą grupą (razem ze z zdobywcami). Ktoś zapyta, a akcja ratunkowa? Poszukiwania? Analizując plany Tria pisałem 9 marca [09.03.2012 18:00 ???] Jeśli nadal forsują ideę trawersu, to wraz z jutrzejszym powrotem Polaków do bazy, będą zdani już tylko na siebie. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, nie ma w tym złej woli. Góry nieustannie związane są z wyborami. Trio wybrało nową drogę i trawers (Gerfried sam pisał, że temu projektowi poświęcił blisko 2 lata życia), a grupa Polaków wybrała szybkie zejście do bazy po sukcesie. Obie grupy celowały w okno 8-9 marca i obie wiedziały, czego dowodem są relacje poprzedzające atak, iż potem nadciągnie niepogoda. Czy próbowały kontaktować się już w trakcie szturmu, czy za brak kontaktu rzeczywiście odpowiadają słoneczne wybuchy itp. to czyste dywagacje. Późniejsze oczekiwanie w bazie (11 marca) i próba podejścia do c1 (12 marca) pokazały, że w taką pogodę i z takimi siłami (blisko 2 miesiące zimy, tuż po ataku szczytowym) będzie bardzo trudno zorganizować realną pomoc. Można co najwyżej liczyć na helikopter i posiłki ze Skardu (ponoć gotowa jest trójka doświadczonych pakistańskich wspinaczy). Dzisiaj explorersweb donosi, iż ma miejsce wręcz heroiczna próba dojścia do c1. Obóz osiągnęło 2 Pakistańczyków: wysokościowy tragarz polskiej wyprawy (po niedawnym ataku!) i pomocnik kucharza. Planowane jest jutrzejsze podejście do c2. Obu miałem okazję poznać jako niezwykle twardych ludzi. Jutro wiatr zelżeje ale już teraz wzmaga się śnieżyca  قد يؤدي الله Czy nie wierzę już w powrót Tria? Wierzę, że począwszy od ranka 10 marca (przed północą do bazy schodzi zmęczony Bask, popołudniem docierają Polacy i samotnie schodzi Tamara) los Tria zależał już tylko od nich samych, a było to wynikiem wcześniejszych decyzji/wyborów. Od tego czasu moją gorącą i nieustanną modlitwą jest maksyma legionistów: March or Die!

13.03.2012 00:10     الله أكبر Prognoza raczej nie daje szans, aby helikopter pojawił się w bazie wcześniej niż w czwartek, może (wątpię) we środę. Komplikuje to zarówno ewentualną akcję ratunkową jak i ewakuację trójki Polaków do Skardu, ale... Kein Tier darf es, was kann ein Mensch ertragen [A.de Saint-Exupery]

12.03.2012 13:30   قد يؤدي الله Dwie osoby podjęły dziś próbę dojścia do c1 na drodze od północy, ale z powodu wiatru udało się dotrzeć tylko do "dolnego plateau" (mniej więcej 1/5 może 1/4 drogi). Zawróciły. Und ob ich schon wanderte im finstern Tal [Ps.23]

12.03.2012 07:00 Suspens Pojawiła się informacja, że helikopter jest potrzebny nie tylko do poszukiwań grupy Gerfrieda, ale także, by jak najszybciej przetransportować do Skardu dwójkę polskich zdobywców i Tamarę. Mam nadzieję, że to raczej "dmuchanie na zimne" niż jakaś podbramkowa sytuacja, bo docierające do nas od 2 dni komentarze nie zwiastowały takich nowin a i pogoda raczej nie da szansy na lot przez najbliższe 2 doby. Czy ktoś wyjdzie naprzeciw schodzącym, bo jak nie dzisiaj to kiedy? Ale czy ktokolwiek ma jeszcze na tyle sił? Jeśli nawet tak, to w którą stronę? Czy jak planował Gerfred na północną, czy jednak południową? Oczekiwanie jest kształtem nadziei!

11.03.2012 18:47 Scenariusze? Z Nisarem i Gerfriedem już blisko 7 lat mijamy się w rożnych górach. Ten ostatni w 2005r korzystał z mojego namiotu (7650m) na Everescie o czym przypomniał mi/podziękował/ gdyśmy w 2007 mijali się niedaleko Rocky Summit na Broad Peak'u - on w dół, ja wtedy do góry. Niespełna 10 dni później na K2 miałem okazję z bliska widzieć jak działa "austriacka lokomotywa" (gorące pozdrowienia dla braci Wenzl! herzliche Grusse). Z tych i późniejszych spotkań płynie parę wniosków. Gerfried jest fanem zarówno szybkiego schodzenia, jak i noszenia jak najmniejszej liczby rzeczy. Tego pierwszego przykłady miały miejsce i na tej wyprawie, o tym drugim niech świadczy np. to, że we trójkę powyżej 6200m wzięli zaledwie 2 śpiwory. Przytaczam to nie dla krytyki. Wręcz przeciwnie. Tylko przy takim podejściu można było w ogóle porywać się na trawers. Dodatkowym atutem jest fakt, że latem wspiął się na G1 drogą przez Kuluar Japończyków. Jeśli za dobrą monetę wziąć: iż w południe 9 marca Trio było 250m poniżej szczytu, to najprawdopodobniej "szczytowaliby" pomiędzy godz. 15-16:00. Pytanie, gdzie w opcji że zeszli na stronę północną, przypadłby im nocleg? Sądzę, że znając teren z lata, a zarazem spiesząc się, by zejść jak najniżej, powinni już w w nocy (Polacy spali wtedy w c2, może ktoś widział latarki?) dotrzeć albo do dawnego c4 (7450m) lub do c3. Przy czym mamy tam dwa miejsca obozowe: 7200m, albo też tam gdzie spali (i zostawili mogące przydać się "Austriakom" rzeczy) Polacy 7050m. Jeśli tak, to nawet jeżeli założymy bardzo wolne jak na Gerfrieda tempo (zmęczenie) noc 10/11 marca wypadłaby w c2. Osobiście nie wierzę, że dochodząc tam po linach i przy dobrej pogodzie nie poszliby dalej, chyba że coś ważnego się wydarzyło. (co?). A dzisiaj w najgorszym wypadku dotarliby do c1. Zakładając, że mają gaz odzyskany po Polakach mogą przenocować i do bazy zejść jutro. Ale... patrząc na pogodę i wszystkie poczynione w tym tekście założenia, nie czekałbym aż tak długo. Swego czasu wyprawa polska pokazała że lodowiec do c1 jest do przejścia nawet w gorszych warunkach. Więc wydaje się rozsądnym jutrzejszy zwiad przynajmniej do c1. Czy przy okazji nie "zaglądnąć" również na początek lin po stronie południowej, to już kwestia otwarta. Niby zajęłoby to mniej czasu, ale wariant trawersu nadal wydaje się być najb. prawdopodobny, a nie wiemy jakimi realnymi siłami dysponują ich koledzy w bazie. Widząc prognozę i znając problemy z tamtejszą awiacją... pomyślałbym raczej o zwiadzie na pieszo. Może Darek i Bask mają jeszcze tyle sił? 11.03.2012 12:00 Śmigło? W/g dzisiejszych doniesień, Bask już wczoraj chciał (nie ma potwierdzenia czy faktycznie to zrobił) wezwać helikopter do przeglądnięcia stoków góry. Czy to realna próba pomocy? W bazie jest już godz. 16:00 a osobiście tylko jeden jedyny raz widziałem tam tak późny lot, gdy w 2007r wraz z dwoma innymi poszkodowanymi z bazy pod Broad P. była ewakuowana A. Czerwińska. Czy poleciałby teraz? Patrząc na czas i pogodę - chyba niestety nie. Ale tak jak poprzednio pisałem, Trio może nadejść nawet dzisiejszej nocy. Trzymam KCIUKI!

11.03.2012 07:00 Kiedy? Wyliczenia zakładające, że grupa Gerfrieda konsekwentnie realizuje swój pomysł trawersu sugerują, że dzisiejszą noc Trio powinno spędzać w c2 lub c1 na drodze od północnego zachodu. Prawdopodobnie wczoraj skończyły się zabrane z bazy jedzenie i gaz, ale jeden dzień "na głodnego" dla tak silnego teamu jest do przyjęcia. Polacy raportują o pozostawieniu całego swego obozu c3, co ważne z gazem! Pogoda zdecydowanie wyklucza użycie śmigłowca (o takiej możliwości wspominał Bask), ale przy stosunkowo dużym zachmurzeniu opad i wiatr na wysokości do 6 tys. m nie są tak wielkie, by nie pozwoliły zejść z c2,c1 do bazy. Pomysł, że "Austriacy" mogą spróbować przeczekiwać nawałnicę w c1 (po znalezienie pozostałości po Polakach) jest o tyle karkołomny, że zespół na pewno jest zmęczony długim atakiem (to już 6 doba); ponadto Gerfried nie zna najnowszych porgnoz, więc nie wie ile potrwałoby załamanie, oraz pewnie w pamięci ma zdarzenie grupy Denisa sprzed roku: w gniezdzie Gasgerbrumów lepiej nie czekać, aż na zboczach zbiorą się masy śniegu (zwłaszcza GV). Więc wszyscy oczekują, że najpóźniej dzisiejszego wieczora Trio zjawi się w bazie.

10.03.2012 15:00 "austriackie" trio Bask ponoć wczoraj około południa widział ich mniej więcej 200-250m poniżej szczytu schodzących/wchodzących(?). Już dawno zastanawiałem się, jaki wariant powyżej ściany powinien wybrać Gerfried. Czy na "ostatnich metrach" trzymać się długiej, acz w miarę pewnej (zwłaszcza przy gorszej widoczności), mikstowej grani; czy trawersować "na skróty" swoisty śnieżny kocioł(strefy szczelin!), i iść zboczem wprost na szczyt. Jeśli istotnie Bask ich widział, to z tej odległości miał taką szansę raczej tylko na tle śniegu, ale nie wiemy tego z bezpośredniej relacji, a tylko z cytujących go osób. Nie bardzo pasuje to do pogłosek, iż ze szczytu widzieli ich Polacy (ponoć w tej samej odległości ale o 8:30), bo to by znaczyło, że przy doskonałej pogodzie przez pół dnia Trio stało praktycznie w miejscu. Szczegóły: gdzie dokładnie, o której godz. ich widział i w jakim kierunku szli mogłyby dużo wyjaśnić.

10.03.2012 13:00 Polacy w bazie, reszta niestety bez zmian. Po południu, także powyżej 7000m zaczęło z lekka śnieżyć. Ogólnie pogoda ewidentnie się pogarsza. Okazuje się, że wczoraj zszedł tylko Bask, a Polka nocowała na 6200 i  schodzi dopiero dzisiaj. Innych wieści na razie brak.

10.03.2012 07:00 Administrator bloga Baska (jak znam życie, on sam zapewne odsypia:) potwierdza, że wczorajsza rezygnacja ze szturmu G1 powodowana była obawą przed odmrożeniami, a część "dziwnych ruchów tracera" to tak jak myślałem próba zdobycia G "O". Pozostaje kwestią otwartą, czy on lub szczytująca dwójka Polaków widzieli grupę Gerfrieda, ale na to musimy poczekać.

09.03.2012 20:00 Bask już w BC (nie jest pewne, ale oby też Tamara). I na tym koniec dobrych wiadomości, a w zasadzie koniec jakichkolwiek wiadomości o atakującej grupie Gerfrieda. Uchodzą za silny zespół. Mają sprzęt biwakowy i jeszcze dobę dobrej pogody. Nam pozostaje czekać.

09.03.2012 18:00 ??? Nad G1 pogodna, tzn. mroźna noc (na 7000m - 58C) z wiatrem, który powyżej 7000m konsekwentnie będzie narastał. Polacy odpoczywają w c2 i jutro całą czwórką planują zejście do bazy. O grupie Gerfrieda już przeszło 1,5 doby brak wiadomości. Ten brak kontaktu, prawdopodobnie spowodowany jest czy to awarią, czy "oszczędzaniem" telefonu, bo nie chce mi się wierzyć, że w stacji sprawnego sprzętu grupy znające się i dzielące wspólnie bazę, messę nie mogłyby do siebie zadzwonić. Wszystkie zespoły mają telefony satelitarne. Polacy dzwonili ze szczytu. Wczoraj z drogi kontaktował się zarówno Bask jak i wcześniej sam Gerfried. Sytuacja jest trudna, bo tak naprawdę nie wiadomo nawet, czy "Austriaków" należy wypatrywać po północnej, czy po południowej stronie góry. Jeśli nadal forsują ideę trawersu, to wraz z jutrzejszym powrotem Polaków do bazy, będą zdani już tylko na siebie. Track Baska od paru godzin "stał" nieopodal platform na 6200m, ale usłuchał naszych zaklęć (pewnie "nas" wielu:)) i ruszył z kopyta. Jest już na lodowcu u podstawy ściany i sądzę ze w niespełna godzinę będzie w bazie. Może dowiemy się czegoś o trójce Gerfrieda?

09.03.2012 15:00 ULGA! Polacy tak jak liczyłem około naszej 13:00 byli już w c2. Co do innych, zaczynam na własnej skórze czuć, całe brzemię tej "nowej epoki w Himalajach". Każde wychylenie kursora-tracka przyprawia o dreszcze. A tu tym czasem "spece od nawigacji" twierdzą, że mogą to być zniekształcenia powodowane słonecznym wiatrem (wczorajszy wybuch). I bądź to madry! Nie mniej jednak kursor Baska właśnie dotarł do lin i bardzo szybko posuwa się w dół, jest już niedaleko ich obozu c1 na 6200m.

09.03.2012 13:00 LINY! Oprócz nieznanego losu grupy Gerfrieda, niepokoi mnie rownież zachowanie Baska (+Tamary?). Jego track przez cały dzisiejszy dzień "krążył po plateau" a od blisko 2 godz. chodzi wkoło ich biwaku na 6800m. Wygląda na to, że na coś czeka lub raczej czegoś szuka (początku lin zejściowych?). Jest stosunkowo ładny dzień, ale to już 17:00. Dodatkowo wiatr się wzmaga, a Bask jest już w drodze od przeszło 13 godz. Mam nadzieję że wkrótce zacznie zjeżdżać.

09.03.2012 11:00 Według moich wyliczeń szczytowa dwójka Polaków, o ile nie zatrzymała się na dłużej w c3, powinna być co najmniej w połowie zejścia do c2 (wchodzili tempem letnim, więc szacuję porównując do lata!). Dokładnie miesiąc temu pisałem: [09.02.2012 16:30] "Po rezygnacji Rosjan i wobec faktu, że na Nandze pokrywa śnieżna udaremniła pierwszą próbę ataku, a pogoda nadal trzyma zespół Denisa i Simone w szachu; na czoło "zimowego peletonu" w mojej opinii wysunęli się Polacy z G1". Zaznaczałem również już wtedy, że początkowy szybki postęp "Austriaków" na nowej linii, jest po części efektem ubiegłorocznej pracy, a po części ekspozycją na wiatr i zweryfikuje go życie w momencie wejścia w niedoceniane trudności terenu powyżej 7tys. (pamiętam jak wyglądała tam wspinaczka P. Morawskiego!) Wszystko wskazuje na to, że spełniły się moje obawy i gdzieś na grani szczytowej (7700m?) zmuszeni byli zanocować. Dywagacje, co by było, gdyby nie planowali trawersu i nie nieśli sprzętu biwakowego zostawiam inny. Mam w pamięci, że oba ich szturmowe noclegi powyżej ściany (7050m i te ewentualne 7700m) były poprzedzone uprzednim spaniem na zaledwie 6200m. Ponoć prą do szczytu, a ja zastanawiam się, gdzie mieliby spędzić dzisiejszą noc, bo pogoda nie zaczeka.

09.03.2012 08:00 G1 Przed paroma minutami gruchnęła w necie wieść, że polski zespół o 8:30 czasu pakistańskiego dotarł do szczytu. Pisałem już przedwczoraj, że "wybrana "przez los" data (wiatr zmuszający do przesunięcia planowanego ataku na 09.03) nie jest zła", bo to dzisiejsze prognozy zdawały się dawać dłuższy okres widoczności. Pozostaje czekać na oficjalne potwierdzenie wejścia ze strony wyprawy i pytanie co dzieje się z resztą? Nadal cisza o wczoraj atakującej trójce Gerfrieda. Według moich szacunków jeśli nie szczytowali pomiędzy 14:00-18:00 to gdzieś zanocowali. Raczej trudno przypuszczać że zeszli na stronę północną, a podchodzący Polacy ich nie spotkali. Tak jak zdążyłem zauważyć w nocy (02:40 czasu lokalnego) Bask, a więc zapewne i Polka nie atakują (schodzą?). Cały czas jego track jest na wysokości około 7 tys.m Nie wygląda to na zejście, bo nie kieruje się do lin poręczowych. Idzie teraz w przeciwną niż one stronę, prawdopodobnie do pipianta w grani nazywanego często Gasherbrum "0". Czyżby wariant rezerwowy zdobycia "czegokolwiek?". Czy może raczej wyjście naprzeciw schodzącej grupy szturmowej, lub szukanie początku lin?

08.03.2012 22:00 A Góra na to Gdy zawodzi technika (zamarzające w telefonie baterie lub jak chcą inni burza na Słońcu?), pozostaje ufać prognozom i instynktowi samozachowawczemu. Pierwsze wróżą pogodną noc (łatwo mówić przy termp. odczuwalnej rzędu -55C!) i ładny dzień, drugi każe robić swoje... i jak najszybciej schodzić. W Pakistanie jest teraz 03:00 nad ranem. Oba zespoły: dwójka Polaków od północy i Bask+Polka z przeciwległej strony, deklarowały, że ruszą do szczytu około 24:00. O Polakach tradycyjnie cicho, aczkolwiek tym razem sama góra swoim usytuowaniem o to zadbała, natomiast "track" Baska nadal wskazuje miejsce, gdzie dotarli wczorajszym popołudniem (Alex donosił, że śpią na 7200m, ja sądzę że niestety 150m niżej). Zwykłe zaspanie, czy rada Wielickiego, który podczas Winter Netia K2 Exp. często nam powtarzał: "zimą w odróżnieniu od lata nocą się ŚPI, a nie wspina"? Czy też może nowe fakty na temat grupy Gerfrieda? Wot technika track drgnął i... zdaje się wracać?

08.03.2012 18:00 Surrealizm Można powiedzieć, że niezależnie od tego, czy góra zdoła się obronić, czy też nie:) właśnie na naszych oczach dzieje się HISTORIA. W temacie zimy w górach najwyższych ten Dzień Kobiet urasta do rangi swoistego Rubikonu. Patrzymy jak różne grupy "łażą" po jednym z ostatnich niezdobytych przez człowieka zimą ośmiotysięczniku, jakby to był przysłowiowy "wspinaczkowy ogródek". Z jednej strony atakująca dziś trójka, którą od ich leadera nazywam "Austriacy", dalej podążający za nimi w dobowym interwale Bask+Tamara (Darek zawrócił do bazy), z drugiej strony góry w c3 szykujący się w tej chwili na atak kolejni dwaj Polacy, niżej w c2 zespół zabezpieczający. Dzięki netowi i łączności satelitarnej, prognozom pogody, i trójwymiarowym mapom możemy na to "patrzeć/dotknąć". Tylko czy ktoś, raczył o tym powiedzieć... Górze? A jeśli tak, to co ona na to?

08.03.2012 15:00 Peleton?Pe peleton Zastanawiałem się wczoraj, gdzie jest Darek i Tamara. Okazuje się, że Tamara wystartowała z "Austriakami" i po noclegu w c1 dzisiejszą noc spędziła na przełamaniu ściany razem z Baskiem Alexem Txikonem, który dobiegł tam w jeden dzień z bazy. Hiszpan nie pisze nic o Darku ale mniemam, że i on tam jest. Ta grupka chce atakować jutro, a dziś postawić biwak. Pytanie gdzie? Sądziłem, że na skalnym zworniku grańki (7400m), ale sygnał lokacyjny Alexa zatrzymał się na dobre na 7050m a jest już tam godz. 19:00 więc pora pomyśleć o noclegu. "Odnalazł się" też leader polskiej grupy,  tak jak przypuszczałem w poprzedniej info, ubezpiecza atak kolegów z c2. Co z finiszująca trójka? Wyszli z biwaku 16godz. temu, a ostatni sygnał dali przed dziewięcioma. Albo właśnie wchodzą/schodzę ze szczytu (i oby!), albo skuszeni dobrymi jutrzejszymi prognozami  zabiwakowali gdzieś wysoko "po drodze"(oby nie). Trudno bowiem uwierzyć, że na ostatnich 450m tempo spadło im aż dwukrotnie.

07.03.2012 15:00 G1 finał Dwójka Austriaków i Pakistańczyk są już od przeszło 1 godz. w małym namiocie na 7tys. Narzekają na widoczność, ale chwalą słaby wiatr. Na razie nie ma wzmianki o atakujacej tą samą drogą parze Polaków (Darek i Tamara). Szturmowa trójka pije i snuje plany na jutro: wyjście w nocy o 3:00 i popołudniowy szczyt. W dostępnych mi prognozach na starcie będą mieli: temperaturę odczuwalną około -45C, wiatr nie przekraczający 25km/h, ale tuż po południu wiatr zacznie wzmagać i sypnie śniegiem. Mając na względzie rozległość czekającego ich terenu, dobrze jest startować tak wcześnie (pytanie: czy się da) ale i tak obawiam się o nawigowanie na grani. To jeszcze szmat nie do końca ewidentnej drogi i co najmiej 2 strefy szczelin. A zejście przypadłoby we wzmagającej śnieżycy

Polska wyprawa nocuje dziś w c2 i zamierza atakować dopiero 9 marca. Powodem zmiany planów, była dzisiejsza nieudana próba dojścia do c3. Z powodu siły wiatru kuluar był nie do przejścia. Wybrana "przez los" data nie jest zła, tym bardziej, że może jutro udałoby się, jak już wcześniej planowali, przenieść wyżej c3, ale.... Obawiam się o tempo jutrzejszego wyjścia, bo miejsce ustawionego przez nich c2, jest niczym nie osłonięte przed wiatrem i raczej trudno mówić tam o odpoczynku


05.03.201216:00 Elbrus Nadal trwają poszukiwania ostatniego zaginionego z ukraińskiej grupy. Szef ratowników potwierdza, że będą prowadzone jeszcze co najmniej jutro, a także, że pomimo gotowości śmigłowca pogoda nie daje szans na jego użycie.

G1 czas na finał. Obie grupy przetrwały huragan. Tak jak przypuszczałem [ 28.02.201218:00] nie obyło się bez rozstań. Wraca jeden z Hiszpanów, problematycznty jest też start pakistańskiergo wysokościowego tragarza w grupie Polaków. Jutrzejszy start (obu grup) pokaże, czy to aby na pewno wszystkie ubytki. Ja oceniam siły na 6-7 osób zdolnych walczyć o szczyt. Nie nastąpiło połaczenie, grupy podążą każda swoją drogą (chyba G. odrobił lekcję z K2). Obie ogłaszają, że to ostatni atak i tak sugeruje pogoda, bo mniej więcej od 11-12 marca, aż do końca zimy Karakorum stanie się domeną huraganu. Plany na jutro są ambutne, bo oba teamy, tak z rosyjska, celują w dzień kobiet 8 marca(?).


04.03.2012 12:30 Elbrus Odnaleziono jednego z zaginionych, jest już w szpitalu. Niestety w tym właśnie momencie doszła z Kaukazu wiadomość, że odnaleziono też ciało Maszy Hitrikovey. Poniosła śmierć na skutek upadku. ['] Trzeci zaginiony nadal jest poszukiwany.


04.03.2012 06:30 Elbrus Na G1 huragan, ale ten temat zostawmy do jutra. Elbrus: już 2 dobę trwają poszukiwania zaginionej na Elbrusie 3 Ukrainców. Wczoraj M. Hitrikova (w zeszłym roku latem wchodziliśmy razem na G2) wzywała wieczorem pomocy. Już wczoraj odnaleziono jednego z zaginonych, a miejsce tego 4100m daje nadzieję, że i pozostali są stosunkowo nisko, co zdecydowanie zwiększa ich szanse. Nadzieję, ża szczęśliwe zakończenie daje rownież stosunkowo nienajgorsza pogoda, przy zachmurzeniu, dzisiejszej nocy wiatr nie przekraczał 10km/h. Niestety w warunkach zimowego Elbrusa daje to temp. odczuwalną rzędu -40C w okolicy szczytu, a w poniedziałek przy wzmagającym się wietrze wieczorem ma być "odczuwalnie" nawet do - 60C. Oby ratownicy i przybyły właśnie z Ukrainy ojciec Maszy pospieszyli się.


28.02.2012 18:00 cdn? Czy 1-2 marzec? - byłoby nieźle, ale raczej nie są aż tak mocni/szaleni/zdeterminowani. Do końca zimy jeszcze 3 tygodnie, więc teoretyczne są szanse na jeszcze jedno okno. Pytanie brzmi, czy obie schodzące wczoraj grupy pozostawiły w najwyższym punkcie sprzęt i mają zamiar nadal forsować swoje drogi? Czy nie czas na deklarowane przed paroma miesiącami: połączenie sił? Otwartą pozostaje kwestia: na której drodze? Dziś ma mieć miejsce meating i pewnie konsultacje z Insbrukiem co do pogody. Jak znam życie: ktoś tam zapewne już będzie się pakował, ale z niedobitków tych dwuch grup idzie jeszcze sklecić dość silny zespół. Pytanie na koniec: czy Gerfried "odrobił lekcję" z ubiegłorocznego ataku na K2 (08/2011r)?"


28.02.2012 08:00 Jak na razie: las, ale są jeszcze szanse. Wczoraj późnym wieczorem obie grupy wylądowały... w bazie. Polaków z wejścia do wrót kuluaru zegnał wiatr. Team Gerfrieda: odcinek z c1 do 6700m szedł wolniej niż zaplanowali, wlekło się poręczowanie ostatnich 100m stromego lodu (znając leadera - nie chciałbym być w skórze Hiszpanów, którzy nie zaporęczowali go przed 2 tygodniami) i okazało się, że to nie koniec, "bo by poważnie myśleć o dzisiejszym ataku, trzeba by było jeszcze wczoraj, już przy świetle latarek, przejść kolejne 200m rożnicy poziomów i tam dopiero ustawiać c2". (Moim zdaniem niestety dużo więcej niż 200m). Czego na pewno można się uczyć od ich leadera, to szybkiego podejmowania decyzji, i ekspresowych zejść. Dzięki temu nie tracą jeszcze szansy na szczyt. Mają za sobą tylko jeden nocleg w górze (zimą to nocleg, a nie wspinaczka, odbiera najwięcej sił) więc da się w miarę szybko zregenerować siły i... czy 1-2 marzec?


27.02.2012 18:00 Taktyka Należy zdawać sobie sprawę, że obie wyprawy praktycznie biorąc od 13,14 lutego są uziemione. Ruchy, które w tym czasie wykonano, miały na celu przygotowanie obozów, lin itp. na atak huraganu, ale nie przybliżały "ani na centymetr" do szczytu. Upływający czas, potrafi skutecznie rozmiękczać nawet najsilniejszą motywację i strategię, a wtedy łatwo czepiać się pierwszej nadarzajacej się okazji, bo jest to być może ostatnie okno tej zimy. Ale czy na pewno okno? Pisałem parę dni temu [26.02.2012 08:00 G1], że "28 lutego" może być...podpuchą, bo już wtedy prognozy pokazywały, że można atakować albo 28 lutego, albo 1-2 marca. Za pierwszą datą przemawia zdecydowanie słabszy wiatr (15km/h nawet latem byłoby wręcz doskonale), ale będzie to raczej "lufcik", bo przerwa w opadzie ma mieć zaledwie 16 godz. W drugim terminie 1-2 marca powieje dwa razy silniej (około 30-35 km/h) za to słońce wyjrzy na 2 pełne doby.


Obie grupy z sobie wiadomych przyczyn wybrały pierwszy termin. Wielokrotnie pisałem: szturm to wydarzenie parodniowe, wymagające planowania z wyprzedzeniem. Latem, oczywiście przy dobrej aklimatyzacji, można "w trakcie" dokonywać korekt (np. przeczekać lub przeciwnie: przeskoczyć jeden z obozów), bo ceną będzie najwyżej dodatkowy dzień "na głodnego". W 2006r na K2 wylądowaliśmy na Ramieniu (obóz na 8000m) gdzie w przeddzień ataku na 9 chłopa na skutek zaniedbania jednego z nas, mieliśmy zaledwie 2,5 kartusza (małe!) gazu. W sytuacji, gdy picie skończyło się po pierwszej dobie, w której pogoda nie dała szansy na atak, zdecydowaliśmy się na jeszcze jeden nocleg i ponowną próbę, "na sucho". O ile latem jest to do wyobrażenia, o tyle zimą praktycznie nie ma na to miejsca. Każdy dodatkowy biwak, rabunkowo podkopuje siły, a brak gazu, to nie tylko nie picie, i nie tylko odmrożenia. Zimą moment startu niemal do końca determinuje cały następny ciąg zdarzeń. Nie wyobrażam sobie przeczekwania, zwłaszcza powyżej 7tys. dodatkowych 2 dni. Wiec teraz wypogodzenie 1-2 jest już tylko hipotetyczne, "ogary poszły w las celując w 28-go" i lada momen powinniśmy się dowiedzieć: są na szczycie, lub w...lesie.


27.02.2012 08:00 G1 Szturm Grupy planują dziś przekroczyć 7tys.m. Team Gerfrieda, po pierwszym noclegu, chce dotrzeć do końca zbocza, tam (6800m) zapręczować ostatnich 100m i wyjść na grań. By jutro myśleć o szczycie, obóz nałeżałoby ustawić jak najbliżej kopuły, mniej więcej w okolicach 7400m, a to spory kawałek dalej.

Polacy, o ile wczoraj zdecydowali się na wyjście do c2 i przetrwali wietrzną noc (tradycyjnie milczą:) mają sprawę o tyle łatwiejszą, że droga w kuluarze jest ubezpieczona i częsciowo osłonięta. Aczkolwiek myśl o szturmie nakazywałaby nocować nie w c3 (7050m) a "ciut" wyżej.

Wydaje się, że obie "celujące w szyt" i pokładające nadzieję w zdecydowanie słabszym wietrze we wtorek 28go grupy:

- z jednej strony "zapominają", że niestety będzie wtedy (28-go) miał miejsce opad (niby nie za duży, ale) na tyle intensywny, by w połaczeniu z wiatrem utrudnić orientację i opóźnić atak, a zwłaszcza zejście (kierunek wiatru w oczy!)

