Góra Zwycięstwa

„nie opowiadaj ludziom o górach, gdyż obudzą się
      więźniami w swoich karcianych domach...”

A kto powiedział, że ma być łatwo...?
„No to mistrzu mamy problem”- westchnąłem –„co prawda będziemy mieli parę godzin do samolotu, ale, raz - że groszem nie śmierdzimy, a Moskwa tania nie jest; dwa - że nie mam bladego pojęcia, gdzie znajdziemy sklep ze sprzętem górskim. A już szczegół, że jutro niedziela”.
Marcin nie wydawał się jednak być zbytnio poruszony, że naszą wyprawa na Pabiedę: „górę gór dawnego Sojuza”, rozpoczynamy od niedomówienia skutkującego niezabraniem... liny. Jego flegmatyczno - pragmatyczna natura, każe mu ten problem odłożyć do jutra. „Bo cóż możemy poradzić w pociągu? Tu można tylko spać”.
Wcześniej jednak nie omieszkał zadziwić naszych współtowarzyszy podróży: „Ja mam 10 m repa, ty masz drugie tyle... jakoś to będzie”. Ich zdumienie, faktem że alpiniści jadąc na daleką i trudną wyprawę mogą zapomnieć czegoś tak podstawowego jak lina, przerodziło się w przerażenie, gdy mój partner wyciągnął z kieszeni motek dwumilimetrowej grubości sznurka. Już wcześniej patrzyli z podejrzliwością na tępe raki, polary-samoróbki, i sprzęt „nie pierwszej młodości ni urody”. Teraz w końcu padło ważkie pytanie: „ A dlaczego jedziecie tylko we dwóch? Przecież to Pabieda...!”
Wiem, że to Pabieda.
Jak dziś pamiętam kolację sprzed lat u stóp Biełuchy w Ałtajskim Kraju. Przy ognisku usłyszałem po raz pierwszy: „znajesz, nie ważna szto ja był na Everestie...ważna szto w kamandie, katoraja pabiediła Pabiedu”. Potem wielokrotnie rozpoznawałem tę niepowtarzalną nutę dumy, strachu i podziwu – gdy wymawiano jej imię: Pabieda –„Góra Zwyciestwa”. Góry Tien Szan są mało znane w Europie i przez długi czas były zamknięte dla „obcych” dzięki swemu położeniu na granicy z Chinami. Pamiętam z jaką powagą jeden ze starszych przewodnik opowiadał, jak to amerykańscy alpiniści zwrócili się o pozwolenie na atakowanie Chana i Pabiedy. List z prośbą kierowany był na ręce sekretarza komunistycznej partii, wtedy jedynego władnego wydać takie pozwolenie. Sekretarz ów wezwał naczelnika Kirgiskiego Związku Alpinizmu i zarzucił mu, że ukrywa w zaszczytnych szeregach alpinistów szpiega, „bo skąd Amerykanie wiedzą, że u nas są takie właśnie góry? Przecież to tajemnica wojskowa?”. Sam korzystałem z map, które miały jeszcze taki nadruk.
Patrząc na nią w 1998 roku ze szczytu niezwykle urodziwego sąsiada Chan Tengri, miałem ciągle w pamięci, że na blisko 300  zdobywców, przypada 100, którzy pozostali w śniegach i lodowcach Pabiedy na zawsze.
Dlatego teraz pozwoliłem sobie zacytować statystykę zwycięstw i śmierci oraz dodać z uśmiechem: „Jeden na trzech; zatem nic dziwnego, że nikt ... nie chciał być tym trzecim”.

Gdy po niespełna 3 godz. nieobecności z dumą zaprezentowaliśmy towarzyszącym nam w podróży Polakom owoc naszych poszukiwań, widok owego „owocu” utwierdził ich w przekonaniu, że widzą nas po raz ostatni. No cóż, nasze 20 m liny miało dwie zalety: była granatowa - „na śniegu będzie ją znać”- pragmatyzm Marcina, oraz... w ogóle była. Zresztą chyba stanowiła jedną z lepszych rzeczy, jaką oferował sklep z gatunku: „U Wani w garażu”.
 Nasz optymizm czeka  kolejna próba. Jak przeszło 50 kg bagażu uczynić „akuratnym” do lotniczych norm przewozowych, w których rosyjskie służby, goniące za łapówką, szczególnie się lubują?
Nic prostszego. Trzeba tylko nieco czasu, sporo fantazji i bezczelności oraz ogromnej ilości kieszeń. I... absolutnej niewrażliwości na własny zapach. Jeszcze dziś śmieję się na samo wspomnienie miny celnika, gdy usłyszał, że wianuszek karabinków wokół marcinowej szyi „to biżuteria”. Jego zdumienie i szczerą chęć zrozumienia: „Gaspadir, po co panu parę kilo kiełbasy...w kieszeni? Przecież podczas lotu dają jeść?” - zgasiliśmy brutalnym - „Tak, ale mało”. O nic więcej nie pytał.

