Relacje SMS K2 2006

Sponsorem relacji SMS na żywo był:
Zdrowa żywność


 

18.09.2006 | 16:18

Trudno mi w tym roku przejść na "normalne" tory. Bynajmniej nie dlatego, że marzenie o K2 było na wyciągniecie dłoni, a przyszło szukać ciał przyjaciół, wiedząc, że to beznadziejny trud.. I bynajmniej nie dlatego, ze śmierć "przepełzła" po mych plecach. Ale to, że ich już nie ma...

24.08.2006 | 16:25

NARESZCIE Islamabad! Koniec rozmytych dróg, niesprawnych autobusów itp. Zajrzałem do netu: głowa boli od RZETELNOSCI mediów na temat lawiny - sela viev

21.08.2006 | 21:39

Rekordowe opady. Indus wylewa, a jest tak potężny, że porównywalny tylko ze sobą samym. Tęsknie za domem, który oddala się z każdym zerwanym mostem

21.08.2006 | 13:18

Sporo zmian w te dwa miesiące: w Askole już po żniwach. Deszcze rozmyły drogi, zawały -długie obejścia.  W Skardu: loty do stolicy odwołane: kolejne 2 dni w samochodzie

20.08.2006 | 18:59

Ostatni nocleg w górach. Ostre było to zejście do cywilizacji: w 3 dni zrobiliśmy, to co uprzednio zajęło 7. Wychodzi dziennie grubo ponad 25 km, moreny, lodowce, wykroty..

17.08.2006 | 14:18

Smutny to obrzęd, tabliczka z imionami kolegów zawiśnie na symbolicznym cmentarzu. Nie mamy ciał - stały się częścią GÓRY. Otcze nasz, iże jest w Niebiesich...

17.08.2006 | 14:13

Po drodze łamię raka (drugiego do pary z tym przed rokiem na Evereście). Idę więc wolno, ale to dobrze, jest czas pomyśleć. Do Bazy docieram już w nocy. Pić, spać!

17.08.2006 | 13:14

W obozie 4 jesteśmy ok. 14:oo. Ani śladu żywych, ni umarłych. Widać tor lawiny, urywa się w bezkresie południowej ściany... Wzmaga wiatr i nadciągają chmury: idzie śnieżyca. Decyzja - do trojki schodzimy jeszcze dziś, ale ze względu na duże ilości świeżego śniegu w serakach, dopiero gdy przyjdzie większy mróz: po 18.oo. Zawiadamiamy bazę o wypadku. Ogłaszam embargo na kontakty z mediami do momentu zejścia do bazy, to dla dobra bliskich, i naszych i zaginionych kolegów. Banjo złamał je od razu, a media w jego kraju poprzekręcały fakty, raz uśmiercając nas wszystkich, raz nikogo. Nie wybaczę skurw.. 2dni strachu naszych bliskich! Droga do camp 3 śnieżna, w serakach kręta, ale w miarę bezpieczna, nie licząc zachowania Irlandczyka, które było tak skandaliczne, że wszyscy trzej Rosjanie po kolei wypinali się z liny. Uznali, że schodzenie solo jest mniej niebezpieczne, niż towarzystwo Irlandczyka, który urządzał sobie dupo-ślizgi na uszczelinionym zboczu. W namiocie Banjo padł jak mucha. Przykryłem, napoiłem i poszedłem do Rosjan. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy po kwadransie COŚ tłucze w namiot, to Banjo okłada nas czekanem wyjąc żeśmy go zostawili. Odbieramy broń, po konsultacji z doktorem w bazie podajemy leki i tlen. Pochlipał, pochlipał i zasnął. Dopiero teraz wolno nam, a i to przez chwilę, być tylko ludźmi. Tu w zawiei, na 7450m, koniakiem wznosimy toasty za przyjaciół, ocierając oczy, pytając o sens tego co nas spotkało. Nazajutrz przy fatalnej pogodzie schodzimy dalej. Po 16 dniach nie poznaję drogi. Na przedpolu obozu pierwszego po prostu nie ma już ani lin, ani samego obozu

17.08.2006 | 12:51

Zjeżdżam ostatni. Przesadnie poprawiam każdy węzeł, każdy hak, jakby to nie był koniec wyprawy, jakbyśmy mieli tu lada chwila wrocić. Lustrując ściany, półki, uskoki, szepczę modlitwy to za zmarłych, to za nas schodzących

17.08.2006 | 11:54

Napór mas śniegu ustał. Sprawdzam po omacku czekan, prusa. Zdejmuję zalepione śniegiem gogle i liczę ludzi. 80m pode mną dwóch (Rosjanin i Irlandczyk), machają, że OK. Nie widzę nikogo przed sobą. Wspinam się do haka, któremu m.in. zawdzięczam życie. Wyszedł do połowy, poprawiam go i dopiero teraz zauważam, że idąca od niego w poprzek zbocza lina jest zerwana. Zwijam jej resztki i czekam aż dwójka poniżej podejdzie. Na tych resztkach muszą mnie zaasekurować, bo trzeba zobaczyć, co tam z tymi powyżej. Dostrzegam dwóch schodzących, chaotycznie, nerwowo. Ostrzegam, że tu wymiotło do szczerego lodu, rzucam linę. Są w szoku. Choć lawina zabrała, dwójkę przed i dwójkę za nimi, a jej impet dosłownie zmiótł ludzi w 3-kilometrową przepaść, oni przeżyli. Stali z boku tuż przy skałach i zdążyli do nich doskoczyć. Jacek, idziemy? – Bogomołow chce do szczytu. Siergiej, cuda się zdarzają – to raz.  A dwa: ty tu jesteś najbardziej doświadczony, trzeba ich sprowadzić natychmiast w dół! Ratować tyłki i rozglądać się za kolegami. Tych dwóch w szoku i Irlandczyka bierzemy w środek, zachować odległości, ostrożnie  obciążać liny. Pojedynczo. Go, go!

16.08.2006 | 14:10

Potem cudowna półka. Klepię zielony lód, częstuję Rosjan herbatą. Jura ledwie uchyliwszy maskę pali papierosa (to już dziś kolejny!). Ruszamy dalej: trawers okrążający Grzyba – potężny, przewieszony lodowy serak, ostatnie trudne technicznie miejsce. Około 10.30 siódemka z nas jest powyżej, około 8350m, pod nami jakieś 80-100m Bogomolov i za nim Banjo. Pozostaje przejść do skałki i do szczytu jakieś 2,5 godziny tuptania w śniegu. Dochodząc do stanowiska widzę dwójkę, która przede mną rusza w poprzek zbocza. Jura znów pali, Sasza filmuje. Uradowani, już bez grymasu napięcia i strachu. Potem zawaliło się niebo...

Ruszył śnieg nade mną, jak fala tsunami, cała  szerokością stoku.  Zdążyłem zacisnąć prusa /węzeł autoasekuracji/, wbić czekan, wyszeptać: Jezus, Maryja! imię żony: Marta! I rozpłaszczyć się na lodzie jak żaba. Uderzenie...

16.08.2006 | 14:04

Wszędzie ścięlą się odłamki twardego jak granit lodu. Ostatnie parędziesiąt metrów prawie-pionu na 8250m, to katorga dla płuc, rąk, nóg i psychiki. Przestraszony powietrzem pod nogami i rzężeniem organizmu próbowałem użyć tlenu. Zaplułem się, zaplatałem w przewody, zaparowały mi gogle. Siedzący już na półce  Rosjanin, widząc jak jedną ręką trzymam się skały, a drugą zdzieram maskę i gogle pyta: Co, pierwszy raz na tlenie? Butellneck to niedobre miejsce do nauki, lepiej daj se spokój. Tu widoczność jest ważniejsza. Ze wstrętem odrzucam maskę -  dynda w powietrzu. Jest lepiej, przynajmiej widzę, czego się chwytać. 