- i nie doceniają warunków panujących w przededniu (t.j. dziś), gdzie i opad, i zdecydowanie większy wiatr mogą namieszać w okolicach 7tys.m. Może stanowić to problem zwłaszcza dla grupy Gerfrieda, bo zapuszczą się w "nowy, nie osłonięty przed wiatrem teren" z niekoniecznie ewidentną nawigacją.


26.02.2012 08:00 G1 Mamy już pierwsze doniesienia z ataku. Jak przypuszczałem 3 Polaków + ich wysokościowy tragarz doszli wczoraj do c1. Tym samym, ruszając przed grupą Gerfrieda, "nadrobili" część drogi. Oby za ten pośpiech nie przyszło zbyt drogo zapłacić, bo prognozy nadal pokazują, że "28 lutego" może być...podpuchą. Dziś, korzystając z porannego przejaśnienia, chcąc dotrzeć do c2, będą mieli po swojej stronie słońce, ale przeciw sobie wiatr, który będzie sukcesywnie narastał w trakcie dnia. Pomimo wszystko, tam gdzie byli wczoraj (c1, na wysokości lodowca) docierały do nich tylko pojedyńcze podmuchy, gdyż działa "efekt gniazda Gasherbrumów". Natomiast dziś, zbliżając się do c2, coraz bardziej wychodzą na otwarte pole. Druga grupa zdecydowanie mniej ucierpi podczas dzisiejszej wspinaczki, bo startują wprost z bazy i przez większość drogi osłoni ich ściana, na którą się wdrapują. Ale do czasu. Nocleg w namiotach rozstawionych "na ostrzu grani" zapowiada się i tu nadzwyczaj wietrznie.

 

25.02.2012 07:00 G1 start? Polacy Pisałem już parę dni temu [ 11.02.2012 14:00] że pomimo teoretycznie łatwiejszej drogi, polski zespół, by wogóle dojść do "kuluaru Japończyków" musi ruszać przy względnej pogodzie (widoczność szczelin i niebezpiecznego zbocza Gasherbrumu V!) a o tępie tego wyjścia (czy znowu uda się prosto z bazy osiągnąć c2?) zadecydują warunki na lodowcu, m.innymi stopień zaśnieżenia trasy. Choć rozsądek i prognoza nakazywałyby ruszać później, to nie zdziwię się, jak zrobią to razem lub nawet przed "Austriakami", zwłaszcza że po ponad 2 tygodniach sztormowej pogody niedzielny poranek zapowiada się słonecznie. Czekała by ich wtedy ostra przeprawa pomiędzy c1 a c3. Jeśli mądrze zadecydują o składzie/logistyce grupy szturmowej - nie są bez szans, ale muszą trzymać nerwy na wodzy i nie popełnić jak latem na Makalu falstartu.

Na obranym przez międzytnarodowy zespół wariancie przejście przez lodowiec jest o wiele krótsze (nie dochodzi nawet do rejonu głównych szczelin) i co ważniejsze, stromość drogi zabezpiecza przed nadmiarem śniegu. Zatem biorąc pod uwagę odcinek "do 7tys" szybciej/łatwiej dotrą tam "Austriacy" i można sobie wyobrazić, że nie będą robić tego kosztem najlepszego dnia z i tak krótkiego okna. Przy niedzielnym porannym rozpogodzeniu pomysł na start 26-go jest ok. Pytanie co 27-go spotka ich na grani, gdy wyjdą spod osłony ściany?

 

24.02.2012 12:00 czy finał? Rejon Baltoro nadal jest domeną wiatrów, ale huragan stracił już na sile i opad w zasadzie jest symboliczny. We wtorek 28 lutego wiatr w okolicach szczytu na jeden dzień zdecydowania przycichnie, a ostatniego lutego na dłużej wyjrzy słońce - choć już nie przy tak słabym wietrze. Grupa Gerfrieda rozważa start już w niedzielę 26-go i próbę ataku 28-go. Zapewne i Polacy, choć tradycyjnie na razie o tym cisza:) też będą mieli ochotę spróbować. Pytanie jakie mają szansę oba zespoły.

 

21.02.2012 08:00 G1 Informacje z pol.bazy pod G1 już tradycyjnie płyną ze sporym poślizgiem, ale ostatecznie dochodzą. Grupa podobnie jak "Austriacy" spróbowała wykorzystać "okno, którego nie było". Dwie osoby, w tym pakistański tragarz, wykonały dwudniowy kurs do c1. Uzupelnili zaopatrzenie i umocnili sam obóz. Dokładnie to miałem na myśli pisząc o: planie ataku uwzględniającym wariat rezerwowy. Te rzeczy mogą usprawnić przyszły atak. ale...

 

19.02.2012 17:00 Nanga Parbat Denis & Simone już bezpiecznie w "cywilizacji", a na G1 cisza (?) przed burzą. 14-go pisałem, że wyprawy mają około 3 dni względnego spokoju przed uderzeniem huraganu i że można by pokusić się o szybki wypad. Tak też uczyniła grupa Gerfrieda. Część (Darek i Tamara) wyszła już 16, a 17 dołączyła do nich reszta. Wyjście miało na celu przygotowanie lin, a przede wszystkim obozu (6200m) na nadchodzący huragan. Już niebawem w szczyt G1 uderzy 140km/h (a nad K2, aż nie chce się wierzyć, ponad 160km/h). Budzi szacunek czas dojścia z bazy na 6200m - niespełna 5 godz. Świadczy to zarówno o kondycji "ścigaczy", ale również o wyborze, oznaczeniu i oporęczowaniu tego odcinka drogi. Polakom pozostaje ufać, że dobrze zabezpieczyli przed nawałnicą obozy i... chyba jednak przygotowywać plan ataku uwzględniający wariat rezerwowy (vide: poprzednia zima na Broad Peak).

 

18.02.2012 07:00 Nanga Parbat Najpóźniej dzisiaj powinna ruszyć karawana zejściowa Denisa i Simone. Mam nadzieję, że tragarze dotarli bez przeszkód i ruszą w dół bez ociągania, ponieważ pogoda raczej dopinguje do jak najszybszej ewakuacji. Od wczoraj śnieżyca z każdą godziną będzie zyskiwać na sile i już jutro suma dobowego opadu przekroczy 20cm, choć to i tak mało w porównaniu z tym, co spadnie we wtorkową noc. Pamiętam mój powrót w 2009r w podobnych warunkach. Owszem, udało nam się zejść w jedną dłuuugą dobę, ale z bagażem było już znacznie trudniej - dotarł dopiero po 3 dniach. Przy tym obfitość śniegu dostarczyła niezapomnianych i niekoniecznie miłych wrażeń index.php?id=540&pic=297

 

15.02.2012 09:00 Jak na razie góry pokazały (decyzja o odwrocie teamu Denis & Simone; tragicznie zakończona wyprawa Rosjan), że nie mają szacunku ani dla tytanicznej pracy, ani dla faworytów. No coż, warto pamiętać że zwłaszcza w zimowej aurze nawet największe doświadczenie i wytrenowanie to tylko czynnik ludzki, góry zaś mają swoją zgoła inną filozofię. Kukuczka mawiał, że w Himalajach dla zrobienia czegoś nowego potrzeba: końskiego zdrowia, ogromnego doświadczenia, niezłego sprzętu i doskonałej logistyki, a przede wszystkim czegoś co może przeważyć te poprzednia razem wzięte: odrobiny szczęścia. Tak należałoby odczytywać słowa Denisa po ich pierwszym wspólnym zimowym wejściu na Makalu: "byliśmy o odpowiedniej porze w odpowiednim miejscu". Tego zabrakło teraz. Na Nandze skutkowało to porażką, na K2 - tragedią.

Jak będzie z dwoma grupami działającymi na Gasherbrumie 1 - pokarze życie. Pisałem, że rozpogodzenie jest na tyle słabe, iż można w ogóle go nie dostrzec. I owszem. Bazę i aż do 7 tys.m spowijają chmury, co przy średnio 17, 21 C "na minusie" i wietrze 20,25 km/h (lekkim jak na zimę) daje dość ponure warunki egzystencji. Za to przez najbliższe 3 doby powyżej 7200m jest klarowne niebo. Przepiękny widok: po horyzont chmury z których wygląda "morze szczytów". index.php?id=283&pic=198

 

14.02.2012 15:00 Nanga Parbat nadal będzie dzierżyć palmę rekordzistki w odpieraniu zimowych szturmów. Niezależnie od tego czy była to próba nr. 13 cz 14 (jest problem z policzeniem, gdyż niektórzy zimowi wojownicy 21 grudnia wylatywali już z Pakistanu do domu:) Denis i Simone ogłosili właśnie, że wobec długoterminowych prognoz nie dających szansy na szturm kończą wyprawę.

 

14.02.2012 07:00 Nadchodzi rozpogodzenie, ale na tyle krótkie, że nie wszyscy zdołają je dostrzec, a jeszcze mniej - z niego skorzystać. Nad Nangą przerwa w opadach potrwa zaledwie 30 może 40godz. Nawet 15 lutego pomimo słonecznego dnia wiatr tylko lekko zelżeje, by potem znowu osiągnąć nad wierzchołkierm siłe huraganu i przynieść spore opady.

Nad G1 pogoda tradycyjnie łaskawsza: 3 może 4 doby, za to wiatr nie ucichnie tak bardzo, jak to miało miejsce 8/9 lutego. Czasu niby wystarczy na kurs "zaopatrzeniowy", ale to zawsze niesie ryzyko że roztrwoni się potrzebne na atak siły. Natomiast bez takiego kursu, trzeba w przyszłym ataku ruszać z wiarą, że będzie gdzie spać. Zeszłoroczne wypadki na B.Peaku (bodaj 7 porwanych namiotów) pokazały, ze z tym różnie bywa.

Na razie cisza z drogi sąsiadów, więc nadal nie wiadomo czy hiszpański zespół osiągnął 6800m - przełamanie ściany.

 

12.02.2012 19:00 G1 Parę dni temu śledząc w bodaj 4 rożnych portalach dynamicznie zmieniającą się pogode i sięgając do doświadczeń z zimy na K2 i Nandze pozwoliłem sobie na uwagę: zimą zwykle przejaśnienia "w realu" bywają znacznie krótsze, niż wieszczące je prognozy. Polacy mieli okazję na własnej skórze posmakować tej bolesnej prawdy. Mam na myśli przede wszystkim dość dramatyczną noc z 9 na 10 lutego i pośpieszną ewakuację z c3. Grupa, jak to już pisałem, jest bezpieczna i od wczoraj liże rany w bazie, a ja nie mogę się uwolnić od deja vu, dziwnego uczucia, że gdzieś to już widziałem.

 

11.02.2012 14:00 G1 Wydaje się, że Polacy nie byli głusi na moje wcześniejsze "pogodowe zaklęcia" i są już w bazie. Grupie Gerfrieda ubiegły dzień upłynął na poręczowaniu terenu do 6650m. Warto zaznaczyć że linia poręczówek jest na tyle solidna, a "stromość" drogi na tyle honorna, że niebagatelną wys. c1 około 6200m udaje się zdobyć w około 7-8,5 godz. prosto z bazy. Jest to nie bez znaczenia dla postępu pracy. Dzięki takiemu układowi można z tylko jednym noclegiem powyżej bazy (który zwłaszcza zimą nie zapewnia regeneracji) pracować w pobliżu 7 tys. i jeszcze tego samego dnia, a w zasadnie nocy, wrócić tam gdzie kucharz, messa itp. Po wyjściu ze ściany (około 6850m) czeka ich nieznany jeszcze teren długiej prowadzącej do kopuły szczytowej grani/zbocza. Jeśli jedna nie okaże się ona zbyt trudna, to takie "szybki zdobywanie terenu wprost z bazy" może być lekarstwem na krótkie zimowe okna w pogodzie. Dla porównania: na drodze którą idą Polacy, aby "dobrać się" do Kuluaru Japończyków, nadkłada się wpierw sporo kilometrów idąc przeciwnie niż kierunek późniejszego szturmu. W ewentualnym przyszłym ataku na obu drogach będzie można szybko zdobywać wysokość i po zaledwie jednym noclegu być już na 7tys. Ale wariant Austiaka może mieć tę przewagę:

- że "godzinowo" leży bliżej. Jestem w stanie wyobrazić sobie przynajmiej niektórych "zawodników" z tej grupy, którzy w finalnym ataku potrafiliby po poręczach dojść w 1 dz. z bazy aż na 6800m

- oraz, co ważniejsze, że z racji terenu (nieporównywalnie krótszy od polskiego kawałek lodowca, a potem formacje ściany, które w wielu miejscach chronią przed bezpośrednimi podmuchami wiatru i za strome są na lawiny) można tam będzie startować jeszcze w ogonie złej pogody, czego nie wyobrażam sobie na drodze Polaków do c1 (m.innymi ściana GV ale i cały lodowiec!).

 

11.02.2012 08:00 Nanga Parbat W obecnym projekcie nowej drogi, jak to pokazał miniony tydzień, przy każdej następnej poprawie nie da się startować do c2 jeszcze w złej pogodzie, ani nawet w pierwszy dzień przejaśnienia. Zawsze trzeba będzie ze wzgl. na zagrożenie lawinowe odczekać/zmarnować co najmniej jeden z i tak nielicznych dni nadających sie na atak. To nieszczęsne przejście u wylotu kuluaru Kinshofera i kolejnych sąsiadujących z nim! Denis z Simone postanowili wczoraj zmierzyć się z "równaniem na kwadraturę koła", a rozwiązania takie albo bywają nierealne, albo genialnie proste. Zmienili początkowy fragment drogi przez lodowiec. Przy czym łatwiej to powiedzieć, niż w labiryncie szczelin i seraków, pokrytym jeszcze świeżym śniegiem - wykonać. Raportują wieczorem, że się udało. Mają przetarte i otraserowane nowe dojście, więc z większym optymizmem patrzą na nadciągającą śnieżycę. Z prognozy wynika, że już w Walentynki, kolejne pogodowe okno sprawdzi jakość tego rozwiązania, przy czym nie należy zapominać, że himalaizm różni się nieco od geometrii. Tu błędne rozwiązanie nie kończy się tylko "lufa w zeszycie". Lada chwila powinniśmy dowiedzieć się, czy i sama koncepcja wyjścia też ewoluuje. Poprzednio Simone na atak rezerwował nawet 7 dni. To dość zachowawczy i bezpieczne plan, ale niestety, jak dotychczas góra, a w zasadzie aura, dyktuje znacznie trudniejsze warunki.

 

10.02.2012 09:30 G1 Jak to zwykle zimą z pogodą - przejaśnienia "w realu" bywają znacznie krótsze, niż wieszczące je prognozy. Na G1 dobra aura miała wytrzymać aż do ranka 12 lutego. Faktycznie "mocniej dmuchnie" (nad samym szczytem blisko 100km/h) dopiero w niedzielę, ale już w sobotę zaciągnie się i zacznie "sypać". Dzisiejsze popołudniowe zachmurzenie będzie "krótką próbą" tego, co już wkrótce na dłużej tu zagości. Obie grupy najpóźniej w sobotni ranek powinny zameldować się w bazie. Bardziej dotyczy to Polaków, którzy w drodze powrotnej muszą pokonać lodospad/lodowiec pomiędzy c1 a c2 i z pewnością nie chcieliby tego robić w śnieżycy:(

 

09.02.2012 18:30 K2 Po 3 lotach ewakuacyjnych Baza-Paju, a następnie locie transportowym, całość ekipy Rosjan wraz z towarzyszącymi im pakistańskimi pracownikami bazy, oficerem itp dotarła dziś do Skardu.

 

09.02.2012 16:30 Po rezygnacji Rosjan i wobec faktu, że na Nandze pokrywa śnieżna udaremniła pierwszą próbę ataku, a pogoda nadal trzyma zespół Denisa i Simone w szachu; na czoło "zimowego peletonu" w mojej opinii wysunęli się Polacy z G1. Ten dość niespodziewany awans z końca stawki zawdzięczają 2 faktom:

1) doskonale wykorzystali ubiegłe rozpogodzenie z przełomu sty/luty. Po falstarcie, gdy w pierwszym wyjściu nie udało się im dotrzeć nawet do połowy drogi do c1, szybko się pozbierali i tak jak wróżyłem, po zaledwie 2 dobach mieli już c1 oraz z rozpędu założyli c2.

 2) wybór drogi, która na podobieństwo zeszłorocznego G2, od pewnej wysokości "przestaje stawać dęba" i zaczyna być przewidywalna, co jest niezwykle ważne przy zimowej aurze, a do tego oferuje liny poręczowe pozostawione przez poprzedników. Temu ostatniemu poświęcę nieco więcej uwagi. Od dawna zauważam, że w kategorii "8tys." na "liny sprzed lat" najbardziej destrukcyjnie wpływa nie wiatr, a śnieg. Zwykle końcem letniego sezonu na formacjach "nie-skalnych" większość stanowiskowych śrub i szabli wytapia się i wypada, liny zaś sukcesywnie nikną pod lodem. Gdy na to nałożyć: ich standard (coraz modniejsze, bo lżejsze i tańsze "jednorazówki made in china"), jesienne opady, a do tego schodzące lawiny - efektem jest, że z ogromnej większość lin i stanowisk w takich miejscach góry oczyszczają się same. Biorąc pod uwagę, że na G1 ostatnie solidne (w rosyjskim rozumieniu: całościowe) poręczowanie miało miejsce w 2006r (późniejsze wyprawy ograniczały się jedynie do "poprawek") - to na pierwszy rzut oka "kuluar Japończyków", mimo że jest na tej górze drogą najpopularniejszą, nie powinien pozostawiać złudzeń co do stanu lin. Ale... Przechodząc go, zauważyłem że działa tam specyficzny "genius loci" - w którym upatruję szansę dla polskiego zespołu. Owszem kuluar jest formacją którą "kochają lawiny" (zwłaszcza po opadach) i nie można o tym ani na chwilę zapomnieć, czy to wybierając porę przejścia, czy chociażby rozkładając u wylotu namioty c2. Tym bardziej, że zwieńczeniem kuluaru - czego nie widać z dołu - jest niemal książkowy przykład "lawinowego leju". Niemniej jednak liczne wyprawy nie bez przyczyny tam uplasowały popularną drogę. Otóż w większości kuluaru liny poręczowe prowadzi się po skałach omijając, gdzie tylko się da, dno śnieżnej rynny. Idę o zakład, że zimą niemal wszystkie stanowiska i ogromna część lin unika tam śnieżnej zagłady. A ponieważ dzieje się to nie na zboczu czy grani, ale w cieniu urwiska i mimo wszystko w kuluarze, to wiatr (druga po śniegu przyczyna zrywania lin) też nie wyrządza im zbyt wielkiej krzywdy. W 2009r te pęki leciwych poręczy były na tyle duże, że wspinając się tam samotnie (gdy w pojedynkę niesiesz cały sprzęt biwakowy, "wadzi" każdy zbędny gram) szedłem tamtędy bez pałaniety i bez... uprzęży. Nawet z cięższym plecakiem dało radę iść z dziabą i jedną ręką na tych girlandach starych lin. Dlatego bardzo mądrym posunięciem grupy było posłanie jeszcze w poprzednim wyjściu "zwiadu" pakistańskich wysokościowych tragarzy z depozytem do kuluaru. Przynieśli oni wiedzę, że stan lin jest zadowalający. Jeśli teraz uda się wykorzystać ostatki pogody (dziś, jutro) na dotarcie do c3 w okolicy 7170m, a jeszcze lepiej na nocleg aklimatyzacyjny, to może to być nawet na miarę finalnego sukcesu. Oczywiście - nic za darmo. Wyście z kuluaru - wspomniany przeze mnie "lawinowy lej" tuż pod c3, jest strome i nieprzyjemne. Wymaga sporej liczby inteligentnych trawersów, i jest to miejsce, gdzie mogło przysypać całość lin. Ale to zaledwie ok. 100m zbocza.

08.08.2011 | 13:15

Tradycyjnie pojawiłem się pod Górą pod koniec lipca, po akcji na Gasherbrumach. Tradycyjnie poszedłem na Rzebro Abruzzich, ale nowa była po temu intencja. To co zastałem na drodze Basków, atmosfera i realizacja: angażowanie wysokościowych tragarzy, konieczość płacenia za liny - bez możliwości odrobienia tego w towarze i pracy - skłaniały, by się tam po prostu nie pchać. Ze "Skrzypka na dachu": "Boże błogosław cara i...trzymaj go jak najdalej od nas".
Poszedłem na Abruzzi i było to dla mnie odkrycie. Droga niby ta sama, te same turnie i te same świstające nad głową kamienie, (lato znów upalne było), ale sposób "ciut" inny. Od mniej więcej pięciu lat widzę, jak coraz więcej wypraw "przenosi" sie na Bask-road (teraz tam kłócą się co kto zafiksował, a co zafiksować powinien), a droga pierwszych zdobywców, dłuższa i uchodząca za niebezpieczniejszą (skalne lawiny, Czarna Piramida, bariera seraków na 7700m itp) coraz bardziej sie wyludnia. W tym roku, fizycznie "zaglądnęło" na nią początkiem lipca bodaj dwoje ludzi: a i to zrezygnowali i przeniesli sie na "basków" jeszcze sporo przed obozem 1.
Plecor ważył dobrze pod 18kg, a na całym przebytym tego ranka odcinku (gdzieś do 6400m) znalazłem (t.j. wyrwałem spod lodu) całe 50m (!) starej poręczy, coby posłużyła w zejściu. Tam niestety musiałem odpuścić. Dopadł mnie "głos rozsądku" a i zaraz w zejściu przetestowałem, że ów głos miał niestety racje. Przy tak upalnym lecie dolna cześć drogi Abruzzi (aż do Czarnej Piramidy) zamieniała się popołudniami w kaskady wody, które nocą, zamieniały sie w pola szarego lodu. Do góry a i owszem szło nadspodziewanie (jak na taki bagaż) szybko, ale w dół, pomimo 2 dziab było nadspodziewanie czujnie. Zdałem sobie sprawę że, jeśli sprawdzi się prognoza, to po 3 dniach lampy, bedzie to jedno wielkie lodowisko, więc pomimo dźwigania ponad 100m liny mam marne szanse, aby w miarę szybko tędy się wycofać. Tak samo oczywiste było dla mnie, że nie mogę pozwolić sobie na trawers - przejść na 8tys. i schodzić Bask-road - bo jest tam tak jak jest. Z bólem serca, tym większym im bardziej sprawdzała się prognoza, zszedłem i dni pogody wykorzystałem na zaglądnięcie na wschodnią ścianę (do dziś bez drogi) i na podejście na południowej w kierunku obozu 1 na drodze Kukuczka-Piotrowski. Nieprędko zapomnę jak smakuje taka "samotność w ścianie" co zwiększa we mnie determinację, do "wzięcia się za bary z marzeniami" - patrz: oba rekonesanse. Jestem już w wieku gdzie marzyć nie ma za bradzo czasu. Albo się je próbuje spełniać, albo do piachu, czy też na emeryturę.

06.08.2011 | 23:57

Za tak piękne dni płaci sie głebokim załamaniem: w Skardu burza, deszcz. Zamiast 45min. lotu kolejny już raz będą 2 dni jazdy KHW i wszystko na styk. Sela viev!

05.08.2011 | 23:11

Jutro Skardu i młyn porotu do kraju. Dzis: ze śpiwora słucham łoskotu rzeki Braldo. Patrze na modlących się tragarzy i wspominam Piotra Morawskiego.

05.08.2011 | 01:16

Kolejny nocleg pod gwiazdami. Ależ tu pięknie. Słucham, jak M.Grechuta śpiewa, że "ważne są tylko te chwile, których jeszcze nie znamy" dlatego wrócę tu niebawem.

04.08.2011 | 00:32

Jest tak pieknie, bezwietrznie, że w Urdokas śpię pod rozgwieżdżonym niebem i patrzę na samotne światło w dolnej częsci wschodniej ściany Namles Trango Tower.

03.08.2011 | 04:49

Zdobywcy, zdobywczynie, zdobycze, budżety,gaże. Jest jeszcze miejsce na przygodę, wspólne przeżycie radości, strachu, powodzenia i przegranej. Góry to nie korporacja!

02.08.2011 | 23:40

 Uf, jestem już na dole. Łatwo nie było: 700m lodowiska, gdzieniegdzie fontanny wody. Czujnie na dwuch dziabach, no i tobołek pod 18kg. Oj łapy bolą. Teraz do bazy.

02.08.2011 | 23:39

Jestem na 6400m. Szło nawet nieźle: bez lin 6godz.z tobołkami, ale droga -na dole lawiny, a tu pola szarego lodu. Strach pomysleć, jak to będzie wygladać za 3-4dn słońca. 1,5km lodowiska o nastromieniu do 60%. Owszem, tacham 100m liny, ale Duch Św.mi jej nie prztrzyma. Bez partnera przyzmianie pogody jest to droga tylko do góry, a na zejscie Bask-road nawet nie śmiem liczyć. Jesli za 2tygodnie chcę usciskać syna, to nie mam wyboru W DÓŁ. Pogodę wykorzystam: ogladnę wschodnią ścianę; zaglądnę na drogę Kukuczki.

02.08.2011 | 17:14

Jestem na siebie zły: w nocy długo nie mogłem zasnąć, potem wiało i sypnęło i.. wyszedłem dobre 2godz. później niż chciałem - słońce spija mój pot.

01.08.2011 | 22:40

Nie czekając na koniec śnieżycy - ruszam. Jestem w bazie wysuniętej pod ścianę. U Memoriału Mrowki kładę kwiaty i modlitwę. Mam bardzo dużyt respekt co do drogi i małe szanse: absolutnie sam na drodze i Bog wie ile sniegu powyżej 7000m.

01.08.2011 | 09:32

Od 2 dni jestem spakowany, wstaje o trzeciej rano i.. huk lawin i mgła/śnieżyca. Owszem, mogę spróbować przejść "na pamięć" lawiniaste stoki Rzebra Abruzzi, ale chciałbym... je widzieć; zwłaszcza, że przy takim ociepleniu będze się zapewne sypało "nieco" kamiennych lawin.

31.07.2011 | 18:42

Plany planami, a snieżyca - ma sie dobrze, wiec raczej nie dziś. Prognoza mówi o parodniowym oknie, ale Bóg jeden wie, ile powyżej 7000m leży śniegu. 

31.07.2011 | 18:35

Pan Zangrili zrobił mi dziś nietypową pobudkę. Wymachując telefonem wyzwał mnie od złych ludzi. Argumentacja i sposób przekazu były karczemne, więc raczej oszczędzę sobie przytaczania szczegółów. Dość powiedzieć, że nawiedzał mnie dziś bodaj trzy razy za każdym zalewając potokiem wyzwisk, żeby nie powiedzieć gróźb i żądał usunięcia z mego bloga informacji, że za możność wspinaczki na Bask-road mam zapłacić 500$. To nawet nie była kłótnia - tylko jego monolog, w którym za Boga nie pozwalał mi powiedzieć ani słowa. Dlatego długo trwało zanim w potoku pretensji wyłowiłem, co jest takiego nagannego w podanej przeze mnie informacji. Otóż p.Zangrili "jest teraz zasypywany mailami od przyjaciół, wytykającymi mu jego pazerność". Powiem szczerze szczena mi opadła. Nie mam bladego pojęcia, jakich ten pan ma przyjaciół, ale ja nic o "pazerności" nie pisałem i moim zdaniem trzeba sporo złej woli, by w notatce sucho opisującej waruki "że są takie a takie" zobaczyć cokolwiek więcej niż li tylko informację.

Zdecydowanie spróbuję wszystkiego, tylko nie drogi Basków :-)

30.07.2011 | 00:05

Drugi dzień śnieżycy - odsypiam, reperuję sprzęt. Zaraz po przyjściu spotkawszy Gerfrieda, Zangriliego i Kingę zapytałem z kim mam rozmawiać o ewentualnej wspinaczce  drogą Basków. Ponieważ są tu dłużej i pociągnęli już liny do 7tys. to kto tu szefuj, bym mógł porozmawiać o zwrocie nakładów, jakie grupa poniosła przy ubezpieczaniu drogi, odpracowaniu itp. Obaj panowie od razu wskazali szefa - Kingę, a ta stwierdziła, że się naradzą. Wieczorem tego samego, pierwszego dnia, podszedł Zangrili i powiedział, że grupa za wspinanie Bask-road chce ode mnie 500$. Ponieważ ta kwota przemnożona przez 13-14 osób jakie miało wziąść udział w ataku dawała sumę pozwalającą olinować w jednym sezonie K2, Broad Peak i pewnie jeszcze jeden z Gasherbrumów zapytałem dlaczego aż tyle - usłyszałem, że Amerykanie mają 3 HAP-sów a Austriacy 2 i to pomnaża znacznie koszty. Zaproponowałem, jak to jest zwyczajem, część kosztów w materiale (miałem dobre, przywiezione z kraju liny, śruby itp) oraz z racji dobrej klimy na G2 "odpracowanie powyżej 8tys." Dowiedziałem się, że nie wchodzi to w grę - grupa zainteresowana jest wyłącznie zwrotem nakładów w gotówce. 

26.07.2011 | 12:19

Szyickie świeto Aszura - Północny Pakistan rozbrzmiewa lamentacjami procesji biczowników przy wtórze których docieram pod moją Góre Gór. JEST PIEKNA

26.07.2011 | 03:01

Ola i chłopcy wraz z karawaną zapewne już w Gore 2, a ja suszę, piorę, ceruję. W międzyczasie przemiły wieczór w gronie Iranczyków -wspominamy Leile, która zabrało G2

25.07.2011 | 17:53

Zejście było niemal tak samo trudne jak sam szczyt. Stracony i cudownie odzyskany plecak Oli (wypatrzyła go u podstawy ściany).  Zdewastowane przez schodzący przed nami tłum liny i szlak przez lodospad (dosłownie każdy śnieżny most od chodzenia w pełnym słońcu rozorany); mdlejące od ciężaru plecy i nocne wędrowki po lodospadzie - w dzień był zbyt niebezpieczny/rozmiękły. Grupa spieszy do kraju, a ja naprawiam sprzet i... zerkam ku Górze Gór - czas mierzyc się z marzeniami.

24.07.2011 | 09:17

Szczyt, mimo nerwów i pogody bywa przyjemnością, zejście - koniecznością i mordęgą.  Znoszenie obozów, pregież czasu - bo idzie załamanie itp.  Nie ma chwili na sycenie się sukcesem. Sela view

23.07.2011 | 11:28

Wczoraj 22-go lipca po 13.00 Ola, Masza i ja przy sztormowej pogodzie stanęlismy na szczycie GASHERBRUMA 2. Ola zaczyna swoj wyścig do kraju, ja bieg pod K2.