„Wygoda rozsiadła się w naszej wyobraźni jak
w starym fotelu i spętała nasze nogi i myśli
    papciami przyzwyczajeń..”


Lodowiec
Los postanowił nagrodzić nas za złośliwe spojrzenia obsługi linii lotniczych i współpasażerów. Zamiast dwóch dni spiekoty i łykania kurzu w zatłoczonym autobusie – dzięki przyjaciołom oraz za sprawą kirgiskiej brygady do walki z narkobiznesem - pokonujemy następny dystans w niespełna trzy godziny. Niesamowita jest cena: za paręset kilometrów helikopterem płacimy równowartość przejazdu autobusem... i butelką wódki.

Przed południem osiągamy miejsce tzw. dolnej bazy. Mamy przed sobą przeszło 100 km wędrówki do podnóży Chan Tengri i Piku Pabiedy: najpierw gigantyczną doliną, a następnie jednym z największych lodowców świata. Powodem naszego stylu podróżowania jest nie tylko szczupłość kiesy, ani też wzgląd na to, iż powolne i mozolne zdobywanie wysokości da nam dobrą aklimatyzacje. Przyjechaliśmy tu po wolność od wszelkich przejawów cywilizacji. A nie znam innego miejsca, które potrafi wędrowcom ofiarować ją w takim natężeniu, jak dolina lodowca Engilczek. Zatem „nadawszy” lwią część jedzenia na najbliższy lot - ruszamy w drogę.

Pędzimy, by uniknąć... powodzi. Tu w świecie wiecznych śniegów i lodów przyspieszamy kroku gnani widmem ogromnej fali, która wypełnia dolinę od ściany do ściany i niszczy wszystko co spotka na swojej drodze. Sprawcą tego kataklizmu jest jezioro Mertzbachera – unikat w skali świata. Dzięki nierównym poziomo stykających się tam lodowców,  spiętrza ono wody wytapiane przez słońce. Po powierzchni niczym w Arktyce pływają lodowe góry, a lód stanowi nie tylko jego brzegi, ale także dno. Niemalże z cykliczną regularnością właśnie środkiem lata przychodzi moment, gdy wody znajdują ujście w otaczającej je lodowej zaporze. Wypływająca z Engilczeka i płynąca środkiem doliny rzeka zamienia się w istne piekło.