16.08.2006 | 12:36

Jestem już w bazie po 17 dniach mojej Odysei. Opowiadam:

12-go sierpnia późnym popołudniem wyśniło się nasze marzenie: pogoda jakiej nie było tu miesiąc, więc albo jutro, albo w ogóle. Dzielimy się resztkami jedzenia, gazu. Ponieważ idzie siarczysty mróz, a to moja 2-ga noc bez śpiwora na 8000m, proponuje, żeby z racji pełni pójść już przed północą. Rosjanie wola jednak rano. Praktycznie nie śpię: rozcieram nogi, przygotowuje sprzęt. RUSZAMY o 3.00. Rosjanie na tlenie, wiec ciężko za nimi nadążyć, zwłaszcza, że tak jak im obiecałem, oprócz termosu, aparatu i ciepłych rzeczy na przebranie, cały czas tacham tę nieszczęsną butlę O2! Pierońsko zimno! Na szczęście teren staje dęba i śniegu już nawet nie po kolana. Zbliżamy się do osławionego butellneck-a, a nad głowami rośnie przepiękny i przerażający grzyb/serak, który patrzący z dolin biorą za szczyt K2

12.08.2006 | 15:33
 

Góry to nie automat do coca-coli: płacisz i masz, np. pogodę, Nie mając szans, trzeba bezpiecznie zejść - ocalić dla bliskich te przeżycia, do następnego razu...

12.08.2006 | 15:25

Niby szykujemy się do zejścia, ale mimowolnie wciąż lustruję podejście pod BUTELLNECK. W tych warunkach, pomimo słabej widoczności, widać, że zbocze niedaleko od namiotów staje dęba! Powyżej 8100m wspinaczka miejscami niemal pionowa, można się zapłakać, płuca wypluć.. nie na darmo ma to miejsce sławę najtrudniejszego i najbardziej krwiożerczego na całej drodze. W przeciągu ostatnich 30 lat zostało tu przeszło 40 alpinistów. 2/3 wszystkich ofiar K2

12.08.2006 | 12:50

Rozpoczyna się właśnie 2-ga doba na 8 tys. i chyba jest to już koniec naszych marzeń o szczycie. Po kolei: depozyt szlag trafił (namiot, żarcie, gaz, gary, sprzęt osobisty), bo Irlandczyk, tak jak robiłem to przed paroma dniam, po swoim samotnym noclegu  ZAPOMNIAŁ go przywiązać do kawałka starej poręczy przy seraku. Lina jest, depozytu niet! Najbardziej ucierpimu z powodu gazu. Gdy w c3 mówiłem: zabierz zapasowy, wymijał się, że na pewno w depo zostawił 2 pełne. Teraz, na 8tys. w 9 osób mamy zaledwie 2,5x250gram gazu – pierońsko mało. Jestem tak wkurzony, że aż... mi ciepło. To dobrze, bo było spanie na Ramieniu - bez śpiwora. Nie dało rady zabrać go przy całym kramie: sprzęt, butla tlenu i przypadająca na mnie część poręczy. Myślałem że jedną noc - a w zasadzie 6-8 godz. dam radę w samym kombinezonie. Niestety nie doszło dziś do ataku. Pogoda nie puściła nas po północy, nie puściła i o poranku. Nie mam złudzeń: to była moja już 3-cia próba, a tylko dziś spadło 30cm śniegu przy widoczności 20m. Teraz pozostaje chyba tylko bezpiecznie zejść.

07.08.2006 | 17:38

Pogoda b/z, a organizm ciągnie na ostatnich rezerwach: wycinam scyzorykiem wrzód z dłoni i szukam szpilki, by spuścić ropę z zęba - sela viev J

Jeśli ruszymy jutro, to druga grupa Rosjan – młodzież – powinna dojść nas około 10-tego, o ile na nich poczekamy w trójce. Ważne, bo kończą się zapasy. Kuzniecow zaszedł wieczorem do mojego Orlego Gniazda na herbatę, oddałem mu jutrzejszy obiad, gdyż chłopaki już od wczoraj: na landrynkach. Nie masz coś zapalić, Jura (leader) już dwa dni pości i nie idzie z nim wytrzymać – żartuje Piotr

07.08.2006 | 09:45

Prognoza sobie - życie sobie. Narada z Rosjanami: spróbujemy jutro do c3 i dalej pod prognozę. Oni bezwzględnie z tlenem już od trzeciego obozu „ponieważ już 4-ty dzień są  na 6700m”. Na mnie patrzą, jak na wybryk natury i BEZWZGLEDNIE każą brać tlen. Nie mogę odmówić im racji. Dla mnie takie maratony na wysokościach, to novum i sam nie dam złamanego szeląga, że np. za dzień czy trzy, nie padnie mi jakaś żyłka w mózgu albo co. Wiem, że wtedy nie tylko pospieszyliby mi z pomocą, ale też, że bezkrytycznie na to licząc okradałbym ich z ich tlenu. Zatem: nie bedę używał, ale poniosę na vsiaki slucay jedną butlę. Ba, ale jak ja to udźwignę? Cały sprzęt biwakowy (w tym i namiot z gazem, bo czort wie, co tam Banjo nawywijał z naszym depozytem), do tego 200m liny, co wynika z mojego uzgodnienia z Ruskimi. Irlandczyk, zagadnięty przez Jurę o pomoc w ubezpieczaniu drogi, udaje że nie rozumie rosyjko-angielskiego i ani myśli brać cokolwiek ze wspólnego sprzętu

05.08.2006 | 23:34

W c2 Rosjanie otrzymują z dołu prognozę: 9-10 sierpnia ma być bez śniegu. Ale czy przekopiemy się przez to, co do tego czasu spadnie? Kazachowie przed rokiem nie dali rady: śnieg po pas na 8 tys.  insh-e-Allah

05.08.2006 | 21:20

Nie koniec walki, zwłaszcza, że moja luba śle mi ultimatum: wejdź, bo cię 2-gi raz nie puszcze! Rosjanie czekają na pogodę (niektórzy znich mają po 12x8tys. po 2 nowe drogi na Everescie - więc chyba wiedzą, co robią) poczekam i ja. Czuje się lepiej niż w trójce, choć to niby tylko 700m niżej. Spodziewamy się bardzo silnych wiatrów: umacniam i okopuję namiot. Wieczorem niespodzianka. Zjawił się Banjo, z mega wielkim plecakiem. „FUCK, finish!” Cieńko wygląda, ma to tę dobrą stronę, że nie hałasuje, całą arogancję dziś góra z niego wytrzęsła. Już dwie takie metamorfozy widziałem: za każdym razem odżył i wracał do swojej normy. Pomóc pomogę: nakarmić, osuszyć, przestrzec przed za dużym plecorem i... GO bracie, w gorę, czy dół - jak ci się tylko roi. Dość mam pracy na cwaniaków, którzy udają team, a tak na prawdę, poza własną dupą, świata nie szanują! Podejrzany ten plecak, cholera, coś mi się zdaje, że nie doszukam się na 7760m naszego depozytu.