Nocne wyjście obfitowało w emocje. Przy dużej ilości śniegu sporo czasu zajęło nam odszukanie początku starych poręczy. Tam z kolei doszło do paru scysji, gdzie zostałem nazwany "zawalidrogą" , gdyż konsekwentnie odmawiałem brania udziału w wyścigu gąsienic. Na wszelkie próby poganiania, niezależnie o ilości osób za plecami odpowiadałem: "this is very old fixroup; one fixroup-one people" i czekałem, aż idący przede mną przejdzie kolejne stanowisko. Na trawersie po wschodzie słońca zatory nieco się rozładowały, za to pogoda zdecydowanie "siadła"- cała kopuła w morzy przewalających się nad nią chmur i wiatr ze 40-50km/h. Na szyt docieramy w parominutowych odstępach i spędzamy tam, zaledwie kwadrans. Przez chilę widzę w oddali "czubek" K2. Po nas dociera Irańska para: Leila i jej partner (?) Leilę znam sprzed roku - sprowadzałem ją wtedy z objawami obrzęku mózgu na drodze Abruzzi z obozu 3. Leila ma osobistego pakistańskiego HAP-sa, niesie on jej czekan i inny sprzęt tak że sama Iranka idzie bez jakiegokolwiek plecaka, tylko z jednym kijkiem. Szerpa nie zabawił na szczycie długo, ponieważ wieje tu znacznie mocniej - "czmychnął" pod skałe 40m poniżej grani szczytowej. Leila rusza wdół tuż przede mną. Na moich oczach (jakieś 15-20m) zaraz poniżej grani szczytowej popśliznęła się i runęła w dół. Niemal podobnych okolicznościach i podobnym miejscu poleciał przed rokiem jeden z moich membersów. Tamten zaledwie skręcił sobie kostkę - między innymi dlatego, że bezwzględnie wymagałem od chłopców noszenia kasku i czekana. Leila nie miała ani jednego, ani drugiego. Wogóle w tym roku tylko moja ekipa zakładała kaski i bynajmniej nie tylko na ice-fallu. Nie dało się przed dziewczynami ukryć upadku Leili, schodząca za mną Ola słyszała krzyk - zatem bojąc się o ""psyche" i przypuszczając, że możemy nagle natknąć się na ciało nakazałem dziewczynom schodzić twarzą do stoku. Niestety moje czarne podejrzenia się potwierdziły. Z daleka dostrzegłem leżace obok ścieżki ciało Iranki. Jej koledzy (bodaj 7 czy 9 osób) nie zdołali przetransportować go do najbliższej szczeliny, więc pozostawili bezpośrednio przy szlaku. Pewnie myśląc, że powrócą. Bojąc się nagłej konfrontacji z tym faktem, przygotowałem dziewczyny na to spotkanie. Masza już wtedy bardo nam słabła, więc tempo zejścia było wolne. Do namiotów dotarliśmy już przy świetle latarek.

Dziś rano przy pakowaniu się Ola straciła niemal cały swój dobytek - wiatr wywiał jej prawie spakowany plecak z puchami (śpiwór, łapawice, kombinezon) radiem i wieloma drobiazgami. Z naprędce zaimprowizowanego worka i 10m liny robie dla niej transportowy wór - ale co to kryć - komfort noszenia takiego wora jest żaden.

22.07.2011 | 01:35

Pomimo śnieżycy przebiliśmy się do c3. Dziewczyny w biblerze, ja w mojej chatce-szmatce łapiemy parę godzin restu i.. ruszamy. Trzymajcie kciuki!

21.07.2011 | 01:13

Jak zwykle: z braku chętnych torowanie do c2 przypadło na nas. Włosi, Irańczycy, tłum Austriaków itp raczą się na nas wozić. A my c3 i jak dopisze pogoda szturm.

19.07.2011 | 15:46

Ani śladu po rozpogodzeniu sprzed dwuch dni. Zdaje się, że wychodząc jako pierwsi popełniliśmy falstart. Drugi dzień czekamy na poprawę w c1. Tu śnieżyca, a powyżej 7000m nieustanny huk jetstream-u. Chcemy spróbować w tym wyjściu już do szczytu. Niestety zapowiada się, że znowu samotnie torujemy dla czającego sie zza pleców tłumu.

14.07.2011 | 22:30

Z całego walczącego o G2 bodaj 40 osobowego tłumu nasza trójka zrobiła połowę pracy przy linach. Nic dziwnego ze dziewczęta nie mogą pogodzić się, że tylu innych atakuje szczyt po naszych śladach, gdy my musimy odpoczywać. Oj, wy baby!

12.07.2011 | 20:50

Dziś "spadamy" z c2 prosto do bazy. Jeszcze nocą przeszlismy plujacą śnieżnymi deskami "banana ridge". Uczciwie: po 6 dniach śnieżycy nie było to ani łatwe, ani bezpieczne. Pociłem się wyrywając liny z lodu i spod blisko metra śniegu. Z duszą na ramieniu, że podetnę całe zbocze. Westy w tym czasie dzielnie nam dopingowały z... c1, po czym świerzo przetorowaną aleją udały się do c2. Od wczoraj czekali, na nasze zejście :-)

11.07.2011 | 19:21

Prognozowane pogodowe okno spoźnia sie już drugą dobę. Praktycznie nie mamy już jedzenia - karmię dziewczyny swoją racją słodyczy (mam z czego chudnąć). Czas spadać na dół na rest TYLKO przekopać te LAWINIASTE ŚNIEGI zwłaszcza tam, gdzie miałem zastrzeżenia co do braku poręczy.

09.07.2011 | 17:30

Trzeci dzień w c2 w "śniegopadzie'. Nie puszcza ni w góre - mamy wciąż nadzieję na dalsze poręczowanie do c3, ni w dół. Namiot, przytłaczany przez zwały świerzego śniegu zwolna zaczyna przypominać norkę,  wiec go przestawiamy. Racjonujemy jedzenie i... czekamy.

08.07.2011 | 14:13

Drugi dzień śnieżycy przeczekujemy w c2. Wczoraj zdołaliśmy pociagnąć liny do ok.6700m, ale zatrzymało nas lawiniaste pole. Teraz dowaliło 0,5m świerzego puchu. Góry uczą czekać.

06.07.2011 | 23:19

Startujemy z c1 i przechodząc c2, razem z Olą wynoszę na 6450m depozyt: namioty, żarcie, gaz, kombinezony i sprzęt na jutrzejsze poręczowanie: 400m liny, śruby, szable. Westy dziś się nie popisały: przy cudownej pogodzie, śpiąc wcześniej w c2, dwudziestka/trzydziestka ludzi położyła... 100m liny.  Teraz popołudniem wieszcząc jutrzejszy poranny sztorm, spadają  w dół. My - jeśli pogoda dopisze poręczujemy.

05.07.2011 | 17:16

 w Bazie restu wszystkiego było 2 noce i...do góry. Teraz drugi dzień z rzędu jesteśmy w c1 i... westmeni mawet nie ukrywają, że od tygodnia nie dolożyli ani metra lin. Spierają się kogo terez kolej (czy Koreańczycy, czy Japończycy czy "koblersi" czyw końcy liczna wyprawa Gerfrieda) i  zekaja na nas. Cóż - ruszamy nocą, oby tylko pogoda.

30.06.2011 | 19:40

Zbiegamy do bazy i mijamy stado westow+HAP-sów (ponad 30 osób). Na ciągłe pytania: "Zaporęczowaliście do c2?", moja odpowiedź brzmi niezmiennie: A gdzie twoje liny i praca?

29.06.2011 | 17:08

Po dwuch noclegach w c2 jesteśmy już c1, ale nie  nie było łatwo. Bo i ostra śnieżyca, i fatalne ułożenie lin - na lawiniastym stoku, lub wręcz ich braki - tam gdzie poręczowały westy. Trzeba będzie pogadać o skorygowaniu tego odcinka, bo kogoś tu jeszcze w złą pogodę przysypie.

27.06.2011 | 20:45

Gdy westy i ich HAP-sy grzeją do bazy, my idziemy do góry. Kończymy poręczowanie eksponowanej śnieżnej grani w górnej części "banana ridge". Już w śnieżycy doprowadzamy liny do c2.  Poprzednio "koblersowe" HAP-sy poprowadzili szlak za bardzo na lewo, więc teraz aby dojść do obozu "muszę zdobyć" 2 niepotrzebne turnie, a cała lodowa grańka wydłuża się "o drugie tyle ile w latach ubiegłych". Nie ma zabardzo czasu klnąć na poprzedników -śnieżyca przybiera na sile i trzeba szybko kopać platformę, stawiać namiot.

27.06.2011 | 00:03

Wyszliśmy po zaledwie jednym noclegu w bazie, ale teraz to już druga noc w c1. Wszystkie inne wyprawy ewidentnie migają się od poręczowania, wiec i ja powstrzymuję dziewczęta od wyrywania się przed szereg. Ale pogoda nie potrwa wiecznie, więc jutro czas przedrzeć się do c2. Bierzemy cały potrzebny do założeniaq obozu sprzęt i jakieś 300m liny.

23.06.2011 | 17:15

Zbiegamy do bazy, ale nie na długo - dobre prognozy każą wykorzystać pogodę jak tylko się da. 25 lat temu WANDA stanęła na K2, a przed 15 laty stanął tam ostatni z naszych. Nadal żałuję, że nikt nie pomógół w poręczowaniu -była po temu pogoda i mogliśmy wszyscy mieć już c2, a co ważniejsze: ubezpieczoną "banana ridge".

22.06.2011 | 18:40

Sforsowaliśmy szczelinę brzeżną i poręczujemy w kierunku c2 - z racji dużej ilościi śniegu w ścianie wybieram wariant "lewy" - trudniejszy technicznie i bardziej stromy, ale za to osłonięty od ewentualnych lawin.  Niestety Kobler-team i utytułowani Koreańczycy ewidentnie idą po naszych śladach. Szkoda, pogoda pozwalała dziś na wiecej. Cest la vie!

21.06.2011 | 21:53

Jesteśmy już w c1. Jeszcze wczoraj pomagali nam "koblers-owi" Szerpowie" ale zeszli do bazy. Zatem naszej trójce przypadło przecieranie odcinka obok stoków Gasherbruma V. Po zimie (wypadek Denis&Co) przejście obok G5 dostarcza emocji, tym bardziej, że lodowiec jest w o wiele gorszej kondycji niż ubiegłymi latami. Przedtem trzeba było "przemknąć" jakieś 200m obok "plującego lawinami stoku" - teraz w zasadzie trzeba na niego niemal wejść. (Później jeszcze bodaj 2 razy szukaliśmy jakiegoś obejścia tej partii drogi, ale bezskutecznie).

18.06.2011 | 22:06

Zakładamy bazę w 111 urodziny Walaszkowej. Za Twoje zdrowie, "żeś usynowiła mnie włóczęge!" (cytując STED-a). Jesteśmy w tym roku już od Concordii pierwsi, ale zaraz za nami komercyjna wyprawa Kobler&... Pogoda jak na razie pod psem: śnieży i bardzo ciepło.

17.06.2011 | 19:35

Concordia, a tu osobisty sprzet teamu z zimowego Broad Peak-u. Deja view? Po zimowej wyprawie NETIA K2 swój osobisty bagaż dostalem w.. sierpniu. Czyżby i tym razem po polsku -długi?

14.06.2011 | 21:31

Wczoraj w deszczu - pomykalismy, dziś piekne słońce wypija z nas resztki wilgoci, ale już jutro insh-Allah Urdukas, a powyżej 4tys. upały już nie takie. Kury ku rozpaczy Oli zarżniete i dziś będą serwowane do obiadu. Trudno być na tak długiej i męczącej wyprawie wojujacym wegetarianinem. Sprawdza się przysłowie: przy stole albo jesteś zapraszany do jedzenia, albo jesteś... w menu.

13.06.2011 | 17:24

Dziewczyny wymyśliły, że ponieważ szkoda im czasu pójdą do bazy "po swojemu": zamiast tygodnia w 4 dni. Na nic tłumaczenie, że one może i owszem - nie zgubią się na lodowcu, z głodu przez te parę dni nie zginą, ale dlaczego w imie ich pomysłów mają cierpieć tragarze? Kobiece pomysły na podróże po Pakistanie wprawiają mnie w osłupienie. Zdaje się, że "moje gały, nie do końca wiedziały co brały". Cóż, Allah dał, trzeba przyjąć.

12.06.2011 | 21:28

Askole, dopiero tu widać cały ogrom zeszłorocznej powodzi: nasz jeep jest pierwszym, który od lipca 2010 dojechał do końca bez przesiadek na zawałach.

11.06.2011 | 16:19

Dojechalismy do Skardu, ale lekko nie było. Karakorum Higihway przed rokiem udrożniono w niespełna miesiąc po powodzi, ale udrożnienie dalekie jest od naprawy. Jeszcze po roku widać skutki powodzi.

09.06.2011 | 20:47

Pogoda jest "nielotna" więc kolejny raz ruszam na KHW. Wszędzie widać skutki ubiegłorocznej powodzi. Jemy późny obiad przy akademii wojskowej w Abotabad, tym ABOTABAD i bynajmniej "nie czujemy na plecach oddechu Osamy". Jest tak samo jak poprzednio, a przejeżdżałem tędy w ostatnich paru latach każdego roku.

08.06.2011 | 21:14

Wakacje, a więc - od lat "jak zwykle" ruszam do Pakistanu. Jak zwykle na początek akcja na Gasherbrumach i jak niezwykle w grupie samych kobiet.

Od 2 dni jestem w Islamabadzie, przygotowując wyprawę czekam na dziewczyny. Z perspektywy Europy, w agencyjnych newsach, widać tylko talibow, ale wystarczytylko tu być... Podczas gdy w Indiach płoną kościoły, z okien mego hotelu widze 2 nowobudowane i otwarte. Wielokrotnie słysze, od pracownika hotelu, od brodziatego sierżanta wojsk liniowych - deklaracje chrześcijaństwa.

13.04.2011 | 18:03

6.06.2011 Islamabad. W przeddzien wylotu wszyscy znajomi w Polsce pytali, czy tu jest niebezpiecznie. Jesli w ostatnich 5 latach bodaj dziesieciokrotnie przejeżdżałem Karakorum HW w pobliżu jego (osamy Bin Ladena) domu i było bezpiecznie, to dlaczego teraz, gdy już nie żyje, miałoby być inaczej? Nawał pracy nie daje mi zbyt dużo czasu na dywagacje. Po prostu robię swoje. Ale bywając tu tak często, od pewnego czasu odbieram, na jakich falach nadaje tutejsza ulica. I ta wiedza mówi mi, ze coś istotnego się zmieniło. Czy na lepsze, czy na gorsze - jeszcze nie wiem, ale zdecydowanie "post-binladenowa pakistańska ulica" jest inna.

27.05.2011 jakowyś internetowy człek, śle mi maila z podziękowaniami za moje "wierszopodobne próby" sprzed lat i cytuje:

WOBEC POTĘGI GÓR PROŚCIEJ ODKRYWA SIĘ SIEBIE,

A PRZYNAJMNIEJ TO, ŻE WIĘKSZOŚĆ GRANIC I LĘKÓW

TO TYLKO UŁOMNOŚĆ NASZEGO UMYSŁU,

POZA KTÓRĄ ZACZYNA SIĘ WOLNOŚĆ"

index.php?id=55

Doskonale pamiętam gdzie i jak to pisałem. Czwarty, czy piąty dzień huraganu na 7tys. (zachodnia Pobieda 2000 rok) - bodaj najtrudniejsza z siedmiotysięcznych gór. Burza dorwała mnie z M.Kaczkanem niespełna pół dnia wspinaczki od szczytu i nie puszcza ani do góry, ani nie pozwala ucieć w doliny. Skończyło sie żarcie i kończy gaz, a człowiek z braku tlenu kawałkiem ołówka na etykiecie z rosyjskiej puszki sardynek wypisuje swoje "rojenia o wolności".

Przez następną dekadę parę jeszcze takich "obertasów ze śmiercią" zatańczyłem, i są to nacenniejsze chwile. Nie przez to, że blisko szczytów, bo ze szczytami bywało różnie. Nie przez to ze adrenalina, bo adrenaliny przy tak totalnym zgnojeniu, niedotlenieniu i odwodnieniu się nie odczuwa. Przez to że blisko Boga, że poza strachem.

To właśnie sprawia że góry - niezależnie od tego, czy to Babia Góra, czy K2 - uzależniają bardziej niż cokolwiek. Wolności nigdy nie znalazłem ani w "kopie adrenaliny" ani w paleniu trawy i takich tam; ale odnajduję ją w codziennym samoograniczanu i przekraczaniu granic, choćby takim jak to: by zwlec sie o 5 rano, nakłaść na plecy kilogramy dresów i pójść pobiegać w pola i bagna. Biegam tak od ćwierćwiecza i zaręczam, każde pierwsze 100m powtarzam sobie: chłopie, po co ci to, za jakie grzechy!

Granice, które nakłada mi pogoda, zmeczenie i góra, i te które sam sobie nakładam - muszą być. Inaczej nie poczułbym wolności, jaka rodzi się przy ich przekraczaniu. Przekraczaniu a nie odrzucaniu, bo bez granic nie ma wolności - jest tylko anarchia. Lada chwila kolejny raz jadę na spotkanie z Karakorum. Co z tego że to już "nasty raz" - i tak jak zawsze nie ma wiz, jak zawsze administracyjne kłody pod nogi, jak zawsze niedopięty budżet, jak zawsze poczucie, że mogłem i powinienem lepiej się przygotować. I jak zawsze nadzieja, że ze wszystkich sił poprubuję do szczytu, a Ty Borze zadbasz, by "granice" przypomniały mi o wolności za którą tak tęsknię.

13.04 2011 Katmandu: Pogoda tej wiosny w Nepalu wyjatkowo niestabilna. Mimo to na Kala Pattar i Iskand P. wstrzeliliśmy się w cudowne poranki.Teraz rafting i safarii.
02.02.2011 | 08:52

15 mar 18:00  Hidden Peak góra tej zimy odparła atak, ze względu na warunki (wiatr na przełęczy w obozie 2), grupa podjęła decyzję o powrocie i zakończeniu wypray. Team z Broad Peaku ma zamiar dzisiejszej nocy atakować i mam cichą nadzieję, że to moja prognoza się myli, bo jeśli nie... to będzie ostra jazda. W/g tego, czym dysponuję: wiatr już w nocy znacznie wzrośnie, a jego siła i kierunek nie dadzą wielkich szans na grani. Ponadto popołudniem ma zlekka sypnąć "schodzącym w trwarz", przy czym cały czas temperatura odczuwalna na grani oscylować będzie około -46C.

13 mar 8:00 Kolejny atak na Hidden Peak W ubiegłą środę plany zespołu pokrzyżowała trudna lodowa ściana powyżej 6600m. Zawrócli i już z bazy obserwowali czwartkowe wypogodzenie. Nie rezygnują jednak ze szczytu. Po krotkim odpoczynku wyruszają w niedzielę od razu na przełęcz między Gasherbrumami pierwszym i drugim (tradycyjne c2) i działając na drodze 'kuluar Japończyków" chcą zaatakowac szczyt we wtorek 15 marca. Pomimo mocniejszych niż czwartkowe wiatrów, utrzymuje się słoneczna bezchmurna pogoda i tak ma być jeszcze przez parę dni. Owszem trzeba liczyć się z wiatrem utrudniającym zwłaszcza zejście, ale tak długa przerwa w opadach i zachmurzeniu daje szanse. Z moich odwiedzin  "kuluaru Japończyków" (ostatnim razem lipiec 2010r): na części drogi skorzystać będą mogli z  lin pozostawionych przez nas w 2009 i 2010. Problemem są warunki śniegowe. Jak go będzie za dużo - źle, bo lawinisto i strasznie spowalnia; jak za mało - na skalnych partiach a zwłaszcza tuż poniżej obozu 3 może być ostry i stromy lód.

Na Broad Peak-u na razie cisza, kończąca swój udział w wyprawie  dwójka Polaków wczoraj wyruszyła pieszo w doliny, reszta odpoczywa i.. zastanawia się, co dalej. Nadal są liny do 7200m i to by było na tyle. W poprzednim wyjściu przy aż dwuch grupach można było oprócz atku spróbować założyć c4, i ubezpieczyć drogę do przełęczy. Oczywiście osłabiłoby to "siłę natarcia", ale dawałyby szanse na jeszcze jeden raz. Wybór padł na "atak frontalny wszystkimi siłami":  efekt - nie ma namiotów w c3, w c2 jest (a raczej we czawrtek jeszcze był) bodaj jeden. Do tego pewnie zniesieono zamoczone śpiowory, a w obozach zużyto gaz i jedzenie. Nie ma żadnej informacji, aby podczas próby nocnego ataku na cokolwiek przydały się liny uprzednio z takim wysiłkiem wyniesione do depozytu na 7400m. Postawili wszystkie siły na atak, skutkiem czego nie ma już ani sił, ani czasu na uzupełnianie/odbudowywanie infrastruktury. Jeśli zdobędą sie na jeszcze jedną próbę, to musi ona być na podobieństwo tej na Hidden Peak: niesione ze sobną minimum sprzętu i namioty. Nie byliby pozbawieni pewnych atutów: ich liczba: 4 Polaków i 2 Pakistańczyków; nadal istniejące liny do 7200m i wiedzia jak wygląda droga niemal do grani szczytowej. Pytanie czy znajdą na to siły, bo należałoby wychodzić już jutro - pogoda nie zaczeka.

9 mar.10:00 Odwrót! Wczorajszą próbę ataku o 23:00 (zakończoną z powodu wychłodzenia po 6 godz) chyba należy odczytywać jako akt odwagi, ale w stylu japońskich kamikadze. To pierwszy znana mi przypadek atakowania zimą o takiej porze, nawet Denis wychodził po 3:00 nad ranem. Tu pobrzmiewa słynne zdanie Wielickiego, który podczas Winter Netia K2 Exp. często nam powtarzał: "zimą w odróżnieniu od lata nocą się ŚPI, a nie wspina". Dodtkowo chłopcy próbę ataku podjęli niejako z marszu, po zaledwie paru godz odpoczynku w obozie c3. Czyżby nie dało radę inaczej? Zakładałem, że mają ze sobą wniesiony dzień wcześniej do c2 namiot, byłaby wtedy szansa względnie dobrego noclegu dla przynajmiej 2-3 osób, ale chyba raczej nie mieli - o czym świadczy próba atak w nocy (?). Co dalej? Moja prognoza nadal wieszczy że to jutro będzie "D day" tego wypogodzenia. Drugi 3osobowy zespół miał wczoraj wynieść do c2 namiot, gdyby dziś pokusił się o doniesienie go do c3... Pół roku temu Kaczkan porywał się na samotny rajd na Nanga Parbat, a dzisiaj jest ich trójka. Zejście całej grupy do bazy, może (nie musi, bo... cuda sie zdarzają) już przekreślać szanse na dalsza walkę przed zakończeniem zimy. 

8 mar.18:00 Jutro szturm! Moja prognoza pogody cały czas mówi, że to raczej czwartek jest "D day" co zdaje się wziął sobie do serca zespół działający na Hidden Peak-u; ale tak jak pisałem, skoro tryby "polsko-pakistańskiej gąsienicy" poszły w ruch, nie za bardzo widać, jakby można to skorygować. Powiedziało się A, więc teraz jeśli nie jutro, to może już nie tej zimy. Ekipę prześladuję 'cichy porzeracz namiotów" - to już niemal epidemia, albo... nonszalancja. W c3 dwoje śpi w skleconym naprędce namiocie z odzysku i mam nadzieję, że druga dwójka odpocznie w namiocie, który chłopcy wczoraj donieśli do c2, a dziś (nie zapomnieli wziąść?) do c3.

Szanse na jutro: Już w poprzedniej próbie okazało się, że warunki śniegowe w kuluarze wyprowadzającym na przełęcz są lepsze nawet niż latem. Dodając do tego fakt, że góra przy czwartkowej zmianie wiatru na półn-wschodni trochę zasłoni - droga do przełęczy nie powinna zając więcej niż 6-8godz. Owszem, należy spodziewać się paru (ale niewielu) szczelin i seraków, i na mój nos - samo wyjście na przełęcz warto zaporęczować na poźniejsze schodzenie, bo będzie zapewne oblodzone (50-90m o nastromieniu 50-60 stopni). Co prawda letni "death-line" (czyli pora, o której bezwzględnie należy zacząć zejście) to okolice godz.14:oo, ale jestem przykładem, że da się to "nieco" naciągnąć - w 2007r. samotnie szczytowałwem po 16:oo. Niemniej jednak z naciąganiem nie można przesadzać, bo doba nie jest z gumy; na drogę: z przełeczy do szczytu i spowrotem na przełęcz potrzeba minimum 5-6 godzin wglednej widoczności i spokojnego wiatru. Zatem chłopcy powinni wyjść tak, by na przełęczy odmeldować się nie później niż 11:oo. Powodzenia!

7 mar.18:00 Kości zostały rzucone! Prognozy: ta którą dysponuję ja, i ta w/g której ekipa z Broad Peak-u układa swój atak róznią się w ważkich kwestiach, ale nie czas zastanawiać się która bliższa jest prawdy. Rację zawsze ma... góra. Szturm ma nasąpić za 3-4 dni, a dzisiejsze wróżenie "jaka będzie pogoda", będzie wtedy już tylko historią. Jeśli wieszczone z czterodniowym wyprzedzeniem rozpogodzenie "zechce się opóźnić", czy jak w poprzednim nieudanym szturmie - przyspieszy o dobę: to przy ilości wcześniej wyniesionego gazu, śpiworów, jedzenia i przede wszystkim NAMIOTÓW - miejsca/czasu na korektę jest niewiele. Paradoksalnie: mały 2-3 osobowy zespół dysponujący niemal trzykrotnie mniejszymi siłami byłoby łatwiej skorygować, przetrzymać, przyspieszyć itp. Przy tak licznej grupie (atakuje 6 Polaków i 2 Pakistańczyków) tak naprawdę większość rzeczy zostaje przypieczętowana w momencie wyjścia. Owocem blisko 2 miesięcy pracy i największymi atutami grupy są: liny poręczowe do 7200m oraz fakt, że każda z 8 osób ma należytą do ataku aklimatyzację. Mankament to ich liczba. Poprzednia nieudana próba pokazała, że w obecnym swoim kształcie obozy (a przede wszystkim c3!) nie są w stanie zapewnić należytego odpoczynku zbyt licznej grupie. Więc albo donosić jeszcze kolejne namioty z wyposażeniem, ale to starata sił i czasu, albo tak jak zadecydowano podzielić zespół na grupy, które będą atakować w odstępie 1dnia. Taka taktyka może zaradzić perturbacjom z opóźnieniem się "pogodowego okna" aczkolwiek podział jest nierówny, zdecydowanie akcentujący pierwszą - mającą atakować we środę - grupę. Ale za tą "nierównowagą" przemawia fakt, iż pierwsza grupa torując ma na swych barkach niemal całą pracę. Czy można było podzielić ich w innych proporcjach/konstelacjach - zapewne tak, ale "kości zostały już rzucone".

Z przedstawionego przez chłopców planu wynika jedna moim zdaniem ważna przesłanka: odstąpiono od pierwotnego pomysłu, by szturm poprowadzić z obozu c4 na wys.7600m. Czyżby środowy atak (może oba?) miałby startować z 7200m? Być może do takiej decyzji ekipę zachęcił przykład Denisowego Teamu, gdzie w szturmie 1150m przewyższenia pokonano w niespełna 9 godz. a może fakt że "okno" i pod względem ofewrowanego czasu, ale i siły wiatry ma być "łaskawsze" niż to z początku lutego, gdy atakowano G2. W przeddzień szturmu grupy Denisa pisałem, że powinno to zająć 10 do 12 godz. i na całe szczęście byli szybsi o przeszło godzinę, uczciwie przy tym przyznając, że i ukształtowanie terenu, warunki śniegowe oraz obecność lin poręczowych o które wcześniej pytał mnie Denis, wszystko to wydatnie pomogło im narzucić takie tempo. Czy w wypadku Broad Peak-u uda się powtórzyć taką sztukę? Podtrzymuję swoją poprzednio opisaną opinię: porównanie trudności kopół szczytowych G2 i Broad Peak-u każe na tę drugą górę (grań szczytowa!) rezerwować znacznie więcej czasu. W tej optyce jeszcze jesieniom ogłoszony pomysł o ataku z c4 (7600m) wydawał się "wyrównywać szanse". Zatem po stronie teamu: siła aż dwuch grup szturmowych i łaskawa prognoza pogody; po stronie góry: odległość jaka trzeba pokonać do szczytu w tym trudności grani, oraz jak zwykle element zaskoczenia - sprawdzalność prognozy.

6 mar.07:00 Finał! Wiatr cichnie na dobre i choć jeszce prószy śniegiem, lada chwila nadejdą 2 dni "pogody jak drut". Nawet latem do rzadkości należy, żeby nad szczytem wiało 5-10km/h. Możnaby wtedy tak jak Utesov na K2 zapalić papierosa (Juri w tamtym szturmie z 2006r. wypalił ich bodaj 3 lub 4:-). Jeśli prognoza się potwierdzi, to tak cichego i długiego "okna" nie było tej zimy. Jeśli nie teraz to kiedy?

4 mar.07:00 Karakorum Zima ma się ku końcowi i widać to w obu bazach pod Broad P.i pod Hidden P. W tym ostatnim trójka wspinaczy wykorzystała lekką jednodniową poprawę (a raczej efekt cienia gasherbrumów) i umocniwszy swój namiot w c1 na 6300m spędziła tam kolejną noc. Ich plan: by w następnym wyjściu atakować szczyt idąc dalej granią już w alpejskim stylu (powyżej c1 nieznany teren, a na całej drodze zaledwie 1 stały obóz i to nisko bo na niespełna 6300m) budzi i podziw, i obawy. Ale "nowe" w górach, a takim z pewnością jest próba pierwszego wejścia zimą na Hidden P.w małym 3 osobowym zespole i od razu nową drogą, ma swoją cenę - ryzyko. Zespół Gerfrieda przybył pod górę stosunkowo późno (zaledwie 3tygodnie temu) a ponieważ spali "tylko" na 6300m ich aklimatyzacja może budzić obawy, ale przechodząc lod. Baltoro na pieszo (od czasów pierwszej wyprawy Zawady wszyscy - w tym cały zespół Denisa i główne siły Polaków - używają helikoptera) i to w okresie styczeń/luty pokazali, że są twardzi. Już tym zapisali się w historii; obalili mit, że środkiem zimy nie da się w Karakorum dojść z tragarzami do tak odległej bazy. Co do pogody: na obu górach wiatr ucichnie do 10-15km/h (w okolicy szczytów!!) i co ważniejsze nadchodzi zmana jego kierunku - na bardziej sprzyjający wspinaczce. Do tego już w nocy 7/8marca przyjdzie przejaśnienie - te pierwsze niestety niespeła 16-to godzinne.

3 mar.07:00 Broad Peak Co prawda Rosjanie i Kazachowie twierdzą, że marzec w górach najwyższych, to już nie himalajska zima, o czym świadczyć miałyby np.tłumy trekkersów ruszających właśnie teraz do Nepalu; ale Karakorum to nie Himalaje, a dywagacje nad zimami - jak okazuje się zasadnym jest użycie liczby mnogiej bo mamy: astronomiczną, klimatyczną, itp.  zostawiam  "purystą stylu zimowego". Jakkolwiek by nie liczyć, zimy zostało 2,5 tygodnia. Biorąc pod uwagę czas i "stopień zmęczenia materiału ludzkiego" moim zdaniem ekipa z Broad P. ma szansę na tylko JEDEN atak. O taktyce takowego pozwolę sobie "naskrobać coś" niebawem, natomiast dziś warto zastanowić się: "kiedy ruszać?". Chłopcy poprzednio zawrócili czując już blliskość szczytu, a teraz huragan wymusza bezczynność i to w sytuacji gdy "czas jest krótki". Nic dziwnego że z utęsknieniem wypatrują odmiany pogody i z nadzieją patrzą na najbliższą sobotę. W porównaniu z wiatrami, które dują nad szczytyem od blisko już tygodnia (dziś w nocy będzie apogeum do 150km/h), sobotnie: 70km/h pretednduje do miana 'zefirka" a przy fakcie, iż pierwszy raz od dłuższego czasu powyżej 7tys.m będzie szansa zobaczyć sam szczyt, wydawać by się mogło, że nadchodzi "okno". Ale... o ile przy  przygotowaniu drogi (liny poręczowe!) można by było ruszać niemal w każą pogodę, o tyle dla szansy zdobycia szczytu i bezpieczeństwa powrotu ważną kwestią jest: siła wiatru nad granią w momenicie ataku i czas jaki potrzeba na dojście do szczytu i powrót do lin. Powtórzę, to co pisałem wcześniej: taem Denisa w najlepszy dzień swojego "okna" torował do 7tys.m a atak przeprowadzał parenaście godzin przed zmianą siły wiatru, bo na taką brawurę pozwalały (?) ukształtowanie terenu i stosunkowo małe trudności techniczne kopuły szczytowej G2. W wypadku Broad Peak-u nie wyobrażam sobie efektywnego i bezpiecznego poruszania się po grani szczytowej, jak przy wietrze nie większym niż 30km/h i z perspektywą, że ma się zapas czasu na  powrót/ucieczkę  do lin. Ponieważ w niektórych miejscach grań jest naprawdę wąska, a sam szczyt, to wiszący nad chińska flanką nawis "miło by było" widzieć drogę po której się idzie. Cały czas, mimo że opad śniegu nad szczytem jest symboliczne mały, to jednak w połączeniu z zacinającym wiatrem - wystarczający, aby "dać po gębie" zwłaszcza w zejściu. Wiatry nad granią opadną do poziomu 30km/h MOŻE dopiero we wtorek i na razie nie widać  dłuższych "dziór w chmurach" jak 6-8 gdodzinne. Aby atakować w takich warunkach trzeba dysponować precyzją MIKRO-chirurga i mieć przy tym ogromne szczęscie. Pamiętam jak na "Zimowej K2 2003" razem z Denisem liczyłem dni pogody: przez 3 miesiące było ich niespełna  12! Potwierdza się stara prawda: "latem w Himalajach wspinasz się kiedy jest pogoda, zimą - kiedy trzeba". Nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuk: by zima podarowała jeszcze jedno okno na podobieństwo tych z lutego (powyżej 7200m 2dni bezchmurnego nieba przy znośnym poziomie wiatru) a chłopcy błysneli "chirurgicznym wyczuciem  czasu"

20 luty 07:00 Broad Peak Ufam, że brak informacji o tym, iż dwójka aklimatyzująca się w c3 szczęśliwie zeszła już do bazy jest wynikiem zmęczenia, a nie problemów. Dziś nad szczytem wiatry wróciły do "zimowej normy" 100km/h. W poniedziałek  na jeden jedyny dzień "nieco" zelżeją i zaświeci słońce - korzystając z tego grupa z Hidden Peak-u (GI) planuje założyć w końcu swój obóz na 6250m - ale potem do końca tygodnia zakróluje, jak to mawia Denis: [karakorumska zima]: od bazy, aż po szczyt K2 zachmurzenie, prószy, a do tego powyżej 7tys.m silne wiatry.

19 luty 07:00 Broad Peak Mam nadzieję, że dwójka Fronia i Gawrysiak planująca ostatniej nocy aklimatyzację w c3 złożyła już namioty i schodząc do bazy... nie złapie kibla. Uwzględniając przesunięcie czasowe między Pl a Pakistanem, powinni być już koło c2. Mają powyżej 7tys."powtórkę z rozrywki alla denisowy powrót ze szczytu": wiatr w twarz miejscami do 60km/h, a do tego w nocy zaczął się opad. Jedyną różnicą - i chwała Bogu za nią - jest nieprzerwany ciąg poręczy, po których nawet w takiej pogodzie zejście nie powinno im zając więcej jak 4-6godz. wobec 2 dni grupy na G2! Ale chłopcy na to cięzko zapracowali.

Hidden Peak (GI) Pomimo planów nie udało się założyć c1. W stromym terenie powyżej końca uprzednio pociągniętych poręczówek (6100m) zespół "zapchał się w trudności" i szukając innego wariantu stracił sporo czasu. Wyposarzenie obozu wisi na linach, a chłopcy schodzili do bazy już przy świetle księżyca (pełnia). Budzi respekt śmały przebiegich ich projektu nowej drogi. Z racji stromizny obóz pierwszy ma stać powyżej 6250m (na GII i Broad Peak-u byłby to już c2!). Proponowana przez nich linia o tej porze roku wydaje się być bezpieczną od lawin... za to wyjdą na grań "hektary od szczytu". Morawski idąc tamtędy w 2008r nie ukrywał zaskoczenia, że to jeszcze szmat drogi. Teraz pomimo trudnego terenu (miejscami jęzory lodu o nastromieniu do 70 stopni) postęp jest szybki, bo korzystają z zasłaniającego ich od bezpośrednich uderzeń wiatru "gniazda Gasherbrumów", ale czy da się iść równie szybko już na nieosłoniętej grani?  I czy zdążą przed końcem zimy?

18 luty 14:00 Większość grupy już w bazie, dwoje w c3.  W końcu jest garść info.co do wydarzeń z 16-17go i są naprawdę dobre - co pozytywnie rokuje na następne wyjście. Przede wszystkim c3 jest tam gdzie w poprzedniej zimowej próbie nie udałosię go ustawić około 7200m i prowadzi doń sznur poręczy - a czas podejścia z c2 do c3 pomimo ciężarów był bardzo przyzwoity. Brawo! Dodatkowo dzięki rajdowi Pakistańczycy+Szymczak,Hajzer na 7500m jest depozyt liny i co ważniejsze: wiedza o warunkach śnieżnych w drodze do przełęczy, a te okazują sie lepsze nawet niż w lecie (!)- dobry nie wymagający poręczowania firn. Teraz oby dwójka aklimatyzująca sie w c3 szczęśliwie zeszła i trzymamy kciuki by następne okno okazało się O.K.N.E.M!

 08:00 Chapeaux bas dla zespołu z Broad Peak-u. Owszem, można snuć rozważania: "co by było gdyby..." i powątpiewać: czy taki "pogodowy prezent" - taka okazja, powtórzy się jeszcze tej zimy. Nawet przy założeniu, że prognoza meterologów jest obiektywna, a poczucie odmarzającej dup... subiektywne; to i tak chłopcy mieli rację. Komu jak komu, ale Hajzerowi trudno odmówić "parcia na sukces", a gdy do tego dołożyć, że "to już druga póba na Broad Peak-u" i dochodzi "ciśnienie" opinii, sponsorów itp.- to czapka z głowy za decyzję. Dobry alpinista, to stary alpinista. A co do "okna" - w samym lutum zdarzyło się już dwukrotnie: denisowe i te teraz, dlaczego nie miałoby zdarzyć się jeszcze raz? Za to i szczęśliwe zejście do bazy trzymam kciuki!

17 luty 18:00 Dzisiejszym popołudniem nad szczytem K2 i Broad Peak-u waiło (wiało?) 15km/h; w sobotę o tej samej porze będzie to przeszło 100km/h. Miałem to szczęście być kiedyś takim popołudniem na Ramieniu K2. Tak jak dziś: po horyzont morze chmur z ktorych wyłaniają się kolosy. Pamiętam magię i ciszę tamtej chwili, ale pamiętam, że czwórka z nas w niespełna 15godzin później została na tej Górze. Na zawsze...index.php?id=283&pic=198 Carpe diem!index.php?id=298

17 luty 11:00 Nocleg: był jaki był i jego wynikiem jest decyzja: że w tym wyjściu ataku nie będzie. Skupią sie na C4. O ile dziś tam dojdą, to nadal jest szansa jutro podejść z ubezpieczeniami pod przełęcz i...spadać do bazy na zasłużony odpoczynek.

17 luty 7:00 Niie znając jeszcze ich decyzji pisałem: górskie Dylematy. : "Denis & Team mógli pozwolić sobie, by najlepszy dzień prognozy "zmarnować" (?) na przejście do obozu szturmowego (na ten odc.w ostatniej dekadzie przypada na GII aż 50% wszystkich wypadków śmiertelnych), a atakować z wiedą, że zejście będzie już w załamaniu, nie tylko dlatego że jest DENISEM URUBKO, ale też bo kopuła sczytowa pod wzgl. trudności i obiektywnych zagrożeń jest na Gasherbrumie II odcinkiem stosunkowo najłatwieszym. Dokładnie na odwrót jest na Broad Peak-u, o czym Hajzer po wyprawie z Pustelnikiem w 2005r (złamał nogę gdzieś w okolicy początku grani szczytowej) zapewne pamięta. Opierając się na dostępnej mi prognozie pogody i znajomości góry sądzę, że szturm i BEZPIECZNE zejście najlepiej dziś i ewentualnie warunkowo (większy wiatr) jutro, a na pewno nie w sobotę. Dużo wskazuje, że chłopcy na taki scenariusz się nie zdecydowali i chcą podchodzić do camp 4. Pytanie: co dalej? Wiedza: gdzie wczoraj doszła "posłana przodem grupa zwiadowcza" , a co ważniejsze - gdzie nocowali (bo mogli i w c4, i w c3, i teoretycznie w c2) jednoznacznie wskazywałaby, czy Polacy realnie myślą o szturmie jeszcze w tym wyjściu; czy też skupiają się już na przygotowaniu następnego rajdu. Niestety, jak na razie cisza. Ale i tak "rozgrywka" jest ciekawa, bo dzisiejsze ewentualne dojście do c4 stawia ich przed następnym dylematem: czy liczyć jeszcze na piątkowy atak, a wtedy bezwzględnie siedzieć w c4, pić i odpoczywać; czy pracując nad nastepnym wyjściem "do końca wykorzystać" dzisiejszą pogodę i zaporęczować niebespieczne wyjście na przełęcz, a taki wysiłek z góry zabierałby poręczującym szanse szczytu w piątek. No chyba, że bracia Sadpara...? Należy jednak pamiętać, że prognozy (i te pogodowe; i te logistyczne - to o mnie) tworzą ludzie siedzący za ekranami komputerów, a nie marznący na 7tys. w warunkach wysokogórskiej zimy. Trzymam kciuki za dobre wybory! 

16 luty 17:00 Broad Peak. Chłopcy są już w obozie 3, aczkolwiek nie jest jasne czy chodzi o ten planowany na 7200m, czy też raczej ten na ostrodze 6983m. Bez wiedzy: gdzie dokładnie teraz są i ile im to przejście zajęło, trudno prognozować: co dalej  z ATAKIEM. Ciekawym pomysłem jest "wysłanie przodem" pakistańskiego duetu braci Sadpara z depozytem w miejsce planowanego c4, ale nie wiadomo jeszcze czy i dokąd doszli. Może to zaowocować w dwójnasób: przybliża szanse na atak (przecierają szlak, przygotowują obóz) a jeśliby do niego w tym wyjściu nie doszło, sprawia postęp i praktycznie przesądza go w następnym "rzucie". Gorzej, że ze wzgl.na pogodę atak największe szanse miałby jutro. Piątkowa prognoza zdecydowanie różni się od tej sprzed 2 dni, gdy ruszali z bazy, a w sobotę sypnie i powieje. Atak grupy Denisa pokazał, że w Karakorum zimą to pogoda rozdaje karty. Podczas gdy jeszcze czekamy na dokładniejsze wieści od "naszych  z Broad Peak-a" to na  Hidden Peak (GI) trzyosobowy zespół korzystając z jutrzejszej pogody zamierza założyć na wys.6300m oboz 1. Z Gerfridem i Luisem przyszło mi kiedyś w obozie 3 na K2 dzielić namiot i pasję do muzyki H.Zimmera. Tym bardziej 3-mam kciuki!

16 luty 07:00 Atak. Moim zdaniem: to dokąd dziś dojdzie szturmowa szóstka, w którym miejscu rozbije namioty obozu 3 i czy potem należycie wypocznie - jest rozstrzygające dla próby ataku. Choć prognoza nadal wieści jak na zimę doskonałe warunki, to trudno się spodziewać, aby i dziś zdołali wyjść równie wcześnie - wczoraj działał jeszcze "efekt bazy", a dziś brutalna prawda: czas pomiędzy 4 rano a wschodem słońca to najzimniejsza pora doby, tu śniadanie i napoje trzeba przygotować samemu, a co gorsza należy zabrać cały potrzebny wyżej sprzęt, w tym 2 namioty, a jeden z nich wcześniej złożyć. W tych okolicznościach wyjście przed 6:00 czasu lokalnego i tak uchodzić będzie za mistrzostwo.

Biorąc za przykład tempo przejścia tego odcinka w wypadzie sprzed paru dni i uwzględniając, że teraz będą "ciężsi" za to są lepiej zaaklimatyzowani, idą po rozłożonych wcześniej linach i mają lepsze warunki: droga z c2 na szczyt skalnej ostrogi 6983m powinna im zająć nie więcej jak 6-7godzin. Pytanie czy zdołają dojść aż do planowanej wys.7200m?

15 luty 08:00 Broad Peak-Atak? Chłopcy ruszyli i nie ukrywają, że chodzi im o szczyt. A tymczasem prognoza szaleje: począłwszy od wys. 7200-7400m lampa ma trwać od dziś aż do soboty rana; przy czym we środę wiatr nad szczytem 40km/h, czwartek-piątek 20-30km/h i w sobotę znowu 45km/h. Jeśli prognoza choć w połowie się sprawdzi, a oni dobrze to rozegrają, to pomimo ciężkich plecaków i trudności technicznych zdecydowanie przewyższających Gasherbrum 2 (grań!) zespół ma duże szanse, zwłaszcza, że idą wszyscy - 9osób, a liczba atakującej "szpicy"  (4Polaków +2Pakistańczyków) daje margines na ewentualne ciężkie torowanie czy częściowe ubezpieczenie drogi. Powodzenia!

14 luty 17:30 Broad Peak a może jednak  szturm? To co wczoraj nieśmiało wyglądało na połtoradniowe "okno", dziś już zdaje się dwoma dniami dobrej pogody, z zaskakująco słabym (jak na szyt i zimę) wiatrem. Może więc jednak należałoby wziąść przykład z "G2 Team-u", zwłaszcza że tamtym w dzień ataku już popołudniem "wiatr ostro dmuchnął w oczy" a tu zapowiadają się 2 PEŁNE dni lampy z wiatrem max. do 20-35km/h  (we czwartek prognoza wieści nad szczytem... 15km/h!), a nadchodzące potem weekendowe załamanie nie ma mieć tak katastrofalnego wymiaru, jak to z zejścia grupy Denisa. Choć i tak byłoby o wiele bezpieczniej, szybciej - Hajzer pisze przecież o nieprzerwanym ciągu lin poręczowych aż do 7150m. Zatem może czas zagrać va banc...?

14 luty 08:30 Broad Peak W nocy ze środy na czwartek 17-go powinno nadejść 40-godzinne okno: powyżej 7,5 tys.m prawie (?) bezchmurne niebo, a co ważniejsze w czwartek wiatry ucichną do zaledwie 10-15km/h, w piątek zaś niewiele więcej  - tyle teoria. W mojej opinii, o ile prognoza się sprawdzi, nie będzie to raczej: "okno na atak" bo choć wiatry, które po nim przyjdą nawet na wys.szczytu stanowić będą "zaledwie (?) połowę zimowej normy jetstream-u" to jednak przy nich i w opadzie śniegu, choćby lekkim, "łażenie" po grani szczytowej wydaje się pomysłem szalonym. Tym bardziej, że grupa odpoczywa dopiero 3 dzień po poprzednim wyjściu. Ale... Specyfika "himalajskiej zimy" każe jednak wykorzystywać nawet tak krótkie poprawy - jest szansa założyć w końcu i doposażyć c3. Pytanie czy do tej pracy warto angażować całą gąsienicę? Moim zdaniem w zupełności wystarczyłyby 3-4osoby.

Na pewno wykorzysta ten czas grupa na Hidden Peak (G1), zwłaszcza że osiągnięta wysokość 5800m pozwala jeszcze korzystać z "efektu gniazda Gasherbrumów" i pracować nawet przy gorszych wiatrach. Plan jest ambitny - nowa droga zimą w 3osobowym zespole i do tego bez pomocy wysokościowych tragarzy (np.: bracia Sadpara w polskiej wyprawie). Choć zima już "za półmetkiem", to znając Gerfrieda i Luisa (z próby w 2007r.na K2) będą walczyć i nie są bez szans. Pytanie czy dla tak ambitnego planu nie przyjechali za późno - ich pierwsze wyjście przypadło w czasie ataku szczytowego grupy Denisa.

11 luty 20:00 Broad Peak. Już wiadomo, że huraga-demolka w c2, udaremnił plany założenia c3 i noclegu powyżej 7 tys. które z kolei miały być wstępem do ataku szczytowego już w najbliższym wyjściu. Ze względu na odbudowanie c2 i nocleg w nim czwórki ludzi należy to wyjście mimo wszystko zaliczyć jako udane. Obóz na 6350m jest kluczowym, gdyż w późniejszej akcji, celując z atakiem w "okno poogodowe" dzięki linom i pewności, że "jest gdzie spać" będzie można dla skrócenia czasu próbować docierać do niego bezpośredno z bazy nawet w nieco gorszej pogodzie. Kolejny nocleg w c2 sprzyja aklimatyzacji, a wypad Hajzer & Szymczak w kierunku ostrogi skalnej na 6900m daje zespołowi wiedzę, jak układane przez Pakistańczyków do c3 liny przetrwały nawałnicę. Jeśli przetrwały, to obecna burza z 4 razy mniejszym niż poprzednio zaśnieżeniem i wiatrem nie przekraczającym na 7 tys. 100km/h nie powinna im bardziej zaszkodzić. Zatem nadal realnym jest scenariusz, że przy najbliższym wypogodzeniu w 2-3dniowym wypadzie "gąsienica" jest w stanie "po drodze" ustawić i zaopatrzyć obóz 3. Pytanie co potem: czy zgodnie z przedwyprawowymi założeniami atak ma nastąpić około połowy marca, co daje czas na uzupełnienie aklimatyzacji, założenie obozu szturmowego i zejście na odpoczynek do bazy; czy też raczej świadomość narastającego zmęczenia (chłopcy zaliczyli już po 3-4wyjscia) i nieobliczalności pogody skłoni ich do szturmu w pierwszym nadarzającym się do tego wypogodzeniu.

11 luty 16:00 Falchan Kangri czyli Broad Peak. Na tę chwilę nie ma jeszcze wieści, czy w planowanym miejscu udało się założyć c3 i czy grupa tam przenocowała. Mam nadzieję, że w tej chwili chłopcy są już bezpieczni, bo nadchodzi kolejne parodniowe załamanie poogody. Co prawda wiatr i śnieg nie będzie "bił rekordów" na miarę tych sprzed niespełna tygodnia, ale 4 najbliższe dni nie będą przyjemne. Nawiązując do wczorajszego wpisu, myślę że pytanie powinno brzmieć, nie DOKĄD bracia Sadpara dociągnęli liny (półka około 7tys. czy planowane 7150-7200m) ale czy idącemu czoraj zespołowi wogóle udało się te liny znaleść/użyć? Podczas załamania pogody 3-7 luty spadło około 80-100cm (miejscami pewnie więcej) świerzego śniegu. Sypało równo: i w bazie, i na grani szczytowej. Odcinek: z bazy do około 6500m dzięki odpowiedniemu nachyleniu i ekspozycji do wiatru oczyszcza się z nadmiaru śniegu "niejako samoistnie" na tyle by był "do ugryzienia". Gorzej z mniej nachylonym polem śnieżnym 6600-6900m. Kopałem śię tam kiedyś samotnie świerzo po tak dużym opadzie - przy śniegu do połowy uda można zapomnieć o jakichkolwiek linach. Pozostaje wiara, że poprzednia wichura rozdmuchała te zaspy.

10 luty 11:00 Broad Peak chłopcy "w lesie" czy w c3? W dniach bezpośrednio poprzedzających atak na G2 polsko-pakistański zespół z Broad Peak-u uparcie poręczował w kierunku obozu 3. 29 stycznia Fronia, Gawrysiak, Kazimierski ubezpieczają linami do 6500m, następnego Dnia Hajzer, Kaczkan i Snopczyński do 6600m, a 31 stycznia bracia Sadpara (znani mi od wielu lat, ścisła pakistańska czołówka wspinaczy) dociągnęli liny do c3 (jak podają 7150m). Istotne pytanie: do którego miejsca doszli Pakistańczycy: czy rzeczywiście tak jak planowano do 7150m, czy też (jak w poprzedniej próbie z zimy 2008/09) do pierwszej nadającej się na namiot skalnej półki, której wysokóść szacuję na około 7000m (bez 40m). Piszę to w chwili gdy chłopcy jeszcze idą, więc dopiero okaże się. W pogodzie mają dziś (czwartek) względny spokój: wiatr z lewej flanki zlekka w plecy około 30-35km/h dokładnie taki, jaki Denisowy Team miał w najładniejszym dniu poprzedzającym atak i brak opadu - i tak ma być jeszcze do jutrzejszego popołudnia. Stwarza się zatem szansa noclegu POWYŻEJ 7tys. (nawet jeśli trzeba by było podejść wyżej niż koniec pakistańskich poręczy - z autopsji wiem: warto!) który istotnie przygotowałby ich do ewentualnej próby ataku już w następnym wyjściu.

06 luty 14:00 G2 o krok od tragerii. Dopiero teraz w pełni rozumiem co miał na myśli Denis, mówiąc że udało im się przejść przez "igielne ucho". Ale po kolei. Od wieli lat, gdy kończę wyprawę i schodzę do bazy - na ostatniej prostej "zwalniam " i bynajmniej nie tylko po to, by sie roszkoszować górą, ale przede wszystkim po to, by przez "kryzys mety" nie zaprzepaścić największego zwycięstwa - faktu że żyję. "Zwalniam" - niekoniecznie znaczy, że idę wolno, bo czasami trzba właśnie przyspieczyć i zapomnieć że się tacha osprzęt z paru likwidowanych obozów. "Zwalniam" znaczy: zapominam o prysznicu który na wyciągnięcie ręki w bazie, jedzeniu, zmęczeniu i wystkim innym, co mogłoby mnie rozproszyć. Nauczyła mnie tego wiele lat temu szczelina, gdy na dosłownie parędziesiąt m od namiotu znalazłem się parenaście m. pod lodem.:(

Nie od dziś twierdzę, że lodowiec Gasherbrum po którym wiedzie szlak z bazy do obozu c1 niczym nie ustępuje słynnemu Icefall-owi spod Everestu z jedną różnicą : "everestowski" z racji ogromnego ruchu komercyjnych wypraw w każdym sezonie jest gruntownie ubezpieczany(liny,drabinki itp) a na Lodowcu Gasherbrum jedynym ubezpieczeniem jest Twoje doświadczenie i trasery, o ile je ustawisz a wiatr i śnieg nie zniszczy.

Na całej drodze przez lodowiec trzeba "patrzeć pod nogi" bo grożą szczeliny - są jednak odcinki, gdzie patrzeć trzeba również w górę, bo przechodzi się w cieniu zboczy G1, G5 I G6 . W zasadzie tu najbardziej sprawdza się powiedzenie, że oczy należy mieć "wokół głowy, a nawet w d...".

Tylko jak patrzeć w takiej nawałnicy w jakiej przypadł ich odwrót? Relacjonują, że szli od trasera do trasera. Normalnie zajmuje to 2-4godziny, a im ponad 3 razy dłużej - na tyle pozwalały warunki. Lawina poleciała na nich niedaleko od c1. Tam ze szczelinami jest najbezpieczniej: w stosunkowo płaskim terenie są zdecydowanie rzadsze niż w niższej partii lodowca, za to ogromnej szerokości, i niemalże bezdenne. Dlatego dobrze widoczne, ale przez te ogromne rozmiary wymuszają kluczenie, podczas którego w pewnym miejscu niebezpiecznie zbliżasz się do stoków G5 (nie da się inaczej, a ten stok niczym książkowy przykład lawinowego zbocza). W ostatnich latach przechodizłem tamtędy wielokrotnie, zawsze zanim słońce omiecie stok. Za każdym razem przyspieszałem jak tylko mogłem szepcząc przy tym w myślach modlitwy. Tylko jak przyspieszyć, gdy się tak jak Denisowy Team ma śnieg do połowy uda (ja latem najwyżej po kolana). Na całe szczęscie w miejscu, gdzie się idzie nie jest już stromo, więc lawina zanim uderzy w idących traci szybkość i spora cześć jej impetu "słabnie" na przeskoczeniu paru naturalnych fos. W tym wypadku rozmiary jej były na tyle duże, że podmuch pociągnął ich około 150m i przysypał, przy czym przeżuciło ich cudem nad jedną z takich bezdennnych fos, a równie łatwo mogło w nie pogrzebać. Dalsza droga też obfitowała w ekstr. przeżycia, bo co rusz natykali się na mniejsze za to ukryte pod nogami szczeliny. Nic dziwnego, że jak pisze Denis: tej zimy tańców starczy!

05 luty 09:00 Team Denisa ma też pozwolenie na Hidden Peak (GI), ale gdy gratulując pytam o plany odp. jest jednoznaczna: "NIEEE! Starczy, i tak cudem przeżyliśmy. A za lin dzięki - i od Simone również, bo opowiedziałem mu o wszystkich tw. uwagach n/t 'banana ridge' i skalnej sekcji powyżej 7tys. Przeszliśmy ją w szturmie bardzo szybko bo było dokładnie tak, jak w opisie"

04 luty 10:00 Stara i święta zasada rosyjskiego alpinizmu głosi: "uznaje się tylko te wejścia, w których alpiniści żywymi zdołali zejść do bazy". Całe pokolenia wspinaczy ze wschodu uczyły się na niej, że podejmowane w górach ryzyko, nie jest ryzykanctwem. Echo tej szkoły pobrzmiewa w dzisiejszych pozdrowieniać jakie o 13:40 czasu Pakist. Denis przekazał już z BAZY: " Повезло. Все живы-здоровы. Поздравляем всех альпинистов со штурмом первого каракорумского восьмитысячника!

"Poszczęściło się, gdyż wszyscy jesteśmy żywi i zdrowi. Wszystkim alpinistom przekazujemy pozdrowienia z okazji udanego szturmu pierwszego ośmiotysięcznika w Karakorum". I z radości/zmęczenia zapomniał dodać : udanego ZIMOWEGO szturmu :)

Gratulacje!

03 luty 12:00 Zejście z c3 do c1 (900m) zajmowało mi zwykle latem 2-3godz. Chłopcom bez mała tyle ile wczorajszy szturm - już to pozwala ocenić rozmiar nawałnicy, w jakiej powracają. Ze wzgl.na zmęczenie i brak czasu decydują sie spać w c1. Uspokajam Olgę, że nocleg w c1 to słuszna decyzja: "На ледник, который разделяет их от самой базы, ходил я неоднократно sollo даже в метель. Из-за трещин - самым безопасным является в утро рано!"

Chadzając wielokrotnie samotnie (mea culpa!) po tym dziurawym jak szwajcarski ser lodowcu a w zasadzie lodospadzie, jaki im jeszcze został; bliskie spotkanie z paroma szczelinami nauczyło mnie: tamtędy tylko rankiem! Choć straszy ilość śniegu, jaki ma spaść nocą, to wiatr będzie duł już tylko(?) w plecy, a do ewentualnej pomocy być może będą mieli grupę z GI (znając Gerfrida z K2, nie wątpię, że kultywuje zwyczaj wychodzenia "schodzącym na przeciw") i oczywiście naszą modlitwę!

02 luty 12:00 Już w namiocie w c3! Oldze zaniepokojonej o pogodę, piszę, że szturm, jak na zimę, ma bardzo szybkie tempo i wyrokuję, że chłopcy powinni być w namiocie za około 1,5godz: myśląc po cichu, że to kwestia 30min i będą w nasze "samo południe". Aż oniemiałem, gdy dokładnie tak się stało: нашли палатку в этом ужасном шторме. Dla nich czas odpocząć, a dla nas - otoczyć ich modlitwą. W nocy wiatr przybierze na sile do około 60km/h na 7tys,  i zacznie sypać - z początku słabo, ale nad ranem już ciągle. Nie będzie lekko, bo wiatr "ciskał będzie śniegiem w gębę" ale im niżej tym bezpieczniej, gniazdo Gasrebrumów powinno ich osłonić przed bespośrednimi podmuchami już na "bana ridge" i nie zdziwiłbym się, gdyby mimo pogody machnęli w zejściu też rekordowy czas. OBY! Muszą się spieszyć, bo intensywny opad na dziurawym jak szwajcarski ser lodowcu i tak da im się we znaki.

02 luty 09:00 Gdy to pisałem 10min. temu Denis i team schodzili już ze SZCZYTU! Szli poniżej 10 godz - doskonałe tempo, więc pewnie nienajgorsze warunki. Są już na początku trawersu, więc do namiotu powinni dobić najdalej za 3 - 3,5 godziny.  Gratulacje i szczęśliwego powrotu, jeszcze przed zmrokiem!