05.08.2006 | 20:57

Podczas gdy Bajo i Rosjanie zniknęli w snieżycy (on w górze, oni w dole) ja siedzę jeszcze parę godz. i staram się porachować: jestem 7dni powyżej Bazy (już 4-ta doba na 7450mi wyżej, gdzie siły i zdrowie przeciekają, jak przez sito), pogoda coraz to gorsza, dlatego ten doświadczony drugi team Rosjan siedzi w c2 i nie spieszno im do góry. Patrząc na śnieżycę, w  godzinach mogę liczyć czas, gdy nie dam rady dokopać się w dół do skał i dalej do c2. Tu w trójce już pól metra świeżego opadu. Zatem i ja ruszam w dół, z planem: do dwójki i tam pogadam z Ruskimi co dalej. Noc, śnieżyca, przerażające, ale upojne 2 godz. wspinaczki i zjazdów w Czarnej Piramidzie, i smak herbaty z niemym pytaniem w oczach Jury: ki czort.. skąd się tu wziąłem o zmierzchu?

05.08.2006 | 20:44

Banjo, wyzywając ich od mięczaków, po 2godz. takiego czekania zabrał plecak i FUCK-ując światu poszedł: na szczyt(?). Pytanie szefa Rosjan: dlaczego nie zatrzymałem? A jak to sobie wyobraża: czekanem po nogach, groźbą partyjnego sądu, czy tym, że naskarżę żonie? O 17:oo Rosjanie schodzą - tym razem niewodwołalnie: aż do Bazy na rest.

05.08.2006 | 20:35

Wczoraj o 5:oo rano jeszcze przygotowania do wyjścia, a o 6:3o Rosjanie uląkłszy się pogody, (nadal zlekka śnieży) oświadczyli, że będą czekać i konsultować z 2-gą grupą, która dziś powinna dojść do c2. Ja czekam, ale... 

03.08.2006 | 11:05

Czekanie na 7450m to tortura: wysokość + whiteout, wysuszają na wiór. Myśl o piwie, kompocie, mineralce staje się obsesją, a nie można zalec w namiocie, bo przy bezczynności niechybnie dopadnie nas choroba wysokościowa. Po 17:oo doszła grupa rosyjskiej młodzieży i szykujemy się na jutrzejszą drogę do c4

03.08.2006 | 10:27

Już od 4.oo rano westmani, pąkując się, wymieniali tylko jedno słowo: FUCK! Wreszcie poszli w dół, ale po 5 minutach wrócił Banjo: Co knujesz, czemu nie schodzisz –zapytał? Powalczę tu, bo widzę jeszcze szanse przeorać ten śnieg i  chmury z Ruskimi. Irlandczyk na to: Od 2 dni NIE MA Z NIMI KONTAKTU!  Fakt, czekać tu to ryzyko, że może mnie odciąć, ale ja jestem jak Ruski i WIEM, że przyjdą. Banjo zostaje

02.08.2006 | 17:36

U moich kompanów minorowe nastroje. Gadki: gdzie to następna wyprawa i kiedy znowu K2. że w taka pogodę tylko BIG team ma cień szansy przedrzeć się do Ramienia na 8tys, Zatem...?

02.08.2006 | 17:31

Szkoda tej próby. Byliśmy około 150m poniżej namiotu, działających na sąsiedniej drodze Japończyków. Oni zaatakowali wczoraj przy dobrej pogodze. Czyli nie myliło mnie przeczucie, że  te „ciemności” były do przeskoczenia. Jeszcze w bazie planując szturm, chcieliśmy wstrzelić się w tę ich prognozę, ale niestety akcja z ofiarami kamiennej lawiny w c1 zabrała nam blisko 2 doby, których teraz zabrakło. Japończykom asystowała grupa wysokościowych tragarzy i to oni teraz podnoszą alarm. Dowiadujemy się przez radio, że ostatnia wiadomość była ze szczytu, a membersi nie pojawili się na noc w czwórce.

02.08.2006 | 17:00

Głosowanie Ja: przenocować tu, gdzie doszliśmy i jutro dalej - jest szansa na szczyt. Obaj znawcy "drogi-autostrady", za zejściem do camp 3, by tam zaczekać na Rosjan:-(

Zostawiamy depozyt i w dół

02.08.2006 | 16:44

W tych warunkach, zaryzykowałem  POD ZAPEWNIENIA Banjo i Holendra, że droga do camp 4, to banalne 4-5godz. Banjo był tam przed rokiem. Cóż, kolejny raz wyszedłem jak Zabłocki na mydle. W barierze na 7700m okazało się, że "autostrada" znikła, za to są maxi szczeliny i seraki, które mielibyśmy forsować we wzmagającej  śnieżycy, przy widoczności do 10m

02.08.2006 | 16:31

Wychodzimy w "white out" białej ciemności i nadal siąpiącym śniegu! W nocy napadało  pół metra. Przez tę pokrywę chmur i brak wiatru na wys. 7600m  temperatura jak w piekarniku!

02.08.2006 | 00:01

Plany: NAPIERAĆ jutro do c4 8000m, i o północy z 2 na 3 sierpnia (20:oo w PL) ruszać do szczytu. Insh-Allah!

01.08.2006 | 18:19

Góra jest cwana: w nocy zaserwowała nam śnieg + wiatr; w dzień: wiatr + whiteout. Widoczność spada do 10m. Martwię się o Banjo,  szedł do c3 9godz, 2x dłużej ode mnie. Pogoda dziwna: niebo zaciągniete, zlekka śnieży, ale wiatr ucichł. Doszedł też Holender Wilco. Obaj przekonują, że w takiej pogodzie damy radę do c4. Irlandczyk zna drogę sprzed roku, Holender ponoć sprzed tygodnia (był w pierwszej grupie Amerykańskiego Przedsiębiorstwa Wysokościowego Snu & Marzenia). Ruszymy o świcie

31.07.2006 | 17:16

Rannego Irlandczyka helikopter zabrał do wojskowego szpitala w Skandu. Szwajcarka w nocy zeszła, i też odleciała. Gia Tortladze próbował z nią załapać się na lot. W swojej piątej wyprawie na K2 przespał 1 noc w jedynce (6050m) i po kolejnych 2 próbach ponownego dotarcia do jedynki, przestraszony lawinami kamieni, zakończył działalność, czym niespecjalnie wkurzył/zadziwił swego partnera S.Bogomołowa. Siergiej wydaje się być ucieszony i dołancza do Sybiraków. O Holendrze ani słychy.

Do camp 2 trzeba było dosłownie się przedzierać: jeden nadstawiał uszy i oczy, a drugi, ile sił w płucach, darł do góry do następnego bezpiecznego (czyt.: osłoniętego) miejsca. Potem zamiana ról. Mimo to, dwie fale nas nakryły. Trudno zapomnieć wirujące nad głową telewizory! Dostałem w pierś. Szczęśliwie kamień był nieduży, a uderzył w przypięty do szelki karabinek: ucałowałem go na szczęście. Z c2 chcemy ruszyć do c3 tuż  po północy. Jest pomyśł: dojść do bariery na 7800m i następnie.. ale życie pokaże

30.07.2006 | 15:37

Być może to idący na przedzie Holender poruszył bloki, być morze zeszła samoistnie. Ciekawa postawa Holendra: pomimo, iż na pewno widział, że lawina dosięgła kolegów, pozostał głuchy na nasze nawoływania i nie przerwał wspinaczki do c2. Gdy wycie pocisków ustało, jeden z westow zatacza się, twarz zalana krwią. Opuszczamy go niżej bandażujemy i wio do bazy! Zjeżdża z nim 2 krajanów, wystarczy bo im więcej ludzi, tym więcej kamieni. Zostaje z roztrzęsioną Szwajcarka, stała w samym centrum lawiny i nadal nie mogę z niej wyciągnąć, czy to tylko szok, czy też gdzieś oberwała. Musimy gdzieś do nocy przeczekać. Każę jej przycupnąć w skalach, a ja przemykam do c1. Jak tu przenieść namiot, gdy co parę minut walą kamienie? W przerwie miedzy ostrzałem pospiesznie odcinam odciągi i odrywam przymarzniętą podłogę, a po następnej nawałnicy po prostu przypinam go do siebie i wspinając się do Szwajcarki, ciągnę „ogon”. Oby tylko nie wiało, namiot nie waży więcej niż parę kilo, ale rozstawiony robi za żagiel, a ja nie chciałbym bawić się w BAYC JAMP zwłaszcza z namiotem zamiast spadochronu