02 luty 08:50 The first winter attack on G2! Nadal nie ma więści, gdzie terez są. Jeśli idą do szczytu, to chcąc do namiotu w c3 wrócić jeszcze przed zmrokiem najpóźniej za godzinę powinni zawrócić. Pytanie co z wiatrem. Nie wiem, jak sprawdza się prognoza, bo to zawsze dzieło pisane przez ludzi zza ekranu komputera, ale nie mam powodu, by nie wierzyć w nadchodzącą nawałnicę. Zakosztowałem na K2 zimą 02/03 samotnego powrotu z 7000m w takiej aurze i nadal nie wiem, jak ocaliłem palce.

http://www.k2news.com/winterk203/winterk2dis23.htm

dlatego zaciskam kciuki owszem, za szczyt, ale przede wszystkim za BEZPIECZNY powrót. 

01.02.2011 | 12:42

 Denis już na 7000m! Właśnie ustawili c3 (6960m) i myślą o ataku szczytowym. Pogoda w porównaniu z wczorajszą bardziej "znośna" ale szturmu spróbują, jeśli "выдержим ночь" przetrzymają noc.

Z prognozy widzę, że wiatr już teraz powinien słabnąć. Niestety, rankiem i tak bedą mieli około 30km/h, a jutrzejszym popołudniem zdecydowanie przybierze na sile (do 80km/h w okolicy szczytu) i ze wzgl.na ukształtowanie terenu będzie na zejściu "wiało w gębę". Co gorsza jutrzejszej nocy ma sypnąć. Marnym pocieszeniem jest ze nad K2 zaduje 140km/h!

Mają szanse? Noc będzie trudna, bo w c3 jest już tak wysoko, że pozostałe Gasherbrumy nie zasłanią ich przed wiatrem. Jeśli ruszą to muszą przejść:

- zbocze; przez wiatr być może "gołe", za to niezbyt nachylone wiec powinno być OK

- skalną sekcję, o którą Denis mnie szczególnie dopytywał, tam w zasadzie droga jest ewidentna, a teren pozwalał będzie "co rusz chować się" za skały. Pytanie ile stracą czasu na odnalezienie poręczy, o ktorych mu pisałem i czy wogóle je znajdą.

- trawers, na którym powinno być znośnie z wiatrem; gorzej że absolutną zagadką jest podłoże, miewałem tam i dobry firn (zimą pewnie lód), ale też i zwały kopnego śniegu.

- na kopule szczytowej, mimo że to niby "zawietrzna strona" nie będzie litości :-(

Latem droga do góry może zająć 10-12godz. dlatego jak znam Denisa kombinuje pewnie: czy tak jak latem da się wyjść nocą lub wczesnym rankiem. No chyba, że nawałnica się opóźni, choćby i o jedno popołudnie. I za to "opóźnienie" prognozy trzymam kciuki!

31.01.2011 | 14:32

GII szturm Denisa! Doszli dziś tylko do c2 6500m. Piszę "tylko", bo znając prognozę, po cichu liczyłem, że starczy im sił, by dojść dziś aż do c3 (6950m) i wtedy z atakiem ruszyliby w jutrzejsze pogodowe "okno". Ale niestety "погода ужас".

Trzymam zatem kciuki za jutrzejsze "przebijanie się" do c3, a może - znając Denisa - "ciut wyżej", bo wtedy we środę, mieliby bliżej do vershyny i szybciej mogliby uciekać przed popołudniowym pogorszeniem pogody.

29.01.2011 | 14:42

Wiadomości od Denisa Urubko z serca zimy! Niesamowite jest tempo zmian - zimę pod K2, a było to zaledwie 8 lat temu, wspominam jak bez mała lot na księzyc. Absolutna samotność w Karakorum. A teraz: o 14.oo wysyłam maila do bazy pod Gasherbrumem II, a 20 min poźniej Denis dziękujemi za informacje n/t drogi. Świat się kurczy.

Denis: "Ogromne dzięki za twoje podpowiedzi. Będziemy uważać na stoku. Poprzednie wyjście zmęczyło nas, tak że mimo planów doszliśmy zaledwie do c2, ale jeśli tylko pogoda pozwoli, w następnym spróbujemy nie tylko założyć c3, ale i szturmu".

Trzymam kciuki!

29.08.2010 | 21:13

Lato w Karakorum, podsumowanie

Gasherbrum II

Mając zespół młody i jeszcze "niedotarty" na 8 tys. zaproponowałem autorski pomysł na wyprawę (termin, logistyka, aklimatyzacja itp). Chłopcy podeszli do moich przemyśleń z sercem, efektem czego w 23-cim dniu od przybycia do bazy piątka z nas stanęła na szczycie. "Dogoniliśmy" Francuzów i "przegoniliśmy" utytuowanych Czechów, obie wyprawy przybyłe do bazy sporo przed nami. Satysfakcje większą od "szczytowania" sprawił mi powrót ze szczytu. Tuż poniżej wierzchołka jeden z nas zaliczył przeszło 200m upadek. Wygładało strasznie - zakończyło się ogólnym potłuczeniem i lekkim zwichnięciem stawu skokowego. Powodem mojej dumy jest sprawna, trwająca 3 doby, akcja sprowadzania kolegi. Pomimo parszywej pogody (wiatr, zachmurzenie, opad śniegu i zagrożenie lawinowe) zdołalismy sprowadzić poszkodowanego. Obyło sie bez śmigła i akcji kolegów z bazy. Gorąco dziękuję dwójce Baskow, którzy pomogli nam w drodze do obozu 3.

Gasherbrum I

W niespełna 3 dni po zejściu z G II, wobec korzystnej prognozy pogody ruszyliśmy do szybkiego ataku na G I. Niestety, pomimo dobrej pogody, sama góra pokrzyżowała nasze plany. Wyprzedzający nas o jeden dzień, parunastoosobowy międzynarodowy zespół musiał uznać swoją porażkę. Idący w jego szpicy Don Bowie i A. Bolotov po 2 próbach zawrócili niespełna 200m od szczytu. Powód: masy niezwiązanego, grożącego lawiną śniegu. Długo kalkulowałem wszystkie "za" i "przeciw", ale nie sposób zbagatelizować zdania Saszy Bolotova. Zawróciłem team, a chłopcy podjęli decyzje, że nie czekają na drugi atak, kończą wyprawę wcześniej.

K2

Jeszcze wiosną, zrodził sie pomysł, aby w drodze powrotnej spod Gasherbrumów "zahaczyć" o K2. Leader polskiej wyprawy, ktoremu doradzałem w kwestiach logistyki, nie miał nic przeciw; pakistańska agencja wyceniła tę moją jednoosbową wyprawę połączoną permitem z polską grupą, a ja musiałem podjąć ryzyko: mam zapłacić niemałą sumę za dopisanie do pozwolenia i serwis w bazie, a o tym czy wogóle tam się pojawię, zadecyduję dopiero po Gasherbrumach tj. końcem lipca. Ryzyko wydało mi sie "do zaakceptowania" przy czym od razu z góry założyłem że:

- na K2 ogółem mogę przeznaczyć 2 do 3 tygodni

- bedę działał solo

- ponieważ będę zaaklimatyzowany po wcześniejszej wspinaczce, od razu spróbuję "pójść do szczytu"; a z racji czasu jaki na to przeznaczyłem, stać mnie będzie najwyżej na 2 ataki

Ponieważ prognoza pogody wieściła nadciągające opady, już w dobę po zejściu z G I byłem w bazie pod K2. Skutkiem czego 2 dni przemieszkałem w kuchennym magazynie - tragarze z moim sprzętem doszli dopiero w 3-cim dniu po mnie. Na całe szczęscie zdążyli, bo tej samej nocy, startowałem już do szturmu. O wyborze drogi Rzebrem Abruzzi zadecydowały dwie przesłanki:

- nie chciałem "pchać się" na Drogę Basków, w sytuacji, gdy od blisko miesiąca działała tam polska wyprawa (wysokościowi tragrze, liny poręczowe itp), tym bardziej, że dochodziły słuchy o nieporozumieniach z innymi zespołami, nie poczuwającymi się do partycypowania w trudzie/kosztach przygotowania drogi

- oba "pogodowe okna" jakie miały miejsce w czasie mego pobytu na K2, były tak naprawdę jeddnidniowymi wypogodzeniami. Żeby się w nie wstrzelić, trzeba było podjąć ryzyko wspinaczki do 8tys. przy wietrze, zachmurzeniu i opadzie. Mając robić to samotnie, wybrałem drogę, którą znałem lepiej

W pierwszym szturmie parę godzin przede mną podążała 17-to osobowa grupa międzynarodowego międzywyprawowego "pospolitego ruszenia" w tym bodaj 6 wysokościowych tragarzy. Ufni w poprzednio wyniesiony sprzęt szli na lekko, więc ja, tachając cały biwakowy dobytek, do tego 100m liny na butellneck, 2 czekany itp nawet nie próbowałem ich gonić. Dobę później mijałem ich, gdy po nocy w zgliszczach namiotów - to co przetrwało tygodniowy okres wiatrów i śnieżycy - schodzili w dół. Na 2 dni górę "miałem całą dla siebie". Niestety prognoza okazała się nietrafiona. Poprzestałem na wyjściu powyżej 7tys i zostawieniu tam depozytu.

Do drugiego szturmu ruszyłem po 4 dniach odpoczynku w bazie. Będąc tym razem lżejszy o ładnych parę kilo, do depozytu dotarłem w niespełna 9 godzin od wyjścia z bazy. I tym razem cieszyłem się samotnością, bo wyszedłem dzień przed innymi, gdyż już w poprzedniej próbie zauważyłem, że i pogoda i sposób wspinaczki innych sprzyja "spuszczaniu sobie nawzajem kamiennych lawin". Drugiego dnia pomagałem pakistańskiej ekipie czyszczącej w tym roku K2 ze śmieci. Kolejnego dotarłem na 7500m i... tu zaczęły się schody. Droga na Ramię to zaledwie 4 godz, ale nie wróżąca szansy ataku nazajutrz pogoda, kazała mi podjąc decyzję o pauzowaniu. W tym czasie otrzymałem z kraju najnowszą prognozę, zdecydowanie burzącą poprzedni optymizm. Ranek potwierdził moje obawy. Zawróciłem.

Schodząc, natknąłem się na samotną alpinistkę z Iranu. Dwójka jej wysokościowych tragarzy pognała w dół, a Leila zdradzała objawy choroby wysokościowej. Asysta przy niej dostarczyła mi sporo emocji i strachu, ale ostatecznie udało się cało dotrzeć do obozu 2, gdzie przejął ją kolega. Znając najświerzszą prognozę: parodniowy, intensywny opad; pomimo deszczu i ciemności uparcie starałem się dotrzeć jeszcze w nocy do bazy.

Klucząc w takiej pogodzie wśród szczelin i seraków spotkałem na lodowcu trójkę ludzi, oczekującą na zejście Gerlinde Kaltenbrunner. Od Ralfa Dujmovitsa, który 2 dni wcześniej z powodu pogody zrezygnował z ataku i zawrócił na 7tys, dowiedziałem się, że pomimo złej widoczności, Gerlinde razem z szwedzkim wspinaczem F. Ericssonem podjeli próbę ataku. Pod koniec Żlebu Butelki (około 8200m) prowadzący Szwed podczas wbijania haka odpadł i runął w Południową Ścianę. Według leadera polskiej ekipy ciało później zauważono na wys. około 7400-7500m. Od niego też wiem, że były problemy z zejściem Austriaczki. Ponieważ przebywająca na tamtej drodze grupa (między innymi Gerlinde (4 próba na K2), czwórka Polaków, Włosi, Amerykanie i inni) nie mieli jednolitego systemu łączności, Gerlinde kontaktowała się przez Ralfa, następnie polską bazę, by finalnie przesłać wiadomość do... znajdującego się 200m poniżej obozu 4.

Zanim jednak dotarły do mnie te smutne wieści, rankiem 6-go sierpnia stanąłem przed dylematem: albo zostawiam depozyt i podejmę jeszcze jedną próbę, albo w te pędy (nadchodzące opady!) do bazy i w doliny. Doświadczenie tegorocznego pobytu pod K2 ale i ostatnich lat pokazywało, że o tej porze sierpnia mogę spodziewać sie co najwyżej jednodniowych (parunastogodzinnych!) przejaśnień. Samotnie można porwać się na próbę wstrzelenia w takie okno i wejścia na szczyt, ale nie daje ona realnej szansy na w miarę bezpieczny powrót. Zatem do następnego razu. W rozmowie z V.Pivtsovem (6-ta proba), starym znajomym z zimowego K2 i wspinaczek w Tien Szanie, pozwoliłem sobie na żart, że "na mój nos to koniec sezonu, więc za 7-10 dni baza opustoszeje". Równo 8dni potem ostatnie ekipy wezwały tragarzy, przy czym ostatni atak załamał się już około 7000m, a ze względu na fatalna pogodę utracono depozyt na 8000m.

W ciągu 55 dni miałem zaledwie 3 parodniowe przejaśnienia, z czego pierwsze to aklimatyzacja, drugie - szturm na GII, a trzecie - atak na GI. Tyle i aż tyle umożliwiła pogoda. Jeszcze teraz trudno mi uwierzyć, że pomiędzy 11 a 27 lipca dane mi było wspinać się na GII, GI i K2. Zwłaszcza ostatnią część: K2, traktuję jako kolejny "kroczek" w kierunku drogi marzeń, pomysłu który od lat spędza mi sen z oczu.

17.08.2010 | 01:20

W Pakistanie, gdy tracisz dom, z błota i kamieni stawiasz drugi, ale gdy twoje plony i KHW-komunikacyjny kręgosłup kraju, niszczy woda: kamieni jeść nie będziesz

15.08.2010 | 14:55

Pakistan: cała infrastruktura państwa w rozsypce. Droga życia, kręgosłup kraju i jedyny szlak do Chin - KHW nie istnieje. Spichlerze kraju /Pendżab itp/ pod wodą. Jedyne co tu jeszcze działa to armia.

13.08.2010 | 00:25

Powódź, ale jaka! Wylał Indus. Już ewakuowano 1mln ludzi. Nikt nie jest w stanie określić, ile milionów straciło domy i dobytek. NIEWYOBRAŻALNA skala! Zatem nieuchronnymi wydają się i głód i fala chorób, bo brakuje nawet wody pitnej. Jadąc z Askole do Skardu podwożę rodzinę z trójką dzieci -jadą do jedynego w tej części kraju szpitala. Dzieci złapały jakąś paskudną infekcję. Całą drogę gorączkują.

11.08.2010 | 01:03

Jestem mało-azjatycki, nie potrafie spać jak i gdzie tragarze. Im nie przeszkadzają setki łażących po nas karaluchów, a ja pół nocy tracą, na przeganianie. Próżny tród!

10.08.2010 | 10:01

Droga z  K2 BC do Urdokas: w deszczu i mgle samotnie schodzę po Baltoro. Tuż przed zmierzchem majaczący zarys wieży Namles pozwala mi odnaleść namioty tragarzy. Żyje! Jutro będę jak oni śmierdział wędzarnią:) Kto mi wymodlił ten cień Namles?

09.08.2010 | 10:26

Nie myliła mnie intuicja co do pogody. Góra zabrała kolejne życie. Zginął zamierzający zjechać z K2 na nartach Szwed. To była jego druga próba. Przed rokiem Góra zabrała również śniącego o zjeździe jego partnera

08.08.2010 | 00:38

6-go spawa była jasna, kierunek jeden: W DÓŁ. Za sprawą porzuconej przez swoich tragarzy Iranki, zejście było dla mnie dramatyczne, ale udało mi się doprowadzić Leile na 6tys., gdzie przejął ją "na nocleg:" Rumuński wspincz. Niestety, zapłaciłem za to nocnym błądzeniem po lodowcu w deszczu, ale jestem w bazie

08.08.2010 | 00:36

Nie wolno mylić ukojenia, jakie niesie stado, z faktycznym bezpieczeństwem. Mimo hura-prognoz, nie zaryzykowałem ataku i nakłonilem grupę do pauzowania w c3

05.08.2010 | 16:49

To jużdruga doba na 7450m i.. 6VIII był przereklamowany. Atak byłby szaleństwem. Mam problem: zostawić depo, schodzić do bazy i czatować na jeszcze jedno okno, albo do domu, bo sierpień bywa tu zwykle zły

03.08.2010 | 00:20

Z całym majdanem idę wprost z bazy 1800m do c2 w 8,20h. Poczekam jeszcze z tą emeryturą:) Dzień cudo - kto mi go wymodlil? W c2 deja vie: mowi: jestem Rumun, a zachowuje sie jak... Koreanczyk

01.08.2010 | 00:40

Kolejny, niestety nie ostatni, dzień deszczu. Wilgoć zagarnia namiot, śpiwór.. marzenia. By jej nie ulec, przytulam się do słonecznych mysli o Łukaszu, Marcie

29.07.2010 | 23:39

Ile lat temu ostatni raz spędziłem Twoje imieniny w kraju? Zamiast róż dostajesz sms z Pakistanu & innych gór. Mam nadzieję, że syn zawstydzi mnie i kiedyś zmieni te tradycje.

28.07.2010 | 17:49

Wczoraj zdeponowałem dobytek na 7tys i do bazy na rest. Na drodze jestem praktycznie sam, wymaga to dużo, ale i dużo daje. Dzis pranie, cerowanie, laba

27.07.2010 | 11:32

Jestem na 7000m. To wieszczone od tygodnia okno pogodowe jest mocno przereklamowane. Juz jutro ma sypnąć, więc albo w dół, albo trzeba "okopać się na zimowanie"

25.07.2010 | 22:57

Wczoraj blisko 20 osób z hasłem "27VII" szło z bazy do c2. Ja widąc, jakim wichrem wita nas Góra - cupnąłem w c1 i.. dziś peleton, wymęczony w nocy wiatrem gdzieś poniżej komina House'a,  wraca do bazy. Ja zaś powolutko "na wierch". 

24.07.2010 | 23:25

3 dni gehenny: spanie w wilgotnym magazynie i czekanie w śnieżycy na bagaż. DOSZEDŁ! Stawiam mój bazowy namiot.. i pędzę do c1

21.07.2010 | 04:44

Chłopcy jutro ruszają w doliny, a ja na wyścigi ze śnieżycą biegnę... pod K2. Przybiegłem w niespełna 8 godzin, przed śnieżycą zdążyłem, ale mam za swoje. Mój bagaż zabrany wczoraj przez dwójkę tragarzy (m.innymi buty i ciepłe rzeczy) nie dotarł. Będzie: "Insh-Allah wkótce". Ba, ma ponoć sypać bite 4 dni:( 

18.07.2010 | 13:13

Z drogą do c1 już nie poszło tak lekko. Dwa dni ostrej walki w ciągłym opadzie. Realna groźba, że zaraz coś na nas, lub spod nas wyjedzie. 

Schodziłem pierwszy, na mnie przypadło szukanie drogi i wyrywanie spod śniegu/lodu lin. Chłopcy za mną ubezpieczali Andrzeja. Nie za szybko, ale do przodu. Docieramy do bazy zmęczeni bardziej tymi trzema dniami walki ze śnieżycą, znoszeniem likwidowanych obozów i cholowaniem poszkodowanego, niż samym atakiem. I z tych trzech dni bardziej jestem dumny...

 Po zaledwie 3dniach odpoczynku prognozowane pogodowe okno każe nam gnać na kolejne 8tys. Ta parodniowa poprawa może być ostatnią w tym sezonie szansą, aby zmierzyć się z G1, dlatego w przeciągu jednego dnia, niosąc cały potrzeny i do wspinaczki, i do biwakowania sprzęt idziemy z bazy prosto do c2. Już po drodze okazuje się, że o ataku oprócz mnie myśli już tylko Adam. Niestety, pomimo jeszcze jednego dnia względnej pogody schodzimy. Wyprzedzająca nas o 1dobę silna 10-cio osobowa grupa właśnie wraca  z nieudanego ataku. Zatrzymały ich masy lawiniastego śniegu 150m od szczytu A.BOLOTOV twierdzi: może 10dni, może wiecej. Ale my ich nie mamy i  chłopcy decydują, że kończymy wyprawę. (jak się potem okazało, Bolotov musiał czekać na ponowny szturm na G1 przeszło dwa tygodnie!)

15.07.2010 | 16:17

Jesteśmy dużymi dziećmi: miesiącami nie pijemy, nie jemy, by wdrapać się na wyśnione 8000m, by... potem upić się snami o żonach, dzieciach i o życiu w dolinach

10.07.2010 | 18:56

Rest w c3 i plan: ruszamy w nocy - 1000m do szczytu! Gorzej, że według prognozy to dziś był sumith-day. Wieczorem pojawiają się chmury i wiatr 3mcie kciuki!

07.07.2010 | 13:48

Śnierzyca w końcu ustała, ale nikt nie wie: ile śniegu lerży w ścianie i co z c2. Proponuję grupie: "Razvetka bojom". Ruszamy w nocy plan: przebić się do c3 i... będzie tylko 1000m do szczytu

06.07.2010 | 18:28

W świetle przyszłych prognoz te 30cm które spadły tej nocy to dopiero pikuś. Niestety od 4dni pogoda skutecznie gasi wszelką aktywność -jesteśmy w lesie!

06.07.2010 | 00:27

Nowiny z Polski: Habemus Presidentum i to takiego, że azyl w Pakistanie mi nie grozi. Allekuja i do przodu - cytując za ojcem dyrektorem. A patrząc poza namiot chce się zaśpiwać za Manamem: "czekam na wiatr, co rozgoni..."

05.07.2010 | 19:38

Anglosasi i nacje w nich zapatrzone "meetingują" nawet nad pogodą. A ta jaka jest, każdy widzi i jak na złóść pomimo długich obrad (jaka tojestzła)nie zamierza się zmienić. Z tej "wiecowej mąki" chleba jak na lekarstwo -róbmy swoje

02.07.2010 | 17:24

Wczoraj przechodziła nad nami największa z dotychczasowych nawałnic. Walneło śniegiem! Szczesciem popołudniu wiatr rozgonił chmuru. Pławimy sie w porannym słoncu!

01.07.2010 | 00:32

Mokro, śnieżnie, buro. Takapogoda wyczerpuje siły i motywację. Może potrwać 2 dni lub 2 tygodnie. Sztuką jest zachować świerzość,nie trwonić sił CZEKAĆ

30.06.2010 | 02:09

Wieść niesie, że Marcin & Ola prą do na Nandze do szczytu -3 mamy kciuki! Apropo wczorajszego zdarzenia -smutne, że w górach "szwedy czy inne gustliki" wyładowują swoje kill-flustracje.. Nadalnie rozumiem, jak człowiek, któremu podałem wypiętą od siebie line, może dybać na moje życie? Albo czas zacząć łowic rybki, albo.. chronić góry przed takimi... gustlikami

29.06.2010 | 14:01

Jak się wczoraj przekonałem niebezpieczenstwa w górach to nie tylko pogoda i lawiny. Wczoraj schodząc na stromym odcinku grani mijałem podchodzącą dwójkę ludzi - jak się później okazało Fina i Szweda. By ich przepuścić, zaczekałem przy stanowisku, wypinam się z liny i podaje pierwszemu. On bez słowa podzięki wpina się po czym zaczyna sie drzeć, macha czekanem szturchając mnie nad przepaścia. Pierwszy raz w życiu widzę ludzi, a ci za uprzejmość na szlaku, chcą mnie najdosłowniej ubić. Łapiąc równowagę proponuję zejść z "pogawęndką" do bazy - w anglosaskiej histerii rozumiem jedno słowo "KILL" - uciekam!

28.06.2010 | 00:38

Czesi dopiero dziś się przyznali, że wczoraj jeden z nich  "po drodze 'wleciał do szczeliny. Szczesciem płytko i obyło się bez ran, ale dziś schodzą. Z dołu doszedł moj team, ale przy tej pogodzie nie widzę szans na c3

26.06.2010 | 22:59

Wychodzę z bazy przed grupą i samotnie toruję do c1, chłopcy zostają tu na noc, a do mnie dołancza 5 Czechów i Kanadyjka. Po dniach opadów musimy torować z duszą na ramieniu: czy coś spod nóg, znad głow "nie wyjedzie". Do c2 dochodzimy wyczerpani. Czesi chcą sieupchać w jednym namiocie, odstępuję im jeden z naszych

25.06.2010 | 23:17

Śnieżyca a więc: Kapusciński, do tego plany na najbliższe wyjście: podział sprzętu, zakres czekającej nas roboty. W te dni przybyły 2 nowe grupy -giełda: kto,naktórą górę, kiedy?

25.06.2010 | 02:47

Śnieżyca: ciepło, buro i mokro. Sztuka czekania: ciag dalszy "wojny futbolowej" Kapuscinskiego,w tle: Strachy na Lachy, no i imieninowy telefon do mamy.

24.06.2010 | 01:41

Wczoraj była rocznica wejścia Wandy na K2. Drugi dzień snieżycy - nadrabiam w czytelnictwie. R.Kapuscinski: plemię w Ghanie jednym słowem określa brzydki=wolny. Nadrabiam w słuchaniu muzyki J.Kaczmarski: "wolnych poznac po tym, że kulawi"

22.06.2010 | 20:36

Jesteśmy w bazie: mycie, pranie, jedzenie, a przede wszystkim PICIE pod każdą postacią. W zejściu spotykam idącą samotnie do c2 Kanadyjkę. Szalona? niekoniecznie; koledzy z francuskiej grupy "zakazali jej wychodzić powyżej c1. Powód: złe wskazanie pulsoksymetru (!)

22.06.2010 | 08:08

Skoro świt, ja z c2 a chłopcy z c1, zbiegamy do bazy na pare dni odpoczynku. Zobaczymy, czy przyjdzie prognozowane załamanie pogody.

21.06.2010 | 20:38

Ekipa z c1 doszła do c2, ale uradzili "że tu nie spią", Weszli bez spiworów, kalitat itp. Słońce +rozmiękły śnieg i lina, którą pozostawili w c1 sprawiają, że zatrzymuję ich tu do wieczora. Choć i tak "nie wytrzymują nudy" i ruszają jeszcze zanim słońce przestanie oswietlać "banana-ridge". 

20.06.2010 | 20:34

Doszło z dołu 3 Czechów - grupa Radka. Poplotkowaliśmy o znajomych: Denisie i wspinających się babach. Pogoda już nie tak stała jak wczoraj: to zawieje, to sypnie

20.06.2010 | 16:55

Niestety w nocy wiało i namiot bez stelarza dał mi w kość. Przebudowuję go. W południe chłopcy meldują się z c1. Jeszcze nie wiedzą co będą robić jutro - odpoczną i połączymy się wieczorem. Ja, jak pogoda puści, spróbuję może do c3.

19.06.2010 | 22:15

Wyszedłem o 10.oo. Późno! Przez 4godz. słońce spijało ze mnie wilgoć i rostapiało śnieg na drodze. Lin prawie nie mai zrobił się ładny wspin. Kopię platformę, stawiam namiot i... chwila nieuwagi,a jeden z masztów leci w przepaść.Cóż, mam jeszcze kijki, czekany itp - jakoś stoi ten mój c2, ale lepiej byzbytsilno niewiało. Teraz PIĆ! Na cześć Marty serwuję sobie jej ulubionego "Rojbosa". Ciekawe jak w bazie "restują" chłopcy. 

18.06.2010 | 16:55

Doczłapałem do c1 w 5,5godz. jak na pierwszy raz i toboły na plecach zupełnie nieźle. Torowałem dla nas i... Francuzów. Niestety droga w tym roku bardziej uszczeliniona niż zazwyczaj. Łapię oddech, piję i czekam na chłopców. Postawimy tu duży/wygodny namiot, a jutro... ?

17.06.2010 | 17:22

Pada śnieg, ale "w przerwach" poprawiamy platformy, messę, potem kąpiel i przygotowujemy się na nocne wyjście. Niepokój budzi masa sniegu, ktora przez te dni uzbierała się na drodze do c1 

16.06.2010 | 23:41

Pomimo śnierzycy tragarze donieśli ładunki na zaplanowane przeze mnie miejsce. Wypłata i pospiesznie zmykają - chcą spać co najmniej na Concordii. Mamy sąsiadów: Francuzi są tu już od 10 dni i wczoraj byli powyżej 6000m; Czesi wyprzedzają nas o blisko tydzień.

16.06.2010 | 17:37

W nocy sypnęło ze  20cm i dalej śnieży, tragarze ociągają się z wyjściem - a to oznacza kłopoty: później śniegu będzie więcej i rozmięknie. GO!

14.06.2010 | 15:46

Pokrywa śnieżna zaczyna się już od GoreII; do tego idziemy w  śnieżycy, która przybiera na sile.. ale idziemy. Do Bazy zostały tylko 2dni insh-Allah

13.06.2010 | 17:10

Urdukas - pierwszy raz tu widzę po-zimowe lawiniska. Rzeczywiście śniegu moc. Czekając na chłopców patrzę na wyzierającą z chmur Great Trango i Namles.

13.06.2010 | 01:01

Wyścig z deszczem na odcinku do Paju wygrany, ale... idący od Concordii tragarze ostrzegaja ze snieg po pas (?) Powalczymy i za 2dni zobaczymy czy aż tyle.

11.06.2010 | 22:09

Jesteśmy już na szlaku, ponoć dopiero trzecia grupa w sezonie. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale team dzielnie maszeruje - jutro Paju

10.06.2010 | 03:20

Jesteśmy juz w Skardu. Burze i deszcze "umilają" nam każde popołudnie (dziś, wczoraj, a także po drodze przedwczoraj), ale nie burzy to planu. Jadąc obok Nangi pomachaliśmy walczącym na niej "naszym".

10.06.2010 | 03:09

Nad Islamabadem burza, a ja w końcu odsypiam dwudniowy maraton: papiery, zakupy, cargo - wszystko już gotowe do drogi w góry. Chłopcy dają znać, że już lecą. Lecąc tu przed grupą miałem "chytry plan bicia rekordu" z lotniska w Islamabadzie do Bazy. Byłoby nieźle, zamkńąć to w 10 dni. 

04.06.2010 | 13:04

Scierzka marzeń prowadzi ku Karakkorum, chciałoby się rzec - jak co roku, ale nie... Mimo że: Rosjanie robią problemy z wydaniem wizy, "bo cały paszport pełny jest wiz pakistańskich", to za każdym razem jest "ta pierwsza randka" i oby tak było zawsze.

28.04.2010 | 22:31
Annapurna:  wczoraj trzymając kciuki za atak, nie umiałem przed bliskimi ukryć zaniepokojenia. To nie pierwszy raz, gdy duża liczba utytuowanych wspinaczy (zdaje się że szczytowało około 18 osób) może uśpić czujność. Ostatni Hiszpanie: stanęli na szczycie o 16.15, a w perspektywie dojście do namiotu o północy. Trudno zwracać uwagę człowiekowi, który wszedł przeszło 20 razy na ośmiotysięcznik, zwłaszcza że i mi zdarzyło się takie późne szczytowanie, ale byłem sam i odpowiadałem tylko za siebie. Tu było trzech, dwóch bardzo utytuowanych i ...oni zdołali zejść do namiotu. Szapoba przed Rumunem Horią: przetarł drogę w ataku, na szczycie był pierwszy o 10:00, a teraz pozostał w c4, by pomóc maruderom i zaginionemu Tolo.
27.04.2010 | 19:59
Koreanka Oh Eun-Sun stanęła własnie na 14 szczycie korony himalajow - historia! HISTORIA?Pamiętam jak przed rokiem chodząc od namiotu do namiotu prosiłem o pomoc dla konającego Hiszpana. Było tam przeszło 20 osób między innymi jego leader, ktory chce być najstarszym zdobywcą korony, skandynaw ktory lada dzień stał sie pierwszym fińskim zdobywcą korony, owa koreanka i inni wielcy tworzący historie. Nikt nie próbował nawet pomóc.. 4-8dni później tworzyli  swoje historie na sąsiednim ośmiotysięczniku...
06.04.2010 | 06:19
Ponoć śmierć zaczyna się wtedy, gdy umierają w nas marzenia. W święto odradzającego się życia, trzymam kciuki, aby Wasze marzenia Was i bliskich dookoła zawsze zadziwiały i inspirowały.
30.12.2009 | 17:49

Pisałem przed rokiem: "Sylwester nad Indusem (...) rok wypełniły mi pierwsze chwile Juniora i górskie marzenie o zimie na Nanga Parbat. Marzeniu nie dane było w pełni się ziścić, ale beda nastepne!"

Junior w przededniu 2-gich urodzin pod okiem taty i wujka Denisa rozpoczął wspinaczkę na Jurze, a marzenie... właśnie się konkretyzuje, ale na to muszę zapracować. W Nowy Rok wchodzę z ostrym treningiem i życzeniami:

-"oglądaczom" niniejszego bloga życzę, aby nie przestawali marzyć

-"podglądaczom", aby w końcu zaczęli...

01.12.2009 | 02:05

Mam nadzieję, że nie zamęczyłem Denisa ani Krakowem, ani Jasną Górą :-) Pogoda dopisała, a my gdzieś pomiędzy "wizytą u Królów", wspomnieniami, i planami na przyszłość, znaleźliśmy parę godzin na pod-częstochowską Jurę. Jak dożyję, przypomnę kiedyś synowi, że nim skończył 2 latka, pierwszy raz był w skałkach z tatą i jego przyjacielem Denisem Urubko.

24.10.2009 | 18:14
Tragedia na południowej ścianie Lhotse - dokładnie 20 lat temu. O Kukuczce mowi dziś nawet śniadaniowa telewizja dla gospodyń, ale na: wspinanie.pl pza.org.pl czy fundacjakukuczki.pl. ani śladu pamięci. Bywając w Karakorum nie sposób nie pamiętać: trawers Gasherbruma III i II, nowa droga na Gasherbrumie I, trawers Brod Peak-ów, no i jedyna polska droda na K2. Taka droga!
15.10.2009 | 03:32

KRAKOW 20.10.2009 "Pakistan"

Pakistan nie jest krajem, który polecałby Ci tour-operator na miejsce wymarzonego urlopu. Nikt nie reklamuje jego kultury i przyrody, a głośno o nim bywa tylko w kontekście wojny. Tysiace lat cywilizacji i zaledwie 60 państwowości. Tygiel plemion i języków, które dzieli wszystko - nawet rodzaj wyznawanego islamu - a łaczy strach. Strach przed anarichią Afganistanu i przed potężnym wschodnim sąsiadem. Jest jeszcze jedno co łączy Pakistańczyków: kult armii. Armii posiadającej broń jądrową i armii ktora przegrała wszystkie dotychczasowe wojny z Indiami.

Pakistan to żyzne nadmorskie południe, niespokojny pasztuński środkowy-zachód, ufortyfikowana na wschodzie granica z Indiami i...na północy najwyższe góry świata: Hindukusz, Himalaje i Karakorum. Przeciętny Kowalski mówiąc "Himalaje" wrzuca do jednego worka Mt.Everest pospołu z K2. Nic bardziej mylnego. Podczas gdy himalajski pejzarz zachwyca barokowym przepychem form i barw, to ubogie i bezludne pustkowie Karakorum zawsze na myśl przywodzi mi gotyckie wyniosłe wieże. Pragnę opowiedzieć o moich samotnych zmaganiach z taką wieżą, górą moich marzeń K2.

Zaprszam : godz 19.oo  w sali nr 9 pawilonu Sportowo-Dydaktycznego na terenie kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego w (ul. Rakowicka 27).

06.08.2009 | 06:22

Koniec wyprawy po pakistansku: zagubiony w karawanie bagaż; pomylona rezerwacja lotniczego biletu, a wszystko to kwitowane zakleciem insh-Allah. Na szczęście, mam do tego już dystans, "odkręcam" rezerwację, tropię bagaż. Allah-akbar !

03.08.2009 | 03:52

Kucharz opowiada anegdoty o leciwej Annie Cz. "specjalistce od corocznych kontuzji i zwózki helikopterem". Pokazuje kurtkę-puchówkę, prezent za wpychanie jej do helikoptera. Austriak wtóruje mu śmiechem: "wyprawa o dumnej nazwie "B.Peak&K2 Exp."... ktorej w bazie pod K2 nikt na oczy nie widział; kontuzje, hemoroidy... takie tam"

02.08.2009 | 04:21

W bazie wrze. Irańczycy, napietnowani za zaśmiecanie obozów i za "chachmenty" ze szcztem, na odchodnym obwinili mnie o fiasko akcji ratunkowej. "CHCIELI (?) i gdyby nie ja... pomogliby". Morał dla mnie: zamiast naprzykrzać się ludziom prośbami o pomoc, zamiast ganiania z tlenem, zamiast daremnego czekania w c1, powienem siedzieć na dupie w bazie i dbać o PR.

 Moja grupa zamówiła już  na jutro tragarzy. Nawet Bułgarzy, którzy mieli w planach G2 odpuszczają i wracają do domu. Nie będzie czasu na ponowny atak G1

02.08.2009 | 03:38

Wytrzymałem 14 dni ponad bazą, gorzej z telefonem. Właśne go reanimuję. Może będzie potem czas na obszerniejszą relację z tych paru dni bez kontaktu, teraz po krótce. Mój atak na G-1 był szalenstwem: zaledwie 5dni wcześniej na G-2 startowałem z c3 i aż na 8tys. Podczas oczekiwania na Luisa otarłem się o odmrożenia; samotne zejście w nocy, potem - akcja ratunkowa. Ponieważ naiwnie sądziłem że ktoś z jego grupy będzie go szukał i będę mógł pomóc, zamiast schodzić na odpoczynek do bazy oczekiwałem w c1. Tu mnie po 3 dniach zastały grupy... idące na atak na G-1, w tym też team Carlosa Sorii. Rozmowa z ich szefem obnażyła brutalne fakty.

Ja: "Dlaczego pomimo informacji, że nepalscy Szerpowie pójdą na poszukiwania,  nikt z bazy nie pojawił się w c1? Był przecież cień szansy, a liczyły się dosłownie minuty"- Odpowiedź: Pomimo próśb, nie chcieli iść.

Ja: "Dlaczego prosiliście zamiast po prostu płacić. Luis musiał być ubezpieczony, więc nie byłoby problemu potem ze zwrotem kasy. Dla Szerpy to jest praca, zatem trudno sobie wyobrazić, że pójdzie ryzykować tylko za: "dziękuje" - milczenie.

Ja: "Nie było żadnej próby akcji ratunkowej, dlaczego?" - Odpowiedź: Miał przylecieć helikopter; niestety nie przyleciał.

Ja: "O tym, że nie przyleci, na podstawie prognoz pogody wiedziałem nawet ja - bedąc poza bazą. A dlaczego nikt z was nie próbował?" - Odpowiedź: Impossibile, zagrożenie lawinowe.

 Ja: "Skąd wiedzieliście, że jest zagrożenie lawinowe? Z bazy kompletnie nie widać ani kawałka góry. Żeby wogóle zobaczyć G-2, a tym bardziej poznać warunki "na drodze" trzeba się pofatygować co najmniej do c1.  Dlatego przez 3 dni TU czekałem, bo było dla mnie oczywiste, że lada chwila bedę potrzebny grupie, która podejdzie - czy to szukać Luis, czy chociażby przekonać się  o możliwości takiej akcji" - milczenie

Ja: "Czy pójdziecie szukać ciała?" - Odpowiedź: impossibile

 

 Szturm na G-1: Podążam razem z 6-tką osób, choć szanse mam raczej małe. Oni od przeszło miesiąca pracowali na ten atak. Spali już wcześniej w c3, mają tam całość sprzętu i zaopatrzenia. Ja zaś człapię z całym majdanem. Suma sumarum: gdy po parunastu godzinach odpoczynku w c3 ruszają na atak, ja dopiero ledwie rozbiłem namiot i gotuję picie. Nie jestem gotów tej nocy. A gdy następnej jestem gotów: cud nie zdarza się 2 razy z rzędu. Chłopcy wchodzili bez cienia wiatru, a ja od 22.oo aż do rana... słuchałem wściekłego wycia. Zatem w dół do bazy. REST

26.07.2009 | 23:08

Jestem 2-gą dobę w c3, ale tym razem na Gasherbrum 1. Dziś przy pięknej pogodzie weszli Bułgarzy i Veikka Gustafsson. Spróbuję samotnie nocą, jeśli pogoda...

24.07.2009 | 00:12

Już drugą dobę czekam w c1 na "rescue-team". Spodziewając się ich w każdej chwili, nie schodzę do bazy na odpoczynek. Mniemam, że gdy przyjdą, tu skąd widać całą drogę, będę bardziej pomocny. Pierwsze sms-y od mojej wyprawy informowały, że próbowali podejść moi koledzy, ale musieli zawrócić. Potem, że wysiłki wyprawy Luisa zmierzają do wezwania helikoptera, i nepalskich Szerpów z innych wypraw.Dziś zaległa cisza.

Pod wieczór podeszli Bułgarzy, idą... na G1. Nic nie wiedzą czy pojawi się tu ktoś z grupy Luisa.

22.07.2009 | 17:41

W c1 są już Irańczycy - będzie ponad 15-17 chłopa, a do tego jeszcze kilkanaście osób, których nie wystraszyła pogoda. Nasz powrót wywołał różne reakcje. Odkopując namiot nie mogę ogonić się od pytających: czy Irańczycy na pewno byli na samym szczycie, dlaczego świetują, skoro zginął człowiek itp. Termos zostawiłem w c3, wiec teraz czym prędzej zaczynam gotować i pić.

Około 22.oo ktoś wyrywa mnie z namiotu. Przy rozgwieżdżonym niebie zwrocił uwage na DZIWNĄ GWIAZDĘ.  Pulsujące światło dokładnie w górnej częsci trawersu gdzieś około 7700-7800m. Jest szansa że Luis żyje? I to jest koniec dobrych wiadomości. A te złe: jeśli to on, to od wczoraj przez blisko 30godz. zszedł zaledwie 300m; światło pulsuje wciąż w tym samym miejscu, a ponieważ jest to stosunkowo łatwy i specjalnie przeze mnie "udeptany" odcinek, to nasuwa się przypuszczenie, że jest bardzo źle. Ponieważ światło świeci dokładnie w miejscu linii szczytu, nie można też wykluczyć, że np. spadł 100-200m a nieuszkodzona latarka pulsuje. Ale trzeba sprawdzić i to szybko. Chodzę z prośbą od namiotu do namiotu.

Irańczycy oświadczają, że są zmeczeni i nie widzą szansy więc nie pójdą. Porzyczam od nich butlę tlenu. Biorę picie i leki. Wiem, że po ostatnich 48godz. mam marne szanse dojść  aż do trawersu i to jeszcze szybko, szukam zatem jeszcze co najmniej jednej osoby. Jest grupa Czechów, ale oni dopiero co przybyli i nie mają aklimatyzacji. Inni, w tym też Veikka Gustafsson, twierdzą że nie są w stanie iść, radzą wezwać helikopter i nepalskich szerpów. Ponieważ moje próby kontaktu z  hiszp.leaderem od rana nie dały rezultatu 2osoby schodzą w nocy do bazy, a ze mną do góry... nikt nie pójdzie. Próbuę sam, ale szybko przekonuję się, że nie dam rady. Zawracam.

22.07.2009 | 04:59

Rankiem żaden z Irańczyków nie chce iść na poszukiwania. Cała grupa; i ci którzy wczoraj szli do szczytu, i ci ubezpieczający atak w c3, c2, c1 chcą jak najszybciej schodzić w dół. Spieszą się przed wieszczonym od tygodnia załamaniem pogody i nie mają najmniejszych złudzeń, że Luis nie żyje. Boją się że ja tu zostanę, co rusz ktoś z ich grupy podchodzi i przekonuje mnie, bym z nimi natychmiast schodził. Poszli, a ja nadal tkwię w c3. Zastanawiam się co robić, umysł mówi "Luisa nie ma, w dół", serce mówi: "a może żyje". W tej rozterce umacniam dodatkową liną namiot, gotuję 2litry picia i razem z moim termosem zostawim w Luisa śpiworze. Obok w widocznym miejscu kładę swój gaz, palnik, menażkę i line. Jeszcze rankiem za pomocą sms-a poprosiłem, by skontaktował się ze mną leader hiszpanskiej wyprawy Carlos Soria.  Pamiętając jakiego zamieszania "informacją o wypadku" narobił w 2006r na K2 Irlandczyk, chcę przekazać wiadomość o zaginięciu Luisa bez pośredników. Nie znam telefonu, więc prosiłem kogoś z mojej wyprawy, aby przeszedł się do Hiszpanów i przekazał, że proszę o pilny kontakt w sprawie Luisa. Otrzymałem odp. że przekazano Carlosowi mój numer i prośbę ... i na tym koniec.

Około południa "prognoza zdaje się spełniać" nadciągają ciemne śniegowe chmury i jeśli nie ruszę zaraz, to muszę poważnie brać perspektywę parodniowego załamania.Schodzę.

21.07.2009 | 17:41

 Wróciłem. Próbuję uspokoić myśli:

O 6:30 zatrzymujemy się tuż obok założonego wczoraj przez Irańczyków c4. Pijemy, jemy; lustruję dalszą drogę i ruszamy. W tym momencie piątka Irańczyków wyprzedza nas  o jakieś 2godz. Miejscami ślady są kompletnie zawiane, miejscami  spod śniegu "wyłazi" lód. Trzeba uważać. Luis nie che zmieniać mnie w torowaniu, ale trzyma się za mną to parę, to parędziesiąt metrów. Świadom, że pogoda zapewne jak co dzień pogorszy się po południu idę najszybciej jak się da i nie tracę czasu na robienie zdjęć. Pod koniec trawersu jesteśmy wyraźnie bliżej Irańczyków. Rozgladam się. Przede mną stromy odcinek a potem wyjscie na podszczytowe pola. Tu  skały jeszcze nas nieco zasłaniają  przed wiatrem, potem będziemy brali podmuchy "na pierś" dlatego proponuję 10min na picie, bo mogą być to ostatnie łyki na długie godziny. Niepokoi mnie że: na całym trawersie stoją tylko 2 (!) trasery. Jeden zaraz przy c4 postawili zapewne Irańczycy: a drugi, stary leży na zboczu obok miejsca obecnego postoju. Odkopuję go i poprawiam, ale na myśl, że i tak dzieli je parę km cierpnie skura! Przy zawianych śladach schodzenie tędy bez widoczności, to kuszenie losu.

Na ostatnim zboczu (około 60% nastromiernia) niemal dochodzimy poprzedzającą nas grupę. Zatrzymują się obok skały około 30-50m poniżej szczytu. Ponieważ siedzą, kontynuujemy marsz do góry wzdłuż kawałka starej liny. Nie czekając aż przejdziemy ruszają po tej samej linie w dół i schodząc, spuszczają nam sporo świerzego śniegu na głowę, szarpią liną. Podczas tej wyprawy już wcześniej parokrotnie, czy to z grupami komercyjnymi, czy właśnie z Irańczykami, rozmawiałem n/t tak niedbałego i niebezpiecznego współużywania lin. Zatrzymuję się, aby ich przepuścić i wymieniam parę zdań ze schodzącym na końcu leaderem grupy szturmowej. Przypominam o niepisanych zasadach "kto pierwszy,a kto drugi". W tym momencie wyprzedza mnie Luis. Irańczyk coś tam odkrzykuje, ale ja nie słucham, bo przeraził mnie wyraz twarzy Hiszpana. Pośpieszam za nim i krzyczę by na mnie poczekał. Jesteśmy przy kamieniu skąd wcześniej zawrocili Irańczycy. Luis ma czarne zaciścięte usta. Nie odpowiada na pytanie jak się czuje, powtarza w kółko "la cima, 20 minuto!". Zaczynam tlumaczyć, że powinien natychmiast zawrócić. Proszę by to zrobił, próbuję przestraszych pogodą (wieje i co chwila przewalają się nad szczytem gęste chmury). On w kółko powtarza swoją mantrę: "la cima 20 minuto!" Wyczerpałem już wszystkie agrumenty, został najmocniejszy: "Olać szczyt. Schodzę z tobą, pomogę - ale zawracamy natychmiast!" I na potwierdzenie moich słow robię parę kroków w dół. Widząc, że moje zdecydowanie odnosi skutek - Luis przestał wpatrywać sie w szczyt: przytommniej, acz zdziwiony patrzy na mnie - biorę w ręce linę, czym jednoznacznie daję wyraz, że będe zjeżdżał. Wcześniejsze sytuacje, gdy musialem zawracać "opętanych szczytem" nauczyły mnie, że trzeba być zdecydowanym i nie ma miejsca na jakiekolwiek ustępstwa, tym bardziej że w drodze w dół  nie będzie już uskrzydlającego "narkotyku-szczytu", a tylko zmęczenie. Wyjaśniając, że natychmiastowy powrót w jego stanie i tak będzie długi/ciężki, robię następnych parę kroków w dół. Luis próbuje sie ze mną targować, o czas, ale ja nie ustępuję: "Nie bedę czekał. Pogoda się psuje, ty jesteś poważnie zmęczony. Jeśli chcesz żyć, to natychmiast schodź ze mną, szkoda każdej chwili!" i powoli zaczynam  zjeżdżać. Przez moment wydaje się, że schodzi za mną. Ale nie... Luis pokazuje na szczyt i rusza do góry. Nie przerywam schodzenia. Na tej wysokości i w takim nastromieniu nie mam żadnego innego narzędzia. Jeśli mu ustąpię, to ani nie dojdziemy do szczytu, ani nie wrócimy żywi. Zatrzymuję się około 150m poniżej szczytu. Stoję w linii spadku wierzchołka, tak by schodząc, nie "przegapił" mnie w zawiei, bo przewalających się nad nami chmur jest coraz więcej. Widoczność spada do paru metrów, nadchodzi pogorszenie pogody. Boję się, że zachmurzenie ogarnie całą górę, że zawieje ślady, ale wiem, że niezależnie od tego co deklarowałem będę czekał, pytanie ile? Nie sądzę by wyrobił się w godzinę, no chyba że zawróci. Smagany wiatrem, to stoję, to kucam, ciągle wpatrując się w górę, bo mam nadzieję, że tak właśnie zrobi. Kusi pomysł, by zejść niżej za "zakręt" gdzie osłoniłyby mnie skały, ale tam nie mógłbym lustrować drogi powyżej, a i on mógłby schodząc przegapić ten "skręt", dlatego mimo że marznę, zostaję na otwartej przestrzeni. W drugiej godzinie czekania klnę sytuację, ale nie jestem w stanie ruszyć w dół zanim nie przekonam się, co go zatrzymuje. Gdy dobiega trzecia jestem przestraszony, wszystko we mnie krzyczy że choćby już, to może być za późno. Prubuję przekrzyczeć wiatr. Wreszcie tuż przed zachodem słońca, przy wzmagającym jeszcze bardziej wietrze chmury rzedną, a ja słupieję. Moja intuicja by stać "w linii spadku szczytu" okazuje się trafną, 3-4 m ode mnie znajduję jedną z rękawic Luisa, ale powyżej aż do szczytu sam śnieg i lód. Z tej odległości dostrzegłbym każdy ciemny przedmiot wielkości kasku, widzę nawet cieńką kreskę starej liny, ale po Luisie ani śladu. Ściągam gogle i metr po metrze lustruję zbocze. Bez efektu. Gdyby zasłabł lub umarł, ciało podążyłoby torem rękawiczki lub leżało po drodze, tymczasem ja nic tam nie widzę. Czyzby spadł na drugą stronę grani szczytowej? Raz po raz przeglądam stok, nawołuje aż do zachrypnięcia - bez skutku. A czas nagli. Przejaśnienie może być chwilowe; straszą rychły zmrok, brak traserów na szlaku i ręce. Gdy probuję wydłużyć zamarzły kijek, sprzęt leci mi z rąk, nie mam czucia. Dopiero teraz zauważam, w jak poważnym stanie są dłonie. Jeśli natychmiast nie zacznę schodzić i nie rozgrzeję rąk, to nie zdołam przejść stromych odcinków. Luisa nie ma, a rozważania gdzie i jak przepadł są jałowe. Jeśli jakimś cudem żyje i gdzieś się schował przed śnieżycą (gdzie?) mogę jedynie zadbać o dobrze wydeptane stopnie na szlaku, aby idąc po moich śladach trafił do obozu. Znalezioną rekawicę kłade tak, by wskazywała gdzie trzeba skręcić na trawers. Pomimo że schodząc ścigam się z zapadającym zmrokiem, co rusz ogladam się za siebie. Choć decyzja o zejściu jest jedynym co mogę zrobić, mam ciągle nadzieję, że dostrzegę światło jego latarki

Liczyłem, że przenocuję tuż pod trawersem w c4  u Irańczyków i jutro skoro świt pódziemy razem szukać Luisa. Niestety, po ich namiocie został tylko wydeptany śnieg. Czeka mnie nocne zejście skałami do c3. Boje się, że mogę popełnić bład na linach, nie jestem pewiem przemrożonych wcześniej rąk. Do mego namiot docieram o 23.oo.

20.07.2009 | 04:42

Sztuki czekania ciąg dalszy, przy czym coraz większy pręgież czasu. Wszystkie prognozy, i te z Chamonix i te z Teheranu, wieściły poteżne i długie załamanie od popołudnia 21 lipca. Jeśli się sprawdzą, to na atak i zejście mam zaledwie półtorej doby - wykonalne, ale na styk.

W dzień starałem się odespać - a o północy powtórka z rozrywki: husteczkowy prysznic, ubieranie sprzetu, "układanie drogi". Gdzieś tam myśl o bliskich. Równo 2 lata temu samotnie stanąłem na szczycie B.PEAK - biorę to za dobrą wróżbę. Ruszam o 2:00, za mną podąża Hiszpan Luis.

19.07.2009 | 21:23

Do świtu wieje i przelotnie pada. Gdybym ruszył teraz nie zdążę wrócić przed zmrokiem, zatem pewne jest jedno: nie dziś. Polacy rezygnują i schodzą. Jest dziwnie, nie tak źle by uciekać, ale bardzo krótkie wypogodzenia słabo rokują na szczyt. Czy aby góra nie zastawia chytrej pułapki? Nie sztuka wejść, sztuka wrócić. Czekam...

19.07.2009 | 09:35

Przygotowując atak, prawie nie spałem - piłem, porzadkowałem sprzęt. Cały czas mocno wieje, od czasu do czasu sypie śniegiem. Marne szanse, ale chcę być gotowy, jeśli nadejdzie "okno". Choć mam piekielnie mało miejsca, a targany wiatrem namiot co rusz sypie szronem - rozbieram sie do naga(?) i "myję" (husteczki!). Zakładam czystą bieliznę - pachnie jeszcze domowym praniem. Zakładam buty, kombinezon i... słuchając wiatru czekam. Nie pierwszy raz odrabiam lekcję z "górskiej sztuki czekania ". Jest 1:30 (czasu pakistańskiego).

19.07.2009 | 04:31

Jestem w c3. Namiot przywalony śniegiem, ale grunt, że nie odleciał i że nie połamany. Kopię nową platformę. Mała scysja z Irańczykami. Dobrali się do pozostawionych poprzednio przeze mnie lin i śnieżnych szabli. Część użyli już do umocnienia swoich namiotów. Proszę o zwrot reszty.

Tradycyjnie dla c3 mocno wieje. Słucham wiatru i myślę nad planem na jutro. Jest tu spora grupka: Hiszpan, Polacy,tłum Irańczyków, ale muszę być przygotowany na samotny atak, bo tylko ja wcześniej tu spałem. Dla reszty będzie to pierwszy nocleg na 6960m. O ile zelżeje wiatr chcę iść do szczytu już za parę godz. Będzie ciężko, bo czeka mnie ponad 1000m przewyższenia (z pominięciem c4), bo nikt w tym roku ani nie przecierał, ani nie poręczował ani nawet nie traserował drogi powyżej. Pownadto muszę uważać z powrotem: od 3 dni obserwuję, że wiatr powyżej 7 tys. popołudniami wyraźnie wzmaga się.

18.07.2009 | 05:44

Kiedy w końcu nauczę się, że informacja i doświadczenie mają swoją cenę. Irańczycy będąc tu pierwszy raz pytali: o drogę, o taktykę itp. Uraczyłem ich każdym znanym mi detalem, pokazałem przywiezione zdjęcia. Słuchali, notowali, prosili o radę. Wzamian moja prośba: "Ponieważ mam obozy (namioty, sprzęt) w c1 i c3 proszę o jedno miejsce "kątem na jedną noc w ich c2", bo nie dojdę w jednym rzucie z bazy aż na 7tys. zwłaszcza w tym nieprzetartym/lawiniastym śniegu". Proszę jeszcze zawczasu - w bazie; proszę wiedząc, że jako wyprawa która przybyła najpóźniej korzystają z naszej pracy; proszę - wiedząc że dysponują odpowiednią liczbą miejsc. Proszę i słyszę: Znajdzie sie! - co ich leader miał na mysli - Allah raczy wiedzieć. W c2 Irańczycy śpią po 3 osoby w 4osobowych namiotach, ja śpię w podpartej bambusowymi traserami szmacie, którą na szczęście tu znalazłem. Nie ma dyskusji - są "na swoim", ale niesmak zostaje. Byle do c3, byle "do siebie".

17.07.2009 | 22:38

Znowu jestem jednym skokiem w c2 i jak na razie nie ma tych ryczacych 40-stek. Straszyli nimi wszyscy - nawet mijany dziś Uli S. Ponoć ostro wieje dopiero powyżej 7tys. Pytanie co z moim c3, czy przetrwały namiot i zapasy na szturm?

17.07.2009 | 05:33

Większość wspinaczy urządza giełdę prognoz pogody i udowadnia, że ta z Insbrucka jest lepsza od tej z Chamonix i "o niebo lepsza" od tej z Techeranu. Ponieważ wszystkie nieodmiennie wieszczą to samo, szkoda mi energii/czasu na dywagacje "kóra jest lepsza". Robię swoje: chcę złapać dzień, dwa restu przed atakiem a potem jednym skokiem do c2. Sprawdzę jak bardzo lawiniasto jest powżej, bo jałowymi wydają mi się dyskusje w bazie o tym, czego z bazy nie widać.

16.07.2009 | 05:48

Życie bazowe kwitnie. Czcimy dziś Grunwald (?). Kucharz podłapał z naszej wczorawczorajszej  dyskusji ten  motyw. Po dzisiejszej kolacji  na spółę z Niemcem kroję tort; czas na żarty, muzykę.

15.07.2009 | 06:24

Jestem już w bazie. Samotne zejście z 7tys. dostarczyło mi sporo emocji: świerzy opad śniegu - po uda, ostry wiatr i pomruk lećących obok lawin. I na deser: fatalny brak ozaczenia lin (leżą teraz około 1m pod śniegiem)  i poniszczone wszelkie mostki na szczelinach i serakach. To ostatnie jest zapewne efektem gremialnego wycofu, jaki wczoraj ogladałem z góry. PIC!

14.07.2009 | 02:39

Z c3 przyglądam się "exodusowi w dół": kto żyw wieje do bazy! Nie będę się "kopał z koniem(pogodą)" więc schodzę i ja. Ale powoli, jest wietrznie, a do tego pomiędzy c3 a c1 lawiniasto.

Rysiowi Pawłowskiemu, który walczy właśnie na Brod Peaku  jutro bije 25lat jak pierwszy raz wlazł na tę górę. UKŁONY!

13.07.2009 | 15:07

Myslałem, że mnie w nocy zdmuchnie. Rano namiot pełen śniegu - wiatr wpychał go do wemnątrz każdą szparą. To nie jest pogoda na atak; jeśli do południa się nie poprawi - schodzę.

13.07.2009 | 04:56

To był długi dzień, ale jestem już w c3 igotuję. Jestem sam i mam świadomość, że ostatni raz ludzie byli tu przed rokiem. Pozostałym nie mieściło się w głowie, jak można iść na 7tys. "zanim KTOŚ położy liny". Ale miałem większe zmartwienie niż ich brak. Pod koniec podejścia zaczęło ostro wiać. Po gębie co chwila waliło małymi pyłówkami, a miejsce na tyle strome, że ani ochota, ani sposobność wyciągać z plecaka puchówki. Rostawianie na takim wietrze leciwego "małacha" też do przyjemnych nie należy, i gdzie jak gdzie: tu druga para rą byłaby nieoceniona :-)

12.07.2009 | 04:33

Sortuje sprzęt. Wypada wziąść: namiot, gazy, żarcie, śpiwór, sprzęt do gotowania, kombinezon, ubrania, wspiaczkowy szpej. Ba na koniec dokładam jeszcze 2 aparaty, i kamerę - jakieś 3kg extra. Jak mam to wnieść na 7100m w kopnym śniegu? Pogoda wbrew prognozom nieciekawa: coraz mocniej zawiewa i posypuje. Oby dotachaś tę górę sprzętu do c3. Przenocować, a potem zobaczę co dalej.

11.07.2009 | 21:10

Pruszy, ale tempo pomimo garbu plecaka przyzwoite: ok 6,20min z bazy do c2. Będę sam - peleton został w c1. Wyniosłem pepsi - niebo w gebie! Wychłepcze całe 1,5l za zdrowie Marty i Juniora!