30.07.2006 | 15:22

Puściłem westów przodem - parę godzin wcześniej. Liczyłem, że będą na tyle daleko, by nie słać mi kamieni. PRZELICZYLEM SIĘ. Dochodząc do c1  w niespełna 3,5godz. dogoniłem ich. Wspinałem się w ostrzale kamieni, ale dopiero w obozie kataklizm: cała 5-tka znalazła się w potężnej lawinie. Beztrosko i wolno przechodzili najzacieklej ostrzeliwane przez Górę miejsce. Jakby ktoś strzelał z broni maszynowej

29.07.2006 | 15:01

RUSZAM, szturm powinien zając 5-6 dni, a dzień szczytowy wypadnie około 2 sierpnia. Starują też  niedobitki z wyprawy komercyjnej. Po nas 2 zespoły Rosjan, jak zwykle w jednodniowym interwale. AMEN!

28.07.2006 | 11:19

Po powrocie z 7400 rest i pranie itp. Pod górą zostali już tylko: Rosjanie, Japończycy, parę niedobitków z amerykańskiego komercyjnego molocha i ja. Słuchając łomotu lawin i wycia wiatru, czekamy paru dni klarownej pogody

28.07.2006 | 10:48

Zawsze pamiętam, choć od ładnych paru lat, nie ma mnie wtedy w kraju dzień imienin mojej Lepszej Połowy; z tej okazji stawiam Rosjanom pepsi. Świątecznie: prysznic, spacer

26.07.2006 | 21:17

Amerykańskie Przedsiębiorstwo Wysokościowego Snu & Marzenia zakończyło działalność. Wcześniej na Broad P. z bodaj 35 membersów do głównego wierzchołka dotarł ich wice-lider (sympatyczny, ale typowo amerykańsko-medialny facet) w asyście 2 wysokościowych tragarzy. Z reszty: sporo szczytowało na Rock Summith. Na K2 machina zacięła się. Przy doskonałej pogodzie przygotowujący drogę, namioty i tlen tragarze dotarli tylko do 7350m, a z idących za nimi w trzech grupach membersów, tylko pierwsza powalczyła (wynik: 150 m wyżej niż tragarze!). Pozostałe dwie, widząc niepowodzenie czołówki, zawróciły niemal na starcie.

Niemal pobiłem ich operatora kamery. Facet z Indiany zarżnął pakistańskiego tragarza. Biedak zgodził się, że rano idąc do trójki, oprócz standardowego pakunku, weźmie także i picie, które Amerykaniec przygotował sobie „na drogę”. Przeganiając ich nieopodal obozu, choć wyszli parę ładnych godzin przede mną, zastanawiałem się, dlaczego tragarz tak rzęzi. Już w trójce okazało się, że tego picia było... 6 litrów. Tragarza trzeba było ratować diamoxem i potem tlenem, a skurczybyk Amerykaniec chciał mnie obarczyć obowiązkiem sprowadzenia biedaka: bo piękne ujęcia itp.

Na tych komercyjnych szturmach doskonale wyszli, idący ze środkową, drugą grupą, Włosi. Mając wcześniejszą solidną aklimatyzację (końcem maja szczytowali na Dhaulagiri) i gotową drogę, (wcześniej wichura, im tak jak mi, zdrowo przetrzebiła namioty i sprzęt), wszczelili się w pogodę. Zdołali zagarnąć najambitniejszego z niedobitków wyprawy amerykańskiej do pomocy przy wyniesieniu czwórki i lin na 8tys. Przy doskonałych warunkach śnieżnych i pogodowych, byłem wtedy w camp 3, dotarli do szczytu. Ciekawie wygląda ich podsumowanie. Zdobywszy poprzednio w parze już niemałą ilość ośmiotysięczników, K2 uznają za najtrudniejszą wspinaczkę. Weszli na szczyt za czwartą swoją próbą, poprzednio trzykrotnie atakując północny filar. Tegoroczne warunki skalno pogodowe kwitują krótko: tylko wariat może wspinać się pod takim ostrzałem, nigdy więcej Abruzzi!

26.07.2006 | 20:36

Ciekawe doznanie: zejść 2,5tys m drogą, którą podchodziłem zaledwie 3 dni temu i której nie poznaję. Wyjątkowo ciepłe lato, śnieg i lód giną w oczach, zostaje gigantyczny skalny rumosz plujący bez przerwy wywrotkami kamieni. Liny w fatalnym stanie, a na 6300m za dnia płyną przez nas... potoki (?). W c1 praktycznie już nie da się nocować. Wracam właśnie z 7365 tj. założyłem c3. Włosi namawiali mnie na wyżej (szczyt), ale im łatwo, bo są zaaklimatyzowani po wiosennym Dhaulagiri. Doniosłem tam wszystko, czego będę potrzebował przy szturmie, jutro skoczę pod Broad P. do Pustelnika. Obiecał mi wypożyczyć swój stary, zapasowy kombinezon. Parę dni restu i cóż tu mówić: oby pogoda.

22.07.2006 | 11:12

Straty innych wypraw też podliczone i kolejni idą do domu: Francuzi, Pakistańczycy, Kanadyjczycy... Prognoza wieści 3-4dni pogody: planuję: do góry, reanimować c2 i założyć c3. Telefon mi szwankuje - następne wieści pewnie za 3-4dni

20.07.2006 | 07:46

Straty są duże i bynajmniej nie tylko w usd, bo w goreteksie i polarze to mogłem sobie wchodzić na Pik Pobiedy. Na K2 nie ma zmiłuj potrzebuję puchów. Ale może gdzieś pożyczę? Mam: siły i chęć - to co w wyprawie decyduję o sukcesie, przeżyciu. Czekam pogody!

20.07.2006 | 20:24

Jestem bogatszy o wiedze, a uboższy o rzeczy. Wiedza: kolano nadspodziewanie dobrze, bo tylko o jednym kijku zdołalem dokuśtykać do 5650m. Rzeczy: śpiwór, gogle, namiot, puchowy kombinezon i aparat, jedzenie, gaz - przepadły. Mam jedynie łopatę. Znalazła ją Nives i nie na żarty muszę się powstrzymywać, by tą łopatą nie potraktować niewinnie uśmiechniętą gębę B.

18.07.2006 | 19:36

Wkurzyłem się na Irlandczyka, który ostatni nocował w c1. Teraz wesół, bo nic tam nie miał. Namiot pomimo wichury nie odleciał, bo JA go rozstawiałem, ale on go ostatni zamykał. Wkurzyłem się na  los: falstart przy zakładaniu c3, zerwana lina, przetrącone kolano niesprawny żołądek, i teraz te czystki w sprzęcie. Złość, to dobra do działania żertwa/paliwo wysokoenergetyczne! Potrafię w górach do niego sięgać (np. 9dni temu), ale złość, to też często GŁUPI doradca

18.07.2006 | 15:57

Wieści od Rosjan z c1 : z naszego namiotu został... tylko namiot – PUSTY! Jutro idę pod ścianę, pal sześć aparat, żarcie, gaz itp. ale śpiwór i kombinezon puchowy...

17.07.2006 | 21:16

Opadły mnie wspomnienia. Walaszkowa miałaby dzisiaj 106 lat. Zamykam oczy: sad, studnia, kalina. Już czas, siądę tej jesieni do pisania o tym, że "Miałem kiedyś dom w Galicji..”

17.07.2006 | 10:48

Życie nie za bardzo chce się nagiąć do amerykańskiego wykresu pogody: noc pełna lawin, dzień pełen chmur. Niemniej tragarzy i przewodników i tak wysłano do bazy wysuniętej. Przeogromna jest wiara w wykresy z komputera!

16.07.2006 | 16:06

Po śnieżycy Góra otrząsa się lawinami. Bojowe nastroje, wyprawy komercyjne ślą jutro.. tragarzy i miejscowych przewodników, aby przetrzeć szlak, przygotować obozy, wynieść tlen i sprzęt osobisty membersów. Do tej technicznej ekipy dłączają jedynie Włosi. Noga lepiej, ale jeszcze będę pauzować, zwłaszcza, że lekarz nie chce slłyszeć o wyjściu "miały być minimum 3 tyg. a ty co, po 5 dniach prigat hoczesz?"

16.07.2006 | 15:37

Irlandczyk jest pragmatyczny i co tu mówić bezwzględny. Wyczuł w naszym oficerze ducha przygody i teraz usilnie namawia go na „spacer” do c1, może c2. Oczywiście z irlandzkim... tlenem. Ostrzegam oficera, że Banjo szuka nie partner co raczej donkey. Biedak, nie miał nigdy do czynienia z rakami i czekanem. Jest majorem w pakistańskiej marynarce wojennej z Karachi.

15.07.2006 | 14:16

Amerykańskie Przedsiębiorstwo Wysokościowego Snu & Marzenia (tak można by przełożyć  nazwę dużej komercyjnej wyprawy Broad Peak + K2) zwołało wiec: jest dobra prognoza na przyszły tydzień. Wyczuwam, że nas zapraszają, wtajemniczają w te prognozy, bo chcą ubrać Rosjan w najcięższą pracę. Dzielę się tym spostrzeżeniem z leaderem Jurą. On też, stary wyga,  wyczuwa chęć wejścia na ich plecach

14.07.2006 | 11:31

Pogoda, że Yeti na dwór nie wygoni. Po obozach coraz bardziej czuć zniechęcenie. Nowe drogi, szybkie wejścia - sny i plany przechodzą teraz najtrudniejszą próbę: czas!

13.07.2006 | 18:09

Cały czas kuruję kolano, choć rosyjski lekarz z marsową miną kręci nad nim tylko głową. Zaraz po wypadku radził mi: do domu i jak widać zdania nie zmienił. Kolejny dzień śnieżycy. Czwórka Rosjan (bardziej doświadczonych nazywam: stariki w odróżnieniu od 30-letniej młodzieży) wróciła spod ściany. 3 dni siedzieli w ABC i próbowali przebić się do camp1. Nie dało rady.

13.07.2006 | 11:56

Biesiadowałem u Rosjan, gdy zawiało i nie na żarty sypnęło śniegiem. Są pierwsi pokonani: Kanadyjczycy bawiący tu sporo przede mną, zakończyli działalność i wracają do domu. Maksymalna osiągnięta wysokość to camp 2. Biorąc pod uwagę, że byli tu już w połowie czerwca, czyli w najlepszą dotychczas pogodę; oraz, że cały transport, liny i organizacja obozów to domena wynajętych przez nich ewerestowskich Szerpów - to te c2 raczej jest mizernym wynikiem

12.07.2006 | 14:19

Odwiedzili mnie dziś Polacy spod Broad Peak'a. P.Morawski i obchodzący dziś urodziny P.Pustelnik. Polałem czym miałem, a mój kucharz Hunza stanął na wysokości zadania: jako tort była pizza!

11.07.2006 | 17:34

W ferworze związanych z wypadkiem zdarzeń, nie było czasu podziękować: tam wysoko nawet jeść się nie chce. Ja, batony AKTIV "żarłem" jak małpa przysłowiowy kit – dzięki Tomaszu!

11.07.2006 | 16:57

Wczorajsza moja wróżba: pachnie śniegiem,  śmieszyła jeszcze dziś w południe, ale  teraz zaledwie o 16:oo, leje! Szkoda Rosjan, próbowałem wyperswadować popołudniowe wyjście. Nie słuchali połamańca, poszli.

11.07.2006 | 07:42

Ludzie z doliny Hunzy, jakich miałem okazję poznać podczas Zimowej Netia K2 i ci, którzy pracują w tym roku przy większości wypraw na K2 utożsamiają dla mnie to, co najlepsze w islamie; chociaż tu w Pakistanie postrzegani są jako szlachetna, ale zawsze mniejszość/sekta. Dziś celebrujemy ich największe religijne święto

10.07.2006 | 13:42

Przedwczoraj siadła bateria w telefonie, zatem uzupełniam:

Irlandczyk po rescie nalegał,  by iść założyć c3. OK, GO! ale powyżej 7tys w Czarnej Piramidzie zatarl się znowu. Najgorzej, że robił to powoli: jeszcze podejdzie, popije, usiądzie. O 14:oo oświadczył: "Sorry Jack, I finish". "Banjo - mówię - mamy cały sprzęt, więc śpijmy tu dla aklimatyzacji i jutro do bazy","albo zostawiamy rzeczy w depozycie i spieprzamy jeszcze dziś, bo, to już 5 dni na wysokości". 2godz trwało, nim wyciągnąłem z niego decyzję, Ze schodzimy. Zatem zjazdy. Jego b.wolne, ale w sumie sprawe. W c2 zdecydował, że do bazy jednak daleko (też to trochę trwało) więc bedzie spał tu. Sprawdziłem jak się czuje/OK/. Była 17:10. Późno, ale miałem dość bezproduktywnego kursowania 6-7tys i zgadywania: na ile zamiary Irandczyka pokryją się z rzeczywistymi jego możliwościami. Zatem go! Pierwsza lina, druga, dwudziesta itp. W 50min. jestwem w c1. Poniżej już nie idzie tak szybko. Liny podczas słonecznych dni powtpiały się w lód. Trzeba wyrywać. Szybko zbliżający się zmrok i twardniejący pod rakami lód ponagla. W żlebikach jest i zimniej, i już półmrok. Kolejny zjazd, jestem już niedaleko przepinki i jak w tandetnym filmie w "zwolnionym tępie" widzę, a raczej czuję szarpnięcie pękającej nade mną liny. Robię jakieś wygibasy w powietrzu i zamiast lecieć w przepasne zbocze, ląduję "zaledwie" 4 m niżej z urwanym końcem w ręku i ekplozją bólu w lewym kolanie. Dobre 10min łykam kawaki lodu dusząc jek i uspokając drżące z nadmiary adrenaliny ciało. Liczę w pamięci: pode mną 10 lin, potem 30m przerwy, dalej 9lin i kijek przywiązany do ostatniej. Ba, ale potem 300m zamarzniętego zbocza. Dla obu nóg niedużo: miejscami 40, 45 stopni nachylenia (dlatego nie linowaliśmy), ale ja kurna mam jedną i może znajdę kijek. Klnę na liny, bo ich obecność skłoniła mnie do zostawienia czekana w c2, a gdybym go miał, może spróbowałbym dupozjazdu. Jakiego dupozjazdu - wytopione przez slońce błoto, właśnie zamienia się w lód! Jak chcesz żyć to k... myśl! Lustracja dorogi działa uspokajająco. Niebezpieczoeństwo nazwane, staje się "bardziej do przyjęcia". Dalej: kamienista morena, na której  ścieżka, to tylko kierunek. A teraz najlepsze: 4km lodowca - w tym 1/3 to szczeliny przez które idąc tu skakałeś i seraki wielkości domu. Jak to przejde, to potem..będę już żył. No to GO! Zjazdy poszły sprawnie, nawet przez tą przerwę w linach jakoś się kulnąłem a potem... Nie wiem  jakim bogom zawdzieczam (z bólu, w każdym znanym  mi jezyku wzywałem to Allaha, to Jezusa, i samą Górę też) że i kijek był,  gdzie mial być i pyłówki pospołu z kamieniami mnie omijały. Po 3 godz. "tiptopów na czworaka" dotarłem do moreny.  Siadła latarka, ale shodząc nawigowałem na jaśniejszą plame, depozytowy namiot Rosjan. W nim prócz kasków, żelastwa itp. znajduję zapasowy namiot  i zawiniety w jego kokon z plecakiem zamiast kalimaty pod d..ą wyżeram ruskim parę kostek cukru. Dotrwałem do świtu!