11.07.2009 | 05:11

Rysiek Pawłowski z Broad Peak-u sms-uje, że chce wejść 14-go, bo to równe 25lat, ale na razie schodzi do bazy. Mam cichą nadzieję, że za 2dni w c3... pogoda da mi szanse powalczyć.

07.07.2009 | 23:27

Czas z bazy do c1: 3,5godz, a tu niestety "zaczynają się schody". Jak Abraham szukam "choć jednego sprawiedliwego" tzn. drugiego kto by ze mną przetorował świerzy śniego do c2. W  c1 spało dziś ludków ze 20-u , ale kazdy pobłażliwie szczerzy zęby. Co prawda za mną ruszyla grupka ekspertów od lawin, ale okazało się, że tylko do pierwszego seraka. Jutro ani pojutrze też nikt nie zamierza iść wyżej.

Schodzę gawożąc ze słynnym Szwajcarem Uli S.

07.07.2009 | 05:44

Wieczór u Irańczykow - "urodziny proroka Alego". Za 6godz. ruszam: chcę załozyć c3 na 7tys. i jak wiatr i śnieg pozwolą - spróbuje wyżej. Tylko ten icefall!

06.07.2009 | 19:39

Pogoda kręci,ciut jeszcze posypie, pochmurzy, ale idzie ku lepszemu. Biorąc za dobrą monetę tę poprawę szykuję się na dzisiejszą noc - jak da radę to od razu do c2 - byłoby nieźle

06.07.2009 | 05:05

"West-mani" mają receptę na wszystkie górskie niedogodności: meeting. Azjaci: Koreańczycy, Japończycy, Nepalczycy, Rosjanie patrzą na te "spędy" podejrzliwie, śniegu nie ubędzie, bo tak zagłosujemy

05.07.2009 | 17:43

Śnieżyca w nocy pokazała pazur, ale piękny ranek daje nadzieję, że to było przesilenie i czas myśleć o szturmie. Pranie, sprzatanie klarowanie szpeju

05.07.2009 | 04:53

Zasypuje nas, zwolna acz uparcie. Rozsiadł się nad nami ciepły,wilgotny front, a wiatru coby go przegnać, jak na lekarstwo. Są już pierwsi "uciekinierzy" z c1 

03.07.2009 | 16:14

Zdążyłem z wczorajszym praniem i kąpielą. W nocy spadło 20cm śniegu i nadal sypie.  Bułgarów i Irańczyków  w c1 dosłownie zakopało.

01.07.2009 | 20:30

W nocy mocno powiało i non stop sypie. Nie zważając na to bulgarsko-iranski team ruszył do c1. Przybyli do bazy przed 4 dniami i tęskno im do góry

30.06.2009 | 23:56

15-20 osób chodzących przy rozmiekłym śniegu dokonalo większej destruksji niz ostrzał artylerii. A ustalaliśmy, że dla wspólnego dobra chodzimy przed świtem lub po zmierzchu. Idę z nosem przy ziemi i duszą na ramieniu

30.06.2009 | 23:55

Z c2 zbiegam do bazy w 4godz. Ściga mnie wietrzysko i śnieżyca. Nie poznałem drogi: zaledwie 2 dni, a wszystkie "mostki" i "czujne przejścia" bezmyślnie zniszczone

29.06.2009 | 23:55

Zasapałem się - kopanie platformy pod c2 zajęło mi prawie tyle samo czasu co wejście tu. "Wgryzłem się' w zbocze, namiot będzie osłonięty z trzech stron!

28.06.2009 | 14:50

Od 3-ciej robię wszystko by nie wyjść: guzdrzę się z ubieraniem, pakowaniem, ciągle sprawdzam stan nieba i cisnienie. Nie przepadam za takimi napadami lenistwa, ale zwykle im ufam. No i po 6-stej mam odpowiedź: cały kocioł Gasherbrumow wypelniła gęsta "wata". Śniezyca, tak mocno jeszcze nie sypało

28.06.2009 | 02:20

Wczoraj doszedłem do c1. Po południu zlekka sypneło i "wcale nie lekko" dmuchnęło. Planuje założyć c2, ale czeka mnie najtrudniejsza na całej drodze wspinaczka; do tego slalom pomiędzy serakami, ktore w tym sezonie są dość obficie obsypane sniegiem. No i normalka: muszę tam sam wtachać cały sprzęt na obóz

26.06.2009 | 22:30

Pogoda kiepska, ale z siedzenia w bazie porzytku żadnego: spróbuje dzis w nocy do c1 i ewentualnie "pocisnę" wyżej, dokąd śnieg pozwoli

26.06.2009 | 16:01

Od 2 dni pogoda doluje: silny wiatr napędza nam nabrzmiałe śniegiem chmury. Do c1 da się dojść,ale powyżej śniegu niebezpiecznie przybyło CZEKAĆ

24.06.2009 | 19:09

W nocy sypnęło,a brzask był chmurny,dlatego darowałem sobie gotowanie & picie i... po 2godz piję w bazie. Czas na rest: pranie, kąpiel itp. Po drodze naliczyłem ze 20 osób idących do c1

24.06.2009 | 00:42

Jestem sam, bo słońce na tej patelni/platau wysysa każdą wilgoć i skutecznie odstrasza westmanow,których do dzisiejszego wyjścia nie skusiły nawet roztawione przez tragarzy namioty. Pić! 

23.06.2009 | 19:31

W Icefallu warunki na "5": raki do c1 doniosłem w plecaku. Zawiewało przed świtem  i sakramencko marzły mi łapy. Dlatego dałem z buta. Jak na pierwszy kurs i to z garbem 5godz. nie jest źle. Stawiam obóz

23.06.2009 | 05:31

Pogoda taka sobie,ale czas do gry. Ruszam nocą przejść się na 6000m. Biorę sporo sprzetu, bo tak naprawdę tam dopiero będzie baza wypadowa

21.06.2009 | 07:19

Gonieni śniegiem zakładamy bazę. Miejsca mało - trzeba sypać platformy pod namioty. Wieczorem smakujemy świerzo sprawionego jaka. Pogoda taka sobie

19.06.2009 | 22:50

W nocy chwycił spory mróz i wypogodziło się. Do Concordii depcze dziś spory peleton: 500 osób około 7 wypraw. Tu polowa w lewo pod Broad Peak, a my w prawo do gniazda Gasherbrumów

18.06.2009 | 22:37

Sypnęło w nocy śniegiem, nad ranem opad wzrósł na sile, a z nim gwar tragarzy: wiecują,czy wracać, czy podbić cenę. Do Concordii, choć to tylko 3godz. dziś nie pojdą. Allah-akbar

18.06.2009 | 04:57

Trafił nam się team: kucharz & pomocnik zawodowo gotujący w klubie oficerskim w Lahore! Jeśli wojskowa kuchnia się sprawdzi, postaram się mieć ich na kolejnych ekspedycjach w Pakistanie

15.06.2009 | 07:11

Od paru dni gram z pogodą i chorobą w ciuciubabkę -z pogodą wychodzi, gorzej ze zdrowiem. Na szczęscie do bazy jest jeszcze pare dni wedrówki

13.06.2009 | 13:14

Askole wita deszczem i śniegiem(?), a ja złapałem infekcję gardła. Infekcja plus wykłucanie się z agencją o planowane przez nich "oszczednosci na jedzeniu" zaowocowały w nocy: utrata głosu, dreszcze, gorączka. Po fatalnej nocy ruszam by "przepocić chorobę" - jeśli to nie pomoże, będę musiał sięgnąć po antybiotyk. Coz: taki stary,a taki głu...

12.06.2009 | 07:32

Jestem w Skardu. Za nami karkołomna podróż: aby nadrobić 1dzień, jedziemy bez przerwy 26godz. Niepokoi mnie pogoda: sporo śniegu, którego już tu nie powinno być. Jutro do Askole

09.06.2009 | 22:49

Zasiedziałem się w Islamabadzie: bieganina po urzędach, kolekcjonowanie kolejnych papierków i podpisow. W Polsce były problemy z wizą - tu z permitem. Dolecieli membersi z mojej grupy zatem jest nas już szóstka. Dziś odbył się breffing i za parę godzin ruszamy do Skardu. Ciekawe jak tam Rysiu Pawłowski -z braku wiz musiał opóznić wylot, na razie o tydzień 

05.06.2009 | 21:28

Powinienem przyzwyczaić się do tego, co mówił Bogomolov: "ni h... łatwiej nigdy nie bedzie". Wiza ponoć będzie jutro; więc pojutrze ponoć lecę. Zaszłyszane na stronie poświęconej wspinasczce: himalaizm ponoć jest reliktem przeszłości, hobbystycznym sposobem spędzania wolnego czasu. Mam dosyć tych PONOĆ. Co zatem nie jest tylko ponoć... Ten poranek, gdy wypluwam płuca człapiąc za uciekającymi sarnami; deszcz o świcie i pot zalewający oczy. I pierwsze "TA-TA" skandowane przez Juniora.

30.05.2009 | 17:10

Gasherbrumy 2009: jak nie kijem go, to... Tknęło mnie tuż po Wielkanocy zadzwonić z DUŻYM wyprzedzeniem do ambasady - usłyszałem, że tryb przyznawania wiz NIECO się wydłużył. Jadąc w te pędy do stolicy rozsyłam wici do reszty "spóźnialskich". Uff, podania złożone i... Kinga w międzyczasie doszła pod Kangchendzönge, zdobyła, wróciła, a wiz... ani słychu ani widu. Odzwoniłem inne wyprawy - okazuje się, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku: od początku kwietnia nikt chcący się tam wspinać nie dostał wizy. Skąd ja to znam: "turisty nam nie nużnyje". Inna rzecz, że z rozmów z pakistańska stroną wynika, że to... NASZE (?) zalecenie. Wyjazd dogadany od miesięcy, cargo w drodze, bilety w kieszeni, a ja dzwonię, piszę, przekonuję. W najgorszej sytuacji jest Paweł na Broad Peak - leci najszybciej z nas, dlatego solidarnie zaczynamy od niego: jego przepchniemy i nas się uda. Udało się - co prawda wiz jeszcze nie mamy, ale Paweł na Okęciu; leci za 2 godziny. Jak bumerang wraca maksyma Siergieja Bogomolova, którą raczył mnie w obozie szturmowym na K2: "Gdy 30-lat temu zaczynałem, myślałem że kiedyś z czasem będzie łatwiej, a tu ni h... łatwiej nie jest". Sierioga, tylko dlaczego najtrudniej bywa w drodze do gór, a nie w nich samych?

11.02.2009 | 18:38

Pod Brod Peak nadal czekają na pogodę; góry ćwiczą cierpliwość polsko-kanadyjsko-pakistańskiej siódemki. Trzymam kciuki. I spieszę z gratulacjami dla duetu Denis-Simone który po zdobyciu Makalu bezpiecznie dotarł już do bazy. Czapki z głów!

08.02.2009 | 05:32

Słowo Pakistan staje się synonimem strachu i zagrożenia i to nie tylko w doniesieniach medialnych, ale i w świadomości zwykłych ludzi, o czym przekonuję się przygotowując najbliższe trekkingi i ekspedycje. W ostatnich 3 latach gościłem w Pakistanie wielokrotnie. Odbyłem osiem wypraw i trekikingów. Z racji moich zainteresowań nie ograniczałem się tylko do wspinaczki, ale poznawałem coraz to nowe rejony, żyjących tam ludzi i ich kulturę. Jako jedno z ważniejszych doświadczeń wspominam samotny pobyt wśród pasterzy pod Nanga Parbat w 2007r, czy też tegoroczne obchody szyickiego święta Aszura w Baltistanie. Wielokrotnie spotykałem się z wyrazami sympatii i uwagami, że swoim zachowaniem, przełamuję stereotypy patrzenia w ich kraju na "turystę z zachodu". Nadany mi przez tragarzy na lodowcu Baltoro, pakistański pseudonim "blue-taliban" zawdzięczam nie tyle wyznawanej filozofii, czy ekstrawagancji w ubiorze; co przede wszystkim poczuciu, że żywię szacunek względem ich kultury. Będąc tam: jadam jak oni, targuję się jak oni, podróżuję i mieszkam jak oni. Znam nie tylko czterogwiazdkowe hotele, ale slamsy i bezdomnych, których ich oficiele starają się raczej ukrywać przed turystami. Cały mój kraj żyje dzisiaj informacją o śmierci polskiego inżyniera, więzionego od 4 miesięcy na terenie pogranicza pakistańsko-afganskiego. Trudno mi pisać o śmierci, bo nie jest ona dla mnie czymś abstrakcyjnym, widzianym tylko w TV. Żyjąc wiele lat z bezdomnymi ocierałem się o nią na każdym kroku. Nie tak dawno w lawinie na K2 zgineli wokół mnie moi koledzy; wielokrotnie poszukiwałem zaginionych w górach, a potem stawałem wobec rozpaczy ich bliskich. Ktoś powie: śmierć w górach jest całkiem inna, inna jest śmierć bezdomnego alkoholika, a inna wreszcie niewinnego zakładnika. Los tych pierwszych jest wynikiem ich decyzji i wyborów, a zakładnik ginie wbrew sobie. Śmierć jak ją widzę zawsze jest tragedią, przed ktorą chylę głowę. Na przełomie grudnia i stycznia byłem w Pakistanie. Moi znajomi i przyjaciele stamtąd, to nie "możni tego swiata" a raczej pakistańska ulica. Przysłowiowi "Kowalscy" zmęczeni i bezradni wobec korupcji i przemocy. Reagujący bezsilną złością na wojnę w strefie Gazy, jak pół roku wcześniej Polacy na konflikt w Gruzji. Współczujący wobec porwanego i jego rodziny i wtedy, początkiem roku, pewni że sprawa znajdzie pomyślne zakończenie. Ludzie tamtego kręgu kulturowego często mawiają: insh-Allah "jeśli Bog zechce", czym podkreślają swoje poddanie Jego woli szczególnie w kontekście przeciwności losu. Biblia, która stoi u podstaw chrześcijaństwa, kultury hebrajskiej, do której z szacunkiem odnosi się i islam mówi jednoznacznie i kategorycznie: "Bóg nie chce śmierci człowieka; bo wolą Boga nie jest śmierć grzesznika, ale jego nawrócenie", "Bóg upomni się o każdą niewinnie przelaną krew". I zaręczam, że znani mi "pakistańscy kowalscy" nie cieszy się tą śmiercią. Smierć i reakcja na nią tj. współczucie i solidarność są ponadetniczne i ponadwyznaniowe; przekraczają mury konwenansów i fanatyzmu. Jeśli jako naród szczycimy się pokojowym zwycięstwem nad komunizmem, okragłym stołem, Papieżem Polakiem, to wyrażając współczucie bliskim zamordowanego (bo mord należy nazywać po imieni: mordem) nie wolno nam uwierzyć, że Pakistan to 140 milionów terrorystów, że wyznawca islamu to co najmniej fanatyk jeśli nie terrorysta.

04.01.2009 | 23:22

W Gilgit pierwszy od 10 lat śnieg, Islamabad tonie w deszczu; a Junior, jak donosi mama, robi pierwsze przechadzki. Tęsknię, by to zobaczyć - czas do domu. Do ostatniej chwili warzy się, czy wsiądę do dzisiejszego samolotu, czy polecę insh-Allah, za parę dni. Zatem jeśli Allah zechce, z radoscią zobaczę moich bliskich.

02.01.2009 | 21:57

KKH karakorum haywey zamienila się tej zimy w ogromny plac budowy. Chińskie maszyny, inżynierowie, pracownicy - tempo i rozmach budzące respekt

02.01.2009 | 03:55

Gilgit sprawia wrażenie bardziej otwartego niż Skardu: miasto pogranicza kultur; towary i idee z Chin, Indii; kobiety nie ukrywające twarzy.

31.12.2008 | 22:22

Sylwester nad Indusem. To był dobry rok! Wypełniły mi go: pierwsze chwile Juniora i górskie marzenie o zimie na Nanga Parbat. Marzeniu nie dane było w pełni się ziścić, ale będą nastepne!

31.12.2008 | 22:14

W niespełna dobę marszu jestem w tzw. cywilizacji. Hotel na KKH zimno niemal jak w namiocie, a o ciepłej wodzie można zapomnieć: winter, no klients

30.12.2008 | 01:18

Jedynka, baza przy lodowcu i depozyt zniesione. Nie obyło się bez emocji - od wczoraj jest ciepło i śnieżnie, ściany plują lawinami. Czekamy na tragarzy

29.12.2008 | 03:04

Jutro z rana likwidujemy c1 i baze wysunietą; borsuk wraca... ja może gdzieś tu jeszcze powędruję. Dzięki wszystkim trzymającym kciuki - do następnego razu

29.12.2008 | 02:56

Bez wyjścia - decyzja kolegi wymusza i moją, takie są regóły wspinania tylko we 2 osoby. Rezygnacja jest tym smutniejsza, że pogoda, motywacja i siły zdawały się sprzyjac, a wspinaczka dopiero nabierała rumińców

29.12.2008 | 02:45

Kusi technicznie łatwiejsza droga po prawej stronie ściany, na styku z murem Mazeno, ale wiszą nad nią i "plują' lawinami seraki - byłaby to rosyjska ruletka

29.12.2008 | 02:34

Zimą NANGA przypomina szklaną górę - około 1,5 km twardego, stromego lodu zarówno w kuluarze jak i powyżej. Przy tak himerycznej pogodzie niepodobna iść bez ubezpieczenia. Raz, że trzeba wnieść sprzęt na akcję powyżej, a dwa, że powrót bez lin poręczowych na tym odcinku dla samotnego wspinacza byłby niezmiernie niebezpieczny. Ubezpieczenie linami czyli pracy minimum. 2-ki ludzi. A ja zostałem sam. I nie ma szansy nawet na pakistańskiego "partnera z łapanki". Potrafiących wspinać się w takich warunkach jest w Pakistanie może czwórka, ale wszyscy zostali wynajęci przez wyprawę na Brod Peak

29.12.2008 | 01:27

O przykrych sprawach krótko i wprost: GAME IS OVER nasze zmagania z zimą i NANGA PARBAT zakończone. Dwa dni temu, przy stawianiu obozu pierwszego Borsuk oswiadczył, że kończy wyprawę, bo nie widzi sensu dalszej walki. "Pomylil się w ocenie szans dwójkowego zespolu już na etapie przygotowań, a to że" -tylko dwuch i nikt więcej- to był jego warunek. Chce jak najszybciej wracać do domu. Mając na względzie i ogrom pracy, i ryzyko jakie nasz czeka nie śmiałbym zmuszać nikogo do wspólnej wspinaczki. Tym bardziej, trudno byłoby wspinać się z osobą która nie wkłada w to serca. Dwa dni zajęło mi przekonywanie Jarka, że warto spróbować "ugryść te lody": wyprawa przebrnęła przez śniegi, i bezradność oficera. Nasza codziennie przedeptywana ścieżka do c1 daje szanse na sprawne działanie w kuluarze. Mając zdecydowanie więcej śniegu niż druga wyprawa Zawady wyniesliśmy sporo (paredziesiąt kilo!) sprzętu pod ścianę i założyliśmy c1  - a to wszystko w zaledwie 5 dni, podczas gdy tamtej znacznie liczniejszej wyprawie zajęło to przeszło 2 tygodnie. Niby przyznaje mi racje, ale myślami jest już w drodze do domu. A ja jestem w matni; widzę szanse, ale do cholery nie zaporęczuje tego lodu sam!

27.12.2008 | 00:52

Piękny dzień - na 5000m mamy c1, a wspieliśmy się tam w... rakietach tyle śniegu - że raki doszły niesione w plecakach. Zbiegamy do bazy i wyglądamy uzupełnienia zapasów - już ostatnio kucharz przebąkiwał, że nafty i jedzenia mamy na max 3 dni

26.12.2008 | 01:11

Śpimy na 4500m. Dziś przetorowaliśmy lodowiec i seraki aż do rampy, która wyprowadza do c1. Czy pogoda pozwoli jutro założyć obóz? Kozy i oficera nadal niet

25.12.2008 | 14:19

Ucztujemy we 4-kę: są z nami pochodzący spod Nangi kucharz i pomocnik, obaj tylko "urdu-języczni". Oficera z zamówioną na święta kozą zatrzymały śniegi

24.12.2008 | 22:57

Słońca jak na lekarstwo - o tej porze roku nad doliną widać je tylko przez niespełna 3godz. Bezchmurne niebo wróży tęgi mróz. Przygotowujemy wieczerzę, mieszankę kuchniI: polskiej i balti. Choinka, modlitwa, OPŁATEK

24.12.2008 | 14:56

Ile razy można torować ten sam szlak - zlewaja się dni wypełnione mozolnym transportem sprzętu potrzebnego w ścianie. W tych śniegach wolno to idze

23.12.2008 | 00:19

Pomimo zimna /o 7rano -13C w namiocie/ przedeptaliśmy drogę do samego lodowca; na 4474m staneła baza pośrednia

22.12.2008 | 00:14

W nocy dosypało 40cm puchu, ale pogoda się porawia. Restday: odkopywanie, pranie, golenie. Borsuk wysyła życzenia, ja instaluję mini-meteo. Jutro go!

21.12.2008 | 03:57

Zaszaleliśmy: w śnieżycy, która już w nocy zasypała wczorajsze tropy, wynosimy depozyt. Efekt: 4godz. torowania i.. 1,5km urobku. No i uciekł ostatni pakistański tragarz:(

20.12.2008 | 14:01

Wczorajsze torowanie i dzisiejszy plan założenia przy lodowcu bazy przejściowej skutecznie niweczy nocna snieżyca. Ale czekanie nie będzie bezczynne. Dopieszczamy bazę - ma być przecież naszym domem na najbliższą zimę

19.12.2008 | 14:06

Choć prognoza wieszczy opad, mimo to ruszamy z rana. Chcemy we dwuch przetorować - może aż do lodowca. Łyk herbaty, rakiety na nogi i goo!- puki nie sypie!

19.12.2008 | 03:23

In night mesatent, staf inseid, for wind go ab. This time every thing ok, BC polish winter Nanga exp. is 4065m - 5km to Diamir face, more 1,3m snow

19.12.2008 | 03:07

For a few years I in Pakistan 1,2 a year. I have friends, stomping grounds here Lokal porters & guides naming me with the girlfriend BLU-TALIBAN

19.12.2008 | 00:03

Kryzys zażegnany: messę odnajdujemy 100m dalej i kuchnia-team pod wodzą Borsuka robi z niej bunkier; ja w śniegu po pas toruje połowe drogi do lodowca. Niestety wieczorem okazuje się, że miałem nosa: trójka pakistańczyków koniecznie chce jutro schodzić w doliny. Oficjalnie po żywność i posiłki.

18.12.2008 | 10:18

Musimy walczyć nie tylko z pogodą, ale i z bezładem pakistańskiej ekipy. Oficer już w karawanie nie radził sobie Opóźniał codzienne wyjscie o 3-4godz czym narażał tragarzy na późniejsze nocne wędrówki. Wczoraj pół dnia zeszło mi i Borsukowi na starannym przygotowaniu osobistych namiotów. Nieźle się napociłem nad platformą, wiatrołapem itp. Tymczasem 5-ka pakistanczyków "w parę chwil" postawiała messe, a równocześnie dom dla kuchennego teamu i oficera. Olali moje nakazy umocnienia jej bębnami i liną - woleli wylegiwać się. Dzisiejszej nocy zdarzył się jakiś pojedyńczy podmuch i ... messa odfrunęła im znad głów w ciemności. Na szczęście jest ciepła noc, ale myśl żeby wejść w brezent i połączyć śpiwory, też przerasta naszych górali. Muszę wstać i ręcznie wytlumaczyć, jak się robi, żeby dotrwać do rana. Oj zdaje mi się, niewielu nas jutro zostanie

18.12.2008 | 03:40

W śniegu po pas "ni kasa, ni kij" nie ruszy tragarzy. Gdy ja z Jarkiem deptałem scieżkę w pobliże letniej bazy - uciekł ostatni tragarz. Zatem musimy ustawić base camp 4km od właściwej ściany, ale i tak 5km bliżej, niż to dotychczas robiono

17.12.2008 | 14:54

W temacie gór najwyższych odpuściłem zimę i lato 2008 i... nie żałuję: Łukasz kończy dziś "roczek", najszczęśliwszy jaki mi dotychczas podarowano!

16.12.2008 | 21:30

We want to cover BC close as possible with Diamir face,but whether porters will reach? insh-Alah! Now 70% porters come back to home bism-Allah

16.12.2008 | 21:01

In winter BC "polish Zawada BC" is more 1m snow. We are clearing the trial for porters.  If they reach where we planed, we save more time a lot on carrying up.

16.12.2008 | 19:09

Zastrajkowała pogoda - już w nocy ostro sypneło śniegiem. Nosimy ładunki z paroma wyposażonymi przez nas tragarzami = idziemy w koszta:(, ale jest szansa ze BC stanie już niebawem

16.12.2008 | 14:32

Długi dzień ciężkiego torowania - już w nocy jesteśmy w zimowej bazie Zawady. Leży tu pół metra śniegu. Pytanie czy tragarze pójdą jutro dalej?

15.12.2008 | 19:50

Mamy pierwszy strajk i wymianę tragarzy. Ja toruję, a Borsuk pilnuje tyłów. Mur Mazeno spowity nabrzmiałymi od śniegu chmurami, wygląda złowieszczo

15.12.2008 | 15:50

Śniegu coraz więcej - marne widoki, że tragarze dojdą do b.campu. Już dzielimy etapy na pół. Plan awaryjny: Posyłam do Skardu, kupimy 5 kompletów zimowej odzierzy w standarcie "jak dla nas". Z miejsca dokąd damy radę dojść z całą karawaną do bazy wahadłowym ruchem zapasy doniesie piątka  najwytrwalszych tragarzy

15.12.2008 | 00:05

Śpimy na 2600m. Solidarnie z tragarzami deptam w kupionych na bazarze trampkach. Śniegu będzie ze 40cm, w/g Borsuka znacznie więcej niż w '97r. rock&roll!

13.12.2008 | 04:13

W ministerstwie turystyki mamy "odprawę" razem z Arturem Hajzerem.  My kameralnie, bo tylko w 2 osoby na NANGA PARBAT, oni w 7 osób na Broad Peak. Zapowiada sie polska zima w Pakistanie, 3-mam kciuki za chłopaków

12.12.2008 | 04:35

Deszczowe Monachium, bez szansy widoku na Alpy - zledwie 2godz. i już lecimy do upalnego Kataru, a tu nasze plecaki prowokują pytania o... surfing?

11.12.2008 | 21:57

Warszawa: rozmowa z przyjacielem przyprawia o wyrzuty sumienia. Gdy ja realizuję marzenia; on góry odkłada na bliżej nieokreśloną przyszłość, teraz musi walczyc o firmę - "chleb dla bliskich"

10.12.2008 | 02:19

Polish Winter Nanga Parbat Expeditin 2008/09 Mountain & Team Nanga Parbat has already been attacked ten times during winter. The half of these expeditions was made by Poles, who twice picked the Diamir face and three times Rupal. The last Polish winter expedition on Nanga Parbat directed by K.Wielicki took place two years ago and reached the height of about 6800 m This way we are the sixth winter Polish expedition to Nanga Parbat, as untypical, that the smallest in the history of Polish exploration of mountain over 8,000 m highs in the winter. One binary team is setting off. We are taking no persons of assisting or high-altitude carriers with us. Medical oxygen in BC is the only one which we will have (for saving, because the closest doctor it... Skardu: -) and by virtue of the slenderness of forces, we will be putting fixroops only where it will be necessary. A cook and a liaison officer will constitute the service of the base. We are the only sponsors of the expedition so there will be no possibility of creating "media facts" up to the dictation of donators. We realize the slenderness of our forces, we are looking at efforts of predecessors humbly and we are moving. to the male fight against own restrictions and the Himalayan winter. I am pleased that Jarosław Żurawski will be accompanying me (Poland) the GII Conqueror, the participant of 3 winter expeditions (two with Zawada on Nanga Parbat, one with K.Wielicki on Makalu). My experience (Jacek Teler, City Czestochowa, Poland) includes a lot of climbings and rescue operations in mountains of the former USSR, solo projects on Everest, K 2, Brod Peak and the participation in the winter K 2 expedition of 2002 / 2003 Plan: Reserving the permission for climbing in the summer we had high hopes for acting closely within the Himalayan winter, which is after the20th December. Unfortunately, political problems which are taking place in Pakistan at present forced us to book the flight in the only possible time which is a week earlier. This way the B Campu establishment is planned after the 15th of December, and the permission is passing with half of the February. the reports from the expedition will be accessible on www.blogk2.com in Polish and occasionally in English. 

http://www.russianclimb.com/K2_21.html    http://www.everestnews.com/K22006/k2015062006.htm

09.12.2008 | 17:59

Nie jestem rannym ptaszkiem. Nigdy nie byłem i zawsze wolałem pospać dłużej. Dopiero góry nauczyły mnie uwielbiać mroźne poranki. Nie ma nic bardziej surrealistycznego niż przygotowania do kolejnego dnia wspinaczki o 4:oo- 5:oo nad ranem przy trzaskającym mrozie. Niebawem bedę miał takie poranki. Nadchodzi wymarzona zima - jedziemy z Borsukiem na Nangę. Z jednej strony dwa lata planów, marzeń i przygotowań, z drugiej... globalny kryzys finansowy, realny do bólu: w rytm szaleństwa na dolarze budżet wyprawy, w przeciągu paru miesięcy, "skoczył do góry" o blisko 30%. Będzie zatem jak zwykle - "bidno". Dużym znakiem zapytania jest sytuacja polityczna w Pakistanie. Mam nadzieję, że nie spełni się prawo serii: w kwietniu opuszczałem Nepal przy wtórze maoistowskich wieców świętujacych obalenie króla, a już w sierpniu w Islamabadzie zastała mnie "abdykacia" prezydenta Muzarafa. (ponoć właśnie z tych przyczyn mam szlaban na wizę do Rosji i Białorusi!?!) A całkiem poważnie, porwanie Polaka jest faktem pojedyńczym nieproporcjonalnie rozdmuchanym przez media, niestety bomba w jednym z najbardziej strzeżonych hoteli Islamabadu, oraz zaostrzenie kontaktów z Indiami po atakach w Bombaju - już nie. Odwołano większość lotów do Pakistanu, aż do końca roku - i znowu dostajemy po kieszeni bo grozi nam: biznes klasa. W powodzi hiobowych wieści fakt, że specjalnie projektowany na tę wyprawę i szyty blisko rok namiot nie zdąrzył się wyprodukować to już tylko szczegół! Pozostaje zagryść zęby i ćwiczyć.