O świcie myśl o własnej śmierci jest irracjonalna. Budzący się dzień, jakkolwiek byłoby źle, napawa nadzieją. Zakładanie butów i widok seraków wielkości domu przywołały mnie do rzeczywistości. Mijając memoriał Mrówki, przecząco kręciłem głową: TO SIE NIE MOZE UDAĆ: trzeba skakać, a ja mam 1nogę i coś, co rwie bólem, przy każdym pośliźnięciu, skręcie, a nawet silnym podparciu. Pierwszą szczelinę pokonałem: "na dżdżownicę", bez ceregieli kładąc się to na d..e, to na brzuchu. Pamiętam swoje zdziwienie, że się udało, a nie leżę tam 10m niżej.

Ponoć trwało to tylko 5 godziń (normalnie 1 godzina), ale trudno mi w to uwierzyć. Wkładając całe jestestwo w następny krok: "jak stanąc, by najmniej zabolało", "gdzie upaćś, jak zaboli bardziej" - jest się poza czasem. @ razy próbowałem się napić z lodowcowego potoku: zdecydowanie zły pomysł! Jak klękać nie zginając nogi? Jak wstając, nie wywijając orła? Kręciłem na lodzie piruety, przy czym TA noga jakoś dziwnie złośliwie w przeciwną stronę niż reszta ciała. W górach nie ma sukcesu np. w 73%. Są sytuacje, że albo wóz albo przewóz. Wpaść można do ostatniej szczeliny (jak w 1986r Casarotto), nogi połamać i zamarznąć na 100m przed namiotem - nie liczy się czas, ważny jest tylko pełny sukces: PRZETRWANIE.

----------------

"Naciągnięte ścięgna podkolanowe krzyżne. Bolesne, ale jeśli nie naderwane, jak będę odpoczywał, to za ok. 3 tygodnie powinno być OK". Oględziny lekarza rosyjskiej wyprawy brzmią jak... amnestia dla recydywisty.

Uśmiał się, gdy na pytanie, czy brałem po drodze coś przeciwbólowego, odparłem: "Tak, żułem maksymę Legii Cudzoziemskiej: kto nie szagajet, eta umierajet" (Kto nie maszeruje, ten ginie)

10.07.2006 | 12:48

Gdy Italia rozgramiała Francję, Góra dała mi lekcję, której się nie zapomina. 16godz. walczyłem o życie. Jestem już w bazie. Bezpieczny. Nasi Włosi (Romano, Nives) świętują zwycięstwo piłkarzy, a ja  celebruję picie i liżę rany. Rreszta potem...

08.07.2006 | 09:50

Sumith day - oczywiście jeśli "go to sumith". Słońce wysysa całą wilgoć. W namiocie jeszcze parniej. W poszukiwaniu ocłody, ściągam kalimatę  i przywieramy do podłogi - w końcu jest pod nią lód

08.07.2006 | 05:32

Nadal c2: Banjo twierdzi, że nie da rady do góry. Schodzić też nie chce. A siedzenie tu strata: gazu, żarcia i przede wszystkim pogody. Cóż "ab" ma sens tylko z tentem.. a tenże jest zajęty. W/g rozpiski mieliśmy tu zostawić mój (dlategom go tak okopał, a wyżej do c3 wynieść jego. Niestety Irlandczyk, mimo umowy stwiewrdził, że dla lepszego restu lepiej, by każdy spał w swoim. Restuję zatem i ja: prysznic (rospustny: 3 zamiast zwyczajowej 1 zapachowej chusteczki), opalanie, dosuszanie rzeczy. Trochę "szaleję z kamerą". w Końcu po coŚ jĄ tu wniosłem

07.07.2006 | 19:04

Rosjanie, patrząc na wykutą platformę i osłaniającą mnie ściankę nazwali to miejsce ORLIM GNIAZDEM. Mam nadzieję, że moja chatka-szmatka przeżyje tu choć ten sezon, bo walające się zgliszcza bergsonów (znowu "nasi"?) - każą poważnie się nad tym zastanowić. Aż tak ciężko było tu przed rokiem?

07.07.2006 | 18:54

C2: Nie za bardzo podoba mi się zbocze, gdzie tradycyjnie stają obozowe namioty. Jest za ciepło i boję się wytapianych wyżej kamieni. Owszem, jest jedno fajne, osłonięte miejsce, tuż pod olbrzymim głazem, ale by pomieściło namiot, trzeba kuć w szczerym lodzie. Jak trza, to trza. Parę godzin później dopieszczam namiot. Popołudniem doszli Rosjanie i dowlókł się Irandczyk. Okazuje się, że głaz, który wczoraj przy przekraczaniu jednego z kuluarów, mało nie pozbawił mnie głowy - 500m niżej zagarażował w rosyjskim namiocie bazy wysuniętej.

07.07.2006 | 03:58

C2: Przecudowny wschód słońca. Panorama Broad Peaków, Czogilisy, Masherbruma. Łapy marzną, ale szaleję z aparatem. Pomimo, że w nocy tarmosiło namiotem, teraz cisza: sumith day! Uczciłem to prysznicem 2 zapachowe chustki, bo śmierdzę nieziemsko. Plan: do góry!

06.07.2006 | 18:49

Po takim wyrypie wypiwszy zaledwie litr płynów śnię o... piwie. Najlepiej  imbirowe z cynamonem! Ale to islamski kraj. Te  bezalkoholowe, które mam w bazie i za którym tak się nabiegałem w Islamabadzie, smakuje strasznie. Można nawrocić się na abstynencję.

06.07.2006 | 08:31

C2: Tu dopiero SZKLANA GÓRA. Na samym dojściu  błękitny lód, który teraz, rankiem mogę rakami co najwyżej pieszczotliwie podrapać. No i ten garb! Było ostro, ale "piknie"

06.07.2006 | 08:28

Tacham solo, stromizna w kominie 80' i lepiej. Płuca i serce mam w gardle, a mózg czort go wie gdzie. Jęzor wywieszony jak u zwierza, ale napiję się dopiero za 2 godz. Muszę wpierw wykuć platformę, postawić tent.

06.07.2006 | 05:43

Siedzę na półeczce ponad pierwszą częścią komina House'a. Widoki niezgorsze. Czuję zarówno wys.ponad 6500m, a przede wszystkim ciążący "garb" plecaka

05.07.2006 | 09:38

C1: Ukłony dla "załogi Gawinetu".  Dzięki waszej pracy nad WWW, mogę moją samotnością dzielić się z bliskimi Pierwszy kubek herbaty za wasze zdrowie!

05.07.2006 | 09:36

potrzebne do zaporęczowania najtrudniejszych miejsc Czarnej Piramidy. W ten sposób choć w części odpracuję to, co zrobili i z czego korzystam. Będzie ciężko: cały sprzet na c2 + dodatkowe 400m liny

05.07.2006 | 09:17

Zasługa to i aklimatyzacji, i pogody. przy namiootach dognałem pakistanczykich HAPsów. Ich wyprawa jest to  już 3 tygodnie. Nie ma więc mowy, bym dotrzymał im jutro kroku, ale mogę ponieść liny

05.07.2006 | 09:11

Ponownie jestem w c1, tym razem solo. Ja, pomimo problemów z żoładkiem, dałem radę, Irandczyka siekło! nIby siĘ gdzieŚ tam wlecze, ale cieŃko to widzę. Pewnie zanocuje w rosyjskim namiocie w bazie wysuniętej. jest nieźle. Szedłem tu jakieś 30% szybciej, niż poprzednio.

04.07.2006 | 22:17

Czas rusząć, zakładać dwujkę, ale Bóg jeden wie, ile w tym wyjściu Góra z nas wyssie życia. Oby pogoda. Ba, przypałętały mi się jakieś żołądkowe sensacje. Eh zizn, kak by u tebia byla zopa...

04.07.2006 | 21:47

Sprzed mojego namiotu widzę c1 na Broad P. palące się światła. Milo pomyslec, że to "swoi"

04.07.2006 | 11:45

Wybrałem się do bazy pod Broad P. Niestety rozminąłem się z grupą P.Pustelnika, która dziś rano ruszyła w górę. Herbatki muszą poczekać, bo ja ruszam jutro

03.07.2006 | 06:50

Baza: Rest, byczę się,czyli piorę, sprzątam namiot, szykuję sprzęt do c2. Potem prysznic w misce i wizyta u Rosjan. Mój Irlandczyk odtanczył i odśpiewał porażkę Anglii z Portugalią!

02.07.2006 | 10:49

3 dni "do przodu". Ma to o tyle istotne znaczenie,  że z racji "rosyjskich terminów" jesteśmy w tym sezonie bodaj najpóźniej przybyłą wyprawą, a w c1 i c2 jest mało miejsca na namioty! Ale nie łudzę się, kto pierwszy dotrze do 8tys. Oni: 8 luda, w tym 4 utytułowanych  mastiorów z wieloma wejściami na ośmiotysięczniki i z "piervoprachodami". Ponadto mają w planach po 4 butle tlenu "na twarz".

02.07.2006 | 10:37

Byli zdziwieni, że bez znajomości tegorocznej drogi pzez lodowiec /istny LABIRYNT/idąć "na ciężkoI i wychodząc w nocy, dotarliśmy do c1  nie śpiąc tak jak oni w tzw. bazie wysuniętej. Na razie jestem wzgl nich o jedno wyjście "do przodu" ale co tu gadać. To dużą wyprawa. Gdy przed tygodniem w karawanie pytałem leadera: Juri, ilu wy w końcu macie tragarzy? Odpowiedział: Hren znayet! Jednego dnia idzie mniej, drugiego więcej. Zapłaciłem za 140 i w bazie będziemy liczyć. Dlatego gdy my tu hyc do c1. Oni... liczyli:)

02.07.2006 | 10:30

Baza: Wiatr na zejściu z nami poigrał, ale zdążyliśmy przed śnieżycą, co nie udało się idącym dziś po raz pierwszy do c1 Rosjanom. Podziękowali za przetarcie drogi. Opisałem: co, gdzie, jak

01.07.2006 | 12:34

Mój Irlandczyk w tym wyjściu odciążył się na maxa: drugi dzień pije samą wodę, bo oszczędzał nawet na herbacie(?). Czestuję go London Lipton: english shit - mruczy, ale bierze - tylko nie mów chłopcom z IRA :-)

01.07.2006 | 07:35

pionowy, prawie 80m uskok - Komin House'a. Pewnie przy pierwszym przejściu, i to z całym majdanem, sporo potu z nas wyciśnie. Prognozy złe, zatem jutro z rana w dół

01.07.2006 | 07:34

To była katorga, ale mamy wręcz bunkier. Co dalej? Serce by chciało do c2, ale 700m lodu i skały przy tym wietrze i dopiero jednej nocy na 6tys. to ciut za wysokie progi. Tym bardziej, że w górze tuż pod obozem czai się...

01.07.2006 | 06:00

C1: Trzeba przestawić namiot, bo rozszarpie go pod naszą nieobecność. Cóż, do odwalenia  ładnych "parę" kg śniegu i lodu. Jak znalazł dla aklimatyzacji i ku chwale.. Jeszcze żeby nie ten mokry, walący z wiatrem po oczach, śnieg

30.06.2006 | 12:20

Góra nas upomniała. 250m wlekło się niemiłosiernie, a z racji suchej zimy i 10 dni przysłowiowej lampy na dojściu do c1 wyzierają durze połacie szczerego lodu. Do tego zawiało i sypnęło

30.06.2006 | 05:04

5-ta godz. wspinczki - zostało jeszcze "w pionie" jakieś 250m. Znalazłem turniczkę, gdzie ciut mniej wieje, zrzucam ciężki garb i czekając na Banja, dzwonię. Nie ważne, że w Kraju to jeszcze noc. Chcę się podzielić tą radością sam-na-sam z Górą

29.06.2006 | 05:43

Czy nie porywam się z motyką... Dziś klaruję sprzęt i przygotowuję nocne wyjście z zamiarem założenia c1. O ile insh-e-Allah pogoda pozwoli, bo zanosi się na śnieg

29.06.2006 | 05:37

W ramach rosyjskiej grupy jest tu z nami "na rekonesansie" V.Kozlov - leader przyszłorocznej wyprawy na zachodnią ścianę. Wczorajszą kolację u Rosjan zakonczył film z ich przejścia północnej ściany Everestu (2004r). Miło oglądać sukcesy przyjaciół. Po biesiadzie "słowiańsko zakrapianej" muszę nieco przewietrzyć głowę. Idę na nocny spacer pod i samotne obrachunki

28.06.2006 | 09:23

Dziwnie pletą się te ścieżki: Wanda weszła na Everest w dzień wyboru JPII, ja pierwszy raz ujrzałem go przed rokiem, gdy Papież gasł. W bazie pod K2 stoję niemal dokładnie w 20 rocznicę jej wejścia na GORE GOR!