07.12.2008 | 22:16

"Mikołajki" w Alpach: śnieg po uszy i wiatr; dobra szkoła przed himalajską zimą. Insh-Allah Wigilię spędzę już na NANGA PARBAT - w bardzo kameralnym gronie

12.10.2008 | 01:27

Sezon żegnamy w Alpach: jesienna M.Rosa i M.Blank w zimowej już aurze. Rychło Aconcagua, a potem... przyjdzie pomarznąć zimą na pięknej górze!

25.08.2008 | 07:17

Waldku, wybacz że pytam, ale Twoja samotność na szczycie Chana, poraziła mnie, tak iż nie umiem cieszyć się powrotem do domu. Jak to się wogóle mogło stać? Opadli mnie ludzie z pytaniami o Twoje umiejętności, doświadczenie, konanie... z tymi sobie poradzę. Ale na Boga, jak mam opowiedzieć Twoim synom o górach, które ich tata kochał i które go zabrały. Dzięki, za wiosennego Elbrusa i jesienne Alpy.

20.08.2008 | 04:18

Pakistan żyje już "sukcesją po prezydencie Musharrafie", a ja planami na zimę. Oni dogadują następcę, ja gromadzę sprzęt i negocjuję ceny. Życie pomyka!

19.08.2008 | 06:53

Pamietam jeszcze kwietniową kolację w Katmandu viz a vie Pałacu w ostatni dzień urzedowania króla Nepalu. Teraz w Islamabadzie dzień "abdykacji" prezydenta Musharrafa. Dzieje sie!

18.08.2008 | 04:49

W nawałnicy, gdy woda rozmywa drogę i schodzą kamienno-błotne lawiny, widać jak dziką jest KKH. Wszędzie pełno rozpolitykowanych i rozgoryczonych

17.08.2008 | 05:40

Zapraszam Spantik-team do K2 Motel, by pooddychać historiä i... spotkać historie: Gorąco uściskałem VALERE BABANOVA. Był czas na wspólnu obiad z jego opowieścią o tegorocznych nowych drogach. Valera opowiada o nieciekawym zachowaniu D.Kopolda podczas akcji poszukiwawczej za Vladem na Broad Peak'u.

15.08.2008 | 03:41

Jesień w górach peŁną gębą! Pochmurna pogoda, ktora udaremnila nasz ostatni szturm, teraz gna nas słotą ku Scardu. Nawet w tej aurze jest tu pięknie

15.08.2008 | 02:30

Schodzimy w doliny z niedosytem, ale bez żalu. Warto było, bo to jedna z piekniejszych dolin w Karakkorum

13.08.2008 | 01:35

Pogoda i czas są nieubłagane :-( Co prawda pojawił, się głos, że "ten czy ów pójdzie sam", ale mam nadzeję, że to tylko słowa, a nie chęć separacji

12.08.2008 | 17:52

Przyszpiliła nas ta śnieżyca. Już jest 0,5m świerzego śniegu i szanse na atak spadają do "0". Nawet jeśli opad ustanie, trzeba będzie odczekać ze 2dni. A chłopcy mają urlopy, samolot itp. Jutro w dół?

12.08.2008 | 03:54

Jest tu 5 wypraw (w tym duże komercyjne),ale tylko moja 3-ka poręczuje drogę. Reszta się czai. Chcemy 13-15go atakować, ale od wczoraj mleko i śnieg. POWALCZYMY o ile bedzie szansa. 3-majcie kciuki!

11.08.2008 | 21:19

Na deklaracjach się skonczyło: ten nie mógł bo się modlił, tamten bo zapomniał zjeść śniadania (?). Zapierd..śmy do c2 sami. chłopcy niosą następny namiot, a ja szpej na dalsze poręczowanie

10.08.2008 | 18:42

Pogoda ciut lepsza i zdaje się, że w tej 30os/grupie jest szansa na kogoś do pomocy przy poręczowaniu. Zatem mamy 5dni. W imię Boże napieramy.

09.08.2008 | 19:47

Zaludniło się w bazie. Pod naszą nieobecność doszły 3 wyprawy - najgłośniejsza to "komercyjni" Amerykanie. Pogoda trzyma w niepewności, a chętnych do pracy przy linach nie ma. Zobaczę rano.

09.08.2008 | 09:49

Już wczoraj niebo pełne było cirusów, a w nocy zrywa się porywisty wiatr. Zbiegniemy do bazy Planujemy 1 dzień restu, uzupełnimy zapasy i zobaczymy co w pogodzie

09.08.2008 | 00:51

Na nic nocne wstawanie. Niestety nie udało się dziś założy c3. Na nocleg wracamy do c2, a przy tej pogodzie  o 17.oo grań płynie rozmiękłym śniegem. Po pręczach porzedników nie zostało nic. Położyliśmy 400m i 250m wynieśliśmy do najwyżej osiągniętego punktu. 

07.08.2008 | 22:06

Wychodzę z bazy dop.o 7:oo, ale juz po 10:oo jestem w c2. Ide "przetrzeć" kolejny kawałek grani. Na horyzoncie widać majestatyczną, skalną piramidę - K2

06.08.2008 | 22:08

Lokalne radio informuje, że kolejny dzień wokół K2 krążą wojskowe helikoptery. Nadal trwają poszukiwania.  Dodatkowo na GII w niemieckiej komercyjnej wyprawie agencji Ralfa Dumowitza Amical zaginęła w lawinie dwójka wspinaczy (wcześniej zmarła im na srece jeszcze jedna uczestniczka).

06.08.2008 | 14:16

Moje prognozy, co do 4-dni załamania pogody, na szczęście mogą się nie spełnić. W nocy ustał potop, a ranek przywitał nas słońcem: pozyviom uvidim

06.08.2008 | 02:03

Mamy tu biblijny potop. Aż strach pomysleć, ile teraz śniegu jest w ścianie powyżej c2. Nie chcę straszyć kumpli, ale wygląda to na co najmniej 4-dniówke:-(

05.08.2008 | 03:12

Irlandczyk w 2006r na K2 ledwo  w uszedł z życiem, gdy wyciągalismy go spod gradu kamieni. Teraz wrócił aby wejść... i tam zostać. Z Norwegiem i Koreanczykami zetknąłem się przelotnie...

05.08.2008 | 03:05

Bilans hekatomby na K2 w/g P.A.C. 11ofiar śmiertelnych. Serba w 2005 na Everescie siłą budziłem, gdy w zejściu zasypiał na linach -10dni temu ośmiewaliśmy te szturchańce

04.08.2008 | 18:24

Pawły jak i część Australijczyków zeszli dziś do bazy na rest. Jeśli pogoda wytrzyma, jutro do c2 potem poręczowanie - w sumie 5dni i... insh-Allah szczyt

04.08.2008 | 11:05

Na lodowiec, gdzie stoi mój namiot, co pół godz.spadają 2-3 lawiny. Góry tylko na pozór są żywiołem statycznym. Mogę ten kataklizm podziwiać z daleka, mogę też podjąć wyzwanie "sam-na-sam" z ich potegą. Nie wolno mi jednak zapomnieć, że to nie szachy - tu za błąd, a i bez błędu też, płaci się życiem.

04.08.2008 | 05:42

Jest czas smutku, ale też czas na refleksje: Czy po 3tygodniach złej pogody odczekano 1-2dni, by góra zrzuciła nadmiar śniegu. Wspinaczka w dużej grupie "uspokaja" i rozmywa odpowiedzialność. Nie wolno mylić zespołu wspinaczy/z def.małego/ z bezładną mnogością przypadkowej grupy

04.08.2008 | 03:54

Smutny bilans, zgineli: "3-Koreańczycy, 2-Nepalskich i 2 Pakistańskich HAPsów, Niemiec, Norweg. 6 zaginionych" Odgryzłbym sobie język za surowe oceny, ale gdyby posłuchali..

04.08.2008 | 03:07

Ironia losu Odpowiedź na pytanie" "Co w taką pogod na K2" -przyszŁa z Polski: "4 zginęło 10 zaginionych". Rozmiar tragedii wskazuje raczej na lawine(?) Z nierpokojem wracam do spotkania srzed niespełna 2 tyg: ktorzy?

03.08.2008 | 15:52

Kolejny dzień stabilnej pogody. Wczoraj z 6tys. widziałem zach. ścianę K2. Dobra aura rozciąga się na setki km dookoła. Ciekawe, czy oblegający K2 wykorzystali to.

02.08.2008 | 19:47

Pogoda sie zmienia, zmykam więc w dół. W bazie prysznic, pranie i.. serce ubitego wczoraj kozła na deser. Ahmed pyta: czy nie boję się na górze być samemu. Myślę, że niestety największy strach może wzbudzić we mnie niefrasobliwa obecność innych. W porównaniu z którą, blednie nawet "sam na sam z górą".

01.08.2008 | 23:04

Magiczne miejsce i czas: cisze mąci jedynie huk lawin z dookolnych 7-tysieczników. Usiłuję sobie wyobrazic, jak teraz wygląda 7-mio miesięczny Łukasz

01.08.2008 | 18:31

Zakładam c2 na grani. Miałem o poranku na tyle dobre warunki śnieżno-lodowe, że przemknąłem tu w szmacianych, kupionych na bazarze w Skardu trampkach(!). Oglądam dalszą drogę: do c3 trzeba będzie poręczować :-)

01.08.2008 | 03:28

Cieszę się, że wniosłem tu statyw i wszelkiej maści obiektywy. Mam bezwietrzy bezchmurny zachód! Plany: jutro chłopcy rest w bazie, a ja powalczę o c2

31.07.2008 | 23:26

Ufam, że trekking-team pomyślnie zalicza przesiadki (pozdrawiają właśnie z Wiednia) w drodze do PL. W niespełna 2godz. od bazy mamy na 5100m c1 i otraserowane 60% drogi do c2

31.07.2008 | 13:46

Pamietając relacje poprzedników probujemy w 100% wykorzystać dobrą pogodę i juz 1-go dnia wychodzimy założyć c1. Słońce i wysokość spijają z nas danine!

31.07.2008 | 02:26

Pierwszy posiłek w bazie. Mijaliśmy schodzące wyprawy. Twierdzą, że ostatnie 2 tygodnie snieżyło, a 3 dni temu 10osób (Niemcy) porwała lawina. BEDZIE SIE DZIAŁO!

30.07.2008 | 00:39

Treking-team dociera do Lahore, a ja upajam się zachodem słońca. W porównaniu z Baltoro jest tu znacznie więcej... życia, zieleni czy wręcz lasu

29.07.2008 | 04:43

Trekk-grupa już w Islamadzie, a ja śpię kołysany łoskotem wody z bramy lod.Czogo Lungma jest szansa, że jutro ujrzymy masyw HARAMOSZ. Mało brakowało, a wizyta w "wiosce na szlaku" zakończyłaby się wznowieniem... krucjat. Tuż pod meczetem zostałem okradziony! Wezwani "na dywanik" starszy wioski i mułła ociągali się z pomocą w śledztwie, a ta odcięta od świata wioska liczy ze 40 domów i wszystkich nie przeszukałbym i tak. Co było robić -"wysmagawszy ich" cytatami z Koranu, powołałem się na trwające własnie szyickie świeto Aszura - a tu nic. Pozostali obojętni na groźby mego oficera, "że wezwiemy policję". Więc chwyciłem się środka ostatecznego - a mułła i starszy, jak cięci biczem, pognali w opłotki. Wykonałem starotestamentalny WYMOWNY gest otrzepywania sandałów z kurzu ich wioski i nabazgrałem na murze meczetu "złodziej" (oficer wcześniej pokazą lmi jak to się pisze w balti). Winowajca został "namierzony", ale zguba przepadła.

28.07.2008 | 15:50

Gdy trekking team mknie do Islamabadu, Skardu żyje drugim dniem święta ASZURA. Procesje biczowników chronią w tym roku kordony policji

26.07.2008 | 02:05

Askole. Zamknęliśmy krąg i za nami przeszło 200km wędrówki. W spiekocie i deszczu, wśród Olbrzymów Karakorum. Jutro Skardu, a myśli biegną już ku Lahore...

25.07.2008 | 04:27

Zeszliśmy do Paju, a już jutro żegnamy się z górami. Razem z nami w doliny podążają wyprawy z GII i Brod P. Nieliczni z tarczą, wiekszość na tarczy.

20.07.2008 | 04:11

Stojąc w Urdokas wyglądam Brod Peak'a. Chwila zadumy przy tutejszym memoriale. Pare pakistańskich grobów i dwa: "białych". Obok Markusa jest nowy, zrobiony przez P.Hamora: ku pamięci VLADA. Chciałbym wierzyć, że ta smierć była... niezawiniona

20.07.2008 | 01:11

Długi etap do Urdokas: dookoła aleja GIGANTÓW: grań Uli Biaho, masywy Trango, Katedral zza ich pleców wyzierają Mustag Tower i Nemless T.

18.07.2008 | 18:58

Jesteśmy na lodowcu Uli Biaho. Dookoła skalne turnie i bastiony. W pogodzie "chmurno i wietrznie" dzięki czemu lepiej się idzie

18.07.2008 | 04:52

Postój w PAIJU, ostatniej oazie na szlaku. Słońce daje nam do wiwatu, ale widoki rekąpensują wszystko. Wakacje(?) wstajemy o 5:oo rano, bo od 11:oo już skwar

16.07.2008 | 04:47

Pełen słońca 2-gi dzień wędrówki. Dzisiejszy postój, to czas spotkań na szlaku: wracający z  gór słynny krasnojarski team goszczący po rusku wódką i słoniną; my gościmy Grenlandczyków. Jeden z nich to moj znajomy z Everestu. GRATULACJE  od całej grupy dla Magdy G. za przyczyną zdanych egzaminów - tata i Maciek dumni jak pawie!

14.07.2008 | 04:54

Gwieździsta noc na szlaku. Zwolna cichnie krzątanina w mesie. Za nami 3-dniowy maraton Lahore, Skardu i wreszcie tu: Askole. Po drodze niedospane noce, wytrzęsione na wertepach żołądki; moja bieganina po urzędach, sklepach i bazarach. Wszysko po to, by jak najszybciej być w KARAKORUM i jutro ruszyć ku K2

09.07.2008 | 07:39

W Karrakorum pełnia sezonu: wyprawy na K2 dochodzą  już do "strefy śmierci" i zwolna myślą o szczycie. Za parę dni dane mi będzie dotknąć Góry Gór. Cieszę się na wspólną wędrówkę z gronem przyjaciół!

01.07.2008 | 08:22

Trzymałem kciuki za "rajd" słowackiej pary Dodo-Vlado. Bo choć planowane(?) przez nich trawersy GI-GII i Brod Peak nie doszły do skutku, to jednak tempo wejść na 3 ośmiotysięczniki budzi podziw. Już w przypadku obu Gasherbrumów widać było, że łatwo przychodzi im rozdizelać się. Nie powiem, czytając opisy Doda sprzed paru dni: rozdzielenie się powyżej 7 tys. samotne biwaki (czytaj: kible, bo zapewne bez zadnego sprzętu) na grani w okolicy 8000m - czułem niepokuj, ale mialem nadzieję na szczęśliwy finał. Góra pokazała pazur. Dodo na podst.śladów twierdzi, że Vlado na 6500m najprawdopodobniej spadł z nawisem, na ktory wszedł w załamaniu pogody... Niemalże dokładnie rok temu, samotnie przecierałem tam drogę pomiedzy 6000 a 7100 i doskonale pamietam to miejsce: niemal proste podczas pogodnego podejścia i "pachnące grobem" gdy schodzisz oślepiony wiatrem i śnieżycą, uciekający z lawiniastego zbocza. Przez pewienczas szlak wiedzie doslownie skrajem obrywu. Czy byłoby inaczej, gdyby tego niebezpieczenstwa wyglądały dwie zamiast jednej pary oczu?

20.05.2008 | 18:58

Dane mi było poznać całą trójkę: Gerlinde, Edurne i Nives i dlatego całej trójce kibicuję, licząc że wyścig zakończy się, o ile Góry na to pozwolą, w sezonie 2009. Gerlinde korzystając z aklimatyzacji po Dhaulagiri zaatakuje Lhotse (a może i Everest?), i pewnie spotkam ją pod K2. Edurne pewnie jest już pod Manaslu lub Annapurną. Co dzieje się z Nives - jej blog od końca lutego milczy.

20.04.2008 | 20:45

Buddyzm: w chaosie zmian dostrzec to co wieczne. Gdy lądowałem w Nepalu, był jeszcze krolestwem, a wylatuję już z republiki.  Czym będzie, gdy ponownie tu zawitam?

Mam honor liderować "Women Monte Rosa trial". Alpy jeszcze puste i w zimowej szacie, a pogoda stawia poprzeczkę wysoko. Dziewczyny zresztą tez :-)

20.04.2008 | 01:06

Uwielbiam samotną włóczęge. Jadam i mieszkam (nie patrząc na standarty, prysznice itp) tam gdzie TU-ZIEMCY. Duszę kraju smakuje się żyjąc jak on.

20.04.2008 | 00:51

Po "wodnym rodeo" przyszedł czas na zwiedzanie południa kraju. Odpoczywamy w CHITWAN

18.04.2008 | 16:15

Na Durbar Sq. żegnamy Nepal - niektórzy na zawsze, niektorzy tylko na jakiś czas. Mam nadzieję, że zgromadzenie konstytucyjne nie zmieni go aż tak...

18.04.2008 | 03:43

Naiwnym jest każdy, kto chce smakować dżunglę, bez daniny potu. Bywa, że "zalewa oczy", ale to wlasnie ten SMAK dżungli. Nawet nie podejrzewamy, ile w nas z mc'donalda

16.04.2008 | 00:12

Poranne MEMENTO MORI. Najpierw kaźń zwierząt składanych ku chwale bogini KALI. Nastepnie zaduma w  świątyni PASHUPATI, gdzie woda zmywa proch pośmiertnych stosów

15.04.2008 | 18:10

Jutro ruszamy na południe, ale najpierw trzeba odstaś "swoje" w kolejce do indyjskiej ambasady. Kolejka westmanów na pół dnia czekania, aż łaskawie raczą przyjąć. Grupę dziwi skąd te IMPERIALNE zadęcie Hindusów. No cóż, nie każde drzwi otwierają się na widok paszportu USA. Te akurat zamknęły by się z chęcią:)  

15.04.2008 | 02:11

Duarbar Square - główny plac Katmandu. Wokół telebimu gęstnieje tłum oczekujących na ostateczne wyniki wyborów. Tu rozgrywa się HISTORIA NEPALU!

13.04.2008 | 14:56

W strugach deszczu i gradu zbiegamy do Luki. Szlaki pełne zdążających pod Everest trekkersów i wspinaczy, a my na południe - do ciepla!

12.04.2008 | 03:07

Nepalczycy liczą głosy w wyborach parlamentarnych - i napięcie potrwa jeszcze parę dni. My tymczasem podążamy w doliny "pod prąd" nadciągającym opadom. Czas na rafting i safari.

11.04.2008 | 03:58

Nasi tragarze i mieszkańcy hoteliku godzinami wpatrują się w TV. Nepal wybiera dziś zgromadzenie, ktore napisze nową konstytucję. Na naszych oczach dzieje się HISTORIA, a wypieki na ich twarzach świadczą, jak bardzo to ich dotyczy

10.04.2008 | 14:21

Gościmy u Phu Tashi Sherpy 7-krotnego zdobywcy Everestu. Typowy szerpański dom: buddyjska tradycja zmieszana z akcesoriami nowoczesności jak TV, prądotworczy agregat itp

08.04.2008 | 18:27

2-gi dzień bajecznej pogody, bezchmurnej i bezwietrznej. Spotkani rodacy donoszą, że Pustelnik, Hamor i Morawski są już w drodze pod Annapurne.

Perfect weather, snowy peaks all around and good spirits accompany us on a way down. Yesterday group summited kala pattar with a view of everest

07.04.2008 | 17:11

Spojrzenie na DACH ŚWIATA warte jest mozołu wejścia na KALA PATTAR. Krotkie telefony do bliskich i w dół - wypocząć przed wspinaczką na przełęcz Gokio

07.04.2008 | 01:14

Finally made it to lobuche before making an ascent towards Kala Pattar. Everyone is feeling altitude but hey, seeing everest makes it all good

06.04.2008 | 04:30

Poranny spacer do Chukung procentuje dobrą adaptacją do niebagatelnej juz wys.5000m. Jutro wczesnym rankiem ruszamy w kierunku bazy pod EVERESTEM

05.04.2008 | 06:20

Południowa ściana LHOTSE wręcz przytłacza swym ogromem. Poranana zaduma nad memoriałem Jurka Kukuczki i pozostałej 2-ki Polaków, których ciała na zawsze zostały na ścianie marzeń

04.04.2008 | 15:27

Trąby mnichów i pielgrzymów wzywają na modlitwe. Sceneria klasztoru TENGBOCHE skłania do kontemplacji. Dziś poczuliśmy już wysokość.

Just sitting near pangboche monastery and drinking fresh mint tea. next to us is beautiful amadablan peak. boys are slowly climbing up and up

03.04.2008 | 18:23

Popijając herbatę na tarasie EVEREST VIEW HOTEL chłoniemy panoramę wysmukłej AMA DABLAM.  Po wczorajszym opadzie dziś błekit, a my słońcu składamy daninę potu

03.04.2008 | 03:29

Sączymy ginger-tee w pamiętającej Messnera KUMBU LODGE. Stolica Szerpów rośnie w oczach, pełno noworozpoczętych budów. Grupa dzielnie znosi deszczowe KHUMBU, zatem jutro dalej...

02.04.2008 | 20:37

Himalayas welcome us with wind and rain however group is well and cant wait to see the biggest mnt. Local food is awesome. Greetings for all

29.03.2008 | 18:53

Ciężki jest los świeżo-upieczonego taty. Jeszcze rok temu widząc z samolotu TAKI wschód słońca nad Everestem - piałbym z zachwytu. Teraz pieje tylko połowa mnie, druga - została w domu. Miałem szczęście spedzić z Juniorem każdy z jego 100 piewrwszych dni. Łowiłem pierwsze uśmiechy, oklepywałem pierwsze kolki. Czy syn mnie pozna, gdy będę za miesiąc wracał z Nepalu?

28.12.2007 | 18:30

Swój czas dzielę pomiędzy Łukasza (moja GÓRA GÓR będzie rosła zdecydowanie szybciej niż Himalaje) a trening. W międzyczasie będzie parę wyjazdów z grupami, ale w poważnych przygotowaniach mierzę dopiero w przyszłą zimę. Niestety niepokojące wieści dochodzą z Pakistanu i to zarówno te ,,oficjalne - telewizyjne" jak i przesyłane bezpośrednio od przyjaciół. W jesiennych diaporamach myśląc o Kaukazie często powtarzałem, że największą przeszkodą w drodze do gór bywa drugi człowiek. Skóra cierpnie na myśl, co stało się z afgańskim Hindukuszem.

18.12.2007 | 07:49

Podarowano mi magiczny czas! I bynajmniej nie mam na myśli tegorocznych wojaży w Karakorum. Wczoraj zaczęła się moja wspinaczka na GÓRĘ GÓR, przy której Himalaje, to tylko pagóry (sorry K2).Ta ma aż 53cm, 3 bite kg. (to stan na dziś) i wybrane przez Martę imię: Łukasz.

07.10.2007 | 08:12

Na Monte Rosa babie lato w alpejskim wydaniu. Zaiste był to dobry pomysł, by początkiem października poszukać jeszcze trochę słońca w okolicach Lyskamu. Dzięki dla całej ekipy i do zobaczenia wkrótce!

10.09.2007 | 22:31

To miło, po 88 dniach pustyni (Karakkorum) zobaczyć morze zieleni. Dziękuję wszystkim oglądaczom i podglądaczom moich zmagań, zarówno tym co śledzili BLOGa z sympatii, jak i tym... co z obowiązku. Z góry przepraszam, za opóźnienia, jakie będę miał w odpowiadaniu na maile - znalazłem ich w skrzynce blisko 200. Właśnie przeglądam slajdy i przygotowuję krótkie podsumowanie wyprawy BROAD PEAK & K2 2007 wraz z galeriami. Zrządzeniem losu "musiałem", choć serce wyrywało się do domu, w drodze powrotnej spod K2 spędzić w Pakistanie blisko 2 tygodnie. Jestem wdzięczny za okazję powłóczenia się poza utartymi szlakami i mam nadzieję, że moim zauroczeniem już wkrótce będę mógł podzielić się z innymi. Wszystkich odważnych, tj. podchodzących ze zdrowym dystansem do negatywnego pr-u, jakim telewizja obdarza ten kraj; oraz tym, którzy przedkładają jakość wrażeń nad wygodę infrastruktury (ta w Pakistanie nader skromna) zapraszam. Kumpel ostrzega: tylko nie włączaj telewizora. Jak najdłużej chcę być wierny tej życzliwej radzie, tym bardziej że dużo nowości i radości czeka mnie w domu, a wybiegając marzeniami sporo do przodu: już wracam do górskiej normalności. W najbliższych planach: Alpy, potem Kaukaz i to zarówno wspinaczkowo jak i narciarsko, następnie Aconcagua oczywiście z obowiązkową wizyta w Iguazu. Już wkrótce szczegóły!

31.08.2007 | 00:10

Pakistan pożegnał mnie widokiem Nanga Parbat skąpanej w porannym słońcu a UK tradycyjnie kapiące wodą - po drodze był bezchmurny Bałtyk

27.08.2007 | 01:41

Przyszli prosić o wodę - płynące z hydrantu życie. Porcja, którą przeciętny Europejczyk „przepuszcza przez prysznic” starcza paroosobowej rodzinie na 2 dni i to w tak gorącym klimacie. Dziwił mnie kolor ich skóry. To słońce sprawia, ze bezdomni w Rwalpindi bardziej pasują do Afryki niż do Pakistanu. Tak ich tu zresztą nazywają: czarnoskórzy

22.08.2007 | 22:49

Upór Rosjan na zachodniej ścianie K2 został nagrodzony. Żona pyta: Czy nie mogłeś zostać dłużej?” Nie mogłem, ale to ostatni raz NIE MOGŁEM. Nie pójdę już nigdy w góry, w takich koteriach i układach!

21.08.2007 | 18:02

Żyję z pasterzami pod NANGĄ, jem i śpię jak oni. O świcie, zanim wypędzą stada a nad GÓRE nadciągną chmury, idę poszaleć z aparatem. Przydaje się statyw ostatni raz używany... powyżej 7100m na B.Peaku. Nie dziwię się Niemcom i Austriakom – jest w czym się zadurzyć, kawał góry!

20.08.2007 | 05:47

Rano kreślona na serwetce mapa, wieczorem pachnie stuletnimi cedrami i połową nieba zakrytą przez NANGA PARBAT. Idę pokłonić się legendzie...

18.08.2007 | 17:54

Pierwszy od bardzo dawna prysznic i fryzjer oraz poranny słoneczny (!) spacer brzegiem Indusu. Wylecę końcem miesiąca zatem dumam: na co przeznaczyć 10 dni?

17.08.2007 | 22:00

Lokalni rajd-meni wyciskają z 30-to letnich toyot siódme poty, a ja myślami jestem w Skardu: cywilizacja to dziś prysznic i świeże jedzenie

17.08.2007 | 02:57

Na pożegnanie Karakorum nareszcie dzień bez deszczu, niestety masa japońsko-koreańskich tłumnych wycieczek. Schodzimy do Askole. ZIELEŃ!

16.08.2007 | 05:02

Wędrówki po Baltoro są brutalne w swej prostocie: muł który dziś wpadł do szczeliny, będzie jutrzejszym obiadem, a tragarze podzielą miedzy siebie jego zapłatę... i bagaż

16.08.2007 | 02:16

Idziemy w niemal zenitalnym deszczu najtrudniejszy i najdłuższy etap. Pal sześć, że będziemy spać w mokrym, żal tragarzy - oni dopiero dostają baty!

15.08.2007 | 06:08

Gnani przez kolejne fale deszczu przechodzimy najpiękniejszą część lodowca Baltoro: Gore2 u podnóży Masherbrmów, Urdokas z widokiem na turnie Trango. Szkoda że leje, bo magia tutejszego wschodu słońca zostaje na lata!

14.08.2007 | 05:01

Ukłony na do-zobaczenia (choć jej wcale nie widać) GÓRZE GÓR i "Zdrowaśki" za kolegów sprzed roku, no i za Vitię, co utonął... Nie zaszkodzi i za nas wracających insh-e-Allah

14.08.2007 | 04:48

Pożegnałem Rosjan z zachodniej ściany - byli tu 3tyg. przede mną i twardo chcą kończyć RUSKĄ DROGĘ – „nawet do zimy zwłaszcza że w  przed dwoma dniami do szczytu zabrakło im bodaj tylko 150m. Mea culpa – ma się takich partnerów, na jakich się zasługuje – mea maxima culpa!

13.08.2007 | 20:47

Przy nieprzerwanym śniegopadzie przechodzącym w deszcz pakujemy się już od 6:oo po to, by około południa dowiedzieć się, że tragarze o 1 dzień opóźnią karawanę. Pakistańskie c'est la vie!

13.08.2007 | 04:47

Tragarze będą jutro rano – oświadcza leader Austriaków. Niezgłębioną jest dla mnie ta ich logistyka: jeśli, co było planowane,  udałoby się wczoraj wejść na szczyt i jakimś cudem dziś w 1dzień zejść do bazy - to kiedy miał mieć miejsce zapakunek? Dlaczego przy ponad 60-ciu dniach wyprawy (przygotowywanej wcześniej 2 lata – jak z dumą podkreślają) nie stać ich na parę dni i jeszcze jedną próbę

12.08.2007 | 20:31

Prognoza prognozą – miało dziś: urywać łby na wysokości pasa przy najmniejszym wychyleniu uszu spod czapki, ale gołym okiem widać: tej niedzieli można by było spróbować szturmu. Nadal nie pojmuję sztywnej logistyki podszytej niezmąconą wiarą w prognozy z Insbrucka

12.08.2007 | 06:19

Moją poranną propozycję: „przebijmy się rano do camp 4 -  może pogoda wytrzyma jeszcze 1 dzień” Leader spławia krótko: prognoza mówi TYLKO o sobocie, a na poniedziałek mamy już tragarzy

11.08.2007 | 15:30

Znając sprzed roku drogę, nie wierzyłem że po wcześniejszym maratonie z całym szpejem do trójki i w tych warunkach (śnieg miejscami po pas i wzmagający wiatr) może się  udać w miarę bezpieczny atak z camp 3 do szczytu i z powrotem. Dlatego jeszcze wczoraj prosiłem, by dziś iść  dalej „za dnia” do camp 4 i przeciągnąć naszą działalność o jeden dzień dłużej do niedzieli.