28.06.2006 | 09:19

Wstyd mi za ziomali, zwłaszcza że mój pakistański oficer po kolorze flag załapał, że to moi. Komunikuje mi to z wyrzutem. Nieopodal urządzają się Rosjanie. Dookoła góry we władaniu śnieżycy

28.06.2006 | 09:12

W śnieżycy stawiamy  messę, kuchnię, toaletę, namioty sypialne i wc. Czuć już wysokość przeszło 5tys.m. Dokoła walają się flagi reklamowe telefonii PLUS (?) Zdaje się ubiegłoroczna wyprawa Czerwińskiej kiepsko po sobie sprzątała:(

28.06.2006 | 09:02

Góry pokazały pazur: zamiotło wiatrem i śniegiem. Jesteśmy najmniejszą w tym roku wyprawą na K2: ja, irlandczyk, kucharz i kuchcik. Szwajcarka została z grupą przyjaciół pod B.Peak'em. We czterech budujemy platformy

27.06.2006 | 14:53

B.PEAK: klasyczną drogą walą w tym roku tłumy. Wzorem nepalskiej klasycznej drogi na Everest, miejscowe gidy olinowały górę aż do szczytu. Czekan potrzebny tam chyba tylko do fotografii na szczycie :) Wiara grzeje na yumarach

27.06.2006 | 10:40

Mimo, że śpimy pod potężną ścianą trójwierzchołkowego BROAD.PEAK'a, to od zlewiska Concordii, nikt nie ma wątpliwości, który szczyt jest PONAD WSZYSTKO. Widok na południową flankę K2, dorównuje widzianemu przez ze mnie podczas zimowej wyprawy Filarowi Północnemu

26.06.2006 | 12:48

GORE2 Morena na żywym lodzie. Pełna brudów po wojskowym posterunku. Dopiero tu słońce bierze nas we władanie. Do bazy zostalo 1,5 dnia. Gdy przechodzi żar, oddaję się orgii fotografowania Świetlistej Ściany GIV

25.06.2006 | 10:30

Robiąc zdjecia helikoptera, nie wiedziałem jeszcze, że wiezie ciało Aleksandra: leadera rosyjskiej wyprawy atakujacej nową drogę na Maszembrumie. Zmarł na powyrostkowe zapalenie otrzwnej (?). Rajskie są tu tylko widoki

25.06.2006 | 07:01

URDOKAS To był najdłuzszy etap karawany. Idziemy wzdłuż lodowca Baltoro "aleją gigantów". Na lewo turnie Payu, Trango, Katedral; na prawo Maszebrumy; na wprost..B.Peak i GIV

24.06.2006 | 08:11

Doszło 2 wybierających sę na dziewiczą grań GIV, Basków. Jeden z nich w 2004r powtórzył MAGIC LINE na K2. Portersi zażynają kozy na wieczorne święto. Szkoda pogody

24.06.2006 | 04:38

Prawo silniejszego: tragarze Rosjan zastrajkowali. Pomimo wcześniejszych umów, chcą w Payu zostać jeszcze 1 dzień. Moja mikro-grupa niestety też: oficer nie puści nas samych

23.06.2006 | 07:04

PAIJU: Kurz, upał, lodowcowe doliny i ani śladu cienia. Okalające nas turnie godne są swojej sławy; widok RZUCA NA KOLANA. Ponad nimi przez moment widać piramidę... K2!

22.06.2006 | 08:14

Spokojny etap na rozruch wręcz spacer. Wkoło KARAKORUM = czarny piarg; paleta barw: skał, śniegu i nieba. Żegnam się z zielenia na.. No własnie, Bóg jeden raczy wiedzieć, na jak długo 

21.06.2006 | 14:17

ASKOLE. Ostatnia na szlaku, zamieszkała przez cały rok, osada. Przyczółek zieleni wydarty górom,  za cenę katorżniczej pracy. Kolejne przystanki, są już tylko nazwami na mapie. Karawana to dobrze płatna praca. Sciągnęły tlumy. GO!

21.06.2006 | 07:26

DASSO Wpół drogi drogi do Askole. Posiłek w cienu potężnego monolitu. Nie wiem co bardzej podziwiać: 30-letnie toyoty, refleks kierowców, czy tytaniczną pracę: drogi  i ich utrzymanie

20.06.2006 | 09:23

SKARDU. Już tydzień w drodze, a niestety mam poczucie kradzionego czasu. Pakistańskie zawiłości organizacyjne i perturbacje z Rosjanami: którzy mieli być 13, a pojawili się 16-ego, ograbiły mnie z 3 dni, a pogoda nie zaczeka. Plany Rosjan dość enigmatyczne: niby Rzebro Abruzzi, ale z tlenem itp. Do tego mamy w grupie tajemniczą "lady from Swiss", która pojawiła się już w Skardu, a na wszelkie pytania o plany odpowiada: meable. Chciał, nie chciał doczekałem, naszego "meczu o honor" (mistrzostwa świata w piłce nożnej), a wszyscy pytają jak to było z Ekwadorem (skad w Pakistanie takie zainteresowanie fudbolem?). Dzień w dzień biegam z rana po okolicznych górkach, zachwycam się lokalnymi gajami owocowych drzew i marzę, by już wyruszyć. Meable tumorow..

19.06.2006 | 02:25

Na przywitanie gór ranna przebieżka: 1000m ab & down. Trzeba czymś wypełnić dni oczekiwania na tych, którzy bali się turbulencji nad Nangą. Po śniadaniu muzeum i K2.Hotel Tchnie tu historią. Nomen omen stąd w 1986r ruszali: Wanda, Jurek z Tadkiem, o czym pzypomina okolicznościowe tablo

18.06.2006 | 11:17

Szkoda mi każdego dnia. Nie po to specjalnie szczytowałem w Dzień Dziecka na Elbrusie, by teraz tracić czas w Islamabadzie. Co z tego, że to "good hotel". Gna mnie w góry. Pierwotna data przylotu Rosjan znowy się przesuwa. Oby tylko o te następne 2 dni.

Allah ekbar! Dalismy radę hytrym planom bossa agencji, administracji, turbulencjom i oto ogladam Skardu: dotychczas znaną mi tylko z książek bramę do Karakkorum. Rosianie będą tu dopiero pojutrze:( Nie ufają AIR-Pakistan i jadą samochodami

14.06.2006 | 12:23

Za chwilę lądujemy. Widok samotnie sterczącej nad chmurami Nanga Parbat rzuca na kolana. 4 polskie zimowe wyprawy bezskutecznie walczyły o pierwszenstwo na szczycie. Borsuk zostawił tam bez mała pół roku życia.

13.06.2006 | 16:41

Podczas przesiadki w Londynie Korea Płd. wbija 2-go gola Togo. Oglądają: Hindusi, Hasydzi, Sikhowie, Cykliści(?) - znaczy cała lotniskowa "wieża babel". 3-mam kciuki za Togo - oni mają jeszcze 20min. meczu, ja niestety 3 godz. do przesiadki

13.06.2006 | 12:04

Przesiadka w Angli, jak w 2003r:). Wtedy byłem białym tragarzem na NETIA WINTER K2. Czy dojrzałem na tyle, by teraz, jadąc samotnie, szukać swojej legendy? Góra pokaże. Oj pokaże..

13.06.2006 | 05:39

Reisefieber: żal, że nie ma jeszcze dnia/tygodnia bo tyle spraw niedokończonych. Oliwy do ognia dolewa boss z Pakistanu: za każdy dodatkowy ciężar powyzej 75kg słony haracz w usd. Zdaje się, że będę pierwszym w historii jego firmy, który na K2 porywa się z marnymi 40kg osobistego sprzetu, szturmżarła itp. Wywołuje to uczucie, że może racje mają "oni".. a ja czegoś (czego?) ważnego nie zabrałem? Cóż, może kupię w stolicy i zabirę 2 zgrzewki piwa?  Ba, to muzułmański kraj, pewnie nie dostanę:)

Etomite »

blogK2.com

« Error »

Etomite encountered the following error while attempting to parse the requested resource:
« PHP Parse Error »
 
PHP error debug
  Error: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/blogk2/public_html/index.php:1996) 
  Error type/ Nr.: Warning - 2 
  File: /home/blogk2/public_html/index.php 
  Line: 404 
  Line 404 source: header('Content-Type: '.$type.'; charset='.$this->config['etomite_charset']);  
 
Parser timing
  MySQL: 0.0855 s s(159 Requests)
  PHP: 0.0542 s s 
  Total: 0.1397 s s