W niespełna dobę jesteśmy już na lodowcu. Miliony ton pokruszonych skał wypełniają całą dolinę bezkształtną masą, szeroką na parę km i długą na przeszło „parę dni drogi”. W chaosie moren miarą odległości zaczyna być wysiłek. Zresztą miarą życia także. Są dni gdy teren, doświadczenie i kondycja pozwolą przejść parędziesiąt kilometrów. Ale bywa i tak, że pomimo nieustającego marszu, z miejsca noclegu widać poprzednie obozowisko.
Tym co eskaluje nasz trud bezsprzecznie jest pogoda. Podczas wędrówki nieraz dopada nas ostra nawałnica deszczowych chmur. Cały Centralny Tien Szan, a w szczególności górująca nad nim Pabieda "oferuje" pod tym względem specyficzne warunki, których odpowiednikiem w języku ludzi morza byłby przylądek Horn. Nagłe zmiany pogody są wręcz przysłowiowe.
Widoki są przepyszne. Nierzadko tęcza łączy oba brzegi doliny, a zwały chmur stanowią malownicze dopełnienie otaczających nas szczytów. Niemniej jednak przychodzi nam słono płacić za miłe oku pejzaże. Przy tej intensywności deszczu, tylko śpiwór stanowi bastion, który udaje nam się obronić. Idziemy w mokrych ubraniach i trzeba nie lada samodeterminacji, aby je - wilgotne i zimne z rana - wciągnąć na siebie. Namokły plecak, namokłe ubranie i buty ciążą niemiłosiernie. Lodowiec, pogoda i góry sprawiły, że życie upraszcza się i oczyszcza do tego, co naprawdę konieczne. Rano trzeba czym prędzej porzucić rozgrzany własnym ciepłem śpiwór. Porzucić i skrzętnie schować, by nie kusił, lecz motywował nadzieją przyszłego nocnego ciepła. Pozostaje jeszcze wpełznąć w wilgotne ubranie, zarzucić plecak, który „przytył” w nocy o kolejne litry i... ruszać – z myślą, że jeżeli nawet nie przestanie padać, to chociaż za godzinę będzie cieplej od tego marszu. Gdy już wieczorne zimno i wysiłek ścinają mięsnie skurczami, lub gdy plecak przekroczył wszelkie normy przyzwoitości („Jak on tak może nasiąkać i nasiąkać, są przecież pewne granice?”- zżyma się w Marcinie dusza fizyka), należy znaleźć miejsce pod – o zgrozo! z dnia na dzień coraz bardziej wilgotny namiot i czym prędzej usnąć, bo tylko tak można zebrać siły przed kolejnym porzucaniem rozgrzanego... Nawet nie próbujemy niczego suszyć. To bezcelowe.
W tym wysiłku, a dodatkowo otoczony nierzeczywistym chaosem lodowcowych moren, mam wrażenie, że zarówno początek naszej drogi jak i sam cel są teraz nieobecne. Imperatyw wędrówki jest tak duży, że wszystko inne – nawet góra, dla której tu przyjechaliśmy – wszystko schodzi na dalszy plan. Naprawdę realna jest tylko ta tu chwila, miejsce pod stopą i mokre zimno poranka, które jak najszybciej należy zamienić w ciepły pot. W ten sposób staję się częścią otaczającego mnie świata, zlewam się z nim i bynajmniej nie tylko od błotnych nacieków na ubraniu i chlupiącej w butach wody. Czuję tożsamość z kamieniem pod nogą, mgłą co otula, zboczem, którym mozolnie: to w gorę to w dół. Tożsamość ale i odrębność, bo ciepło, które mój upór sączy w ten świat jest jedyne i niepowtarzalne, jak te nienazwane góry dookoła. 

„ nikt nie odbierze im upojnej radości tego wędrowania,
       gdzie każdy krok może być triumfem i walką o życie”

Przedbiegi
W  górnej wyruszamy na zwiad: kto i kiedy zamierza iść na naszą górę? Wszyscy chcą na Chana, natomiast z Pabiedy... parę ekip zrezygnowało jeszcze w bazie. Trudno się dziwić. Chan Tengri jest „urodziwszy” i zdecydowanie łatwiejszy technicznie. Poza tym daje szansę wejścia już przy niewielkiej ilości pogodnych dni, a tych dotychczas było w sezonie niewiele.
Od samego początku – jadąc tu - liczyliśmy na połączenie sił z innymi liczniejszymi grupami. Oprócz trudności technicznych - śniegu na naszej drodze po pas, a tu tymczasem ewentualnych zdobywców jak na lekarstwo. Co prawda Niemcy, którzy dziś przylecieli odgrażają się że oni na Pabiedę, ale ich dotychczasowa postawa jakoś mało waleczna. Zapowiadanych przez Internet wypraw rosyjskiej i armeńskiej „ani widu ani słych”, a działający od dziesięciu dni Hiszpanie... właśnie pakują się do domu. Jest to wyprawa zawodowych „czerwonych beretów”. Dziesięciu chłopa -  mają lekarza, radiostację, pół tony żarcia i tyleż samo sprzętu. Właśnie rozwiesili na lodospadzie 200 m poręczowych lin, z których - jak twierdzą - zostało całych 20. Czterech weszło na przełęcz nad lodospadem i praktycznie te 5100 m n.p.m. - czyli „Dzika Przełęcz” - to wszystko czego dokonali. No cóż. Bohaterom czas odpocząć, a nam przyjdzie chyba „w pojedynkę”, bo i zdaje się Niemcom poszło w pięty od tych komandoskich opowieści.

Gdy około południa patrzymy z góry na przebytą drogę, w duchu błogosławimy zarówno zabranie dwóch czekanów, jak i nocne wstawanie oraz poranne, sakramenckie zimno.
A góra jak kobieta – przewrotną jest. Nie mogąc od nas opędzić się mrozem ani też stromizną lodospadu chwyta się starego i wypróbowanego środka. Pogoda, której Tien Szan skąpił nam do tej pory, jest dziś bajecznie piękna: ani śladu chmurki ni wiatru, a wytęsknione w dni deszczu słońce... sprawia, że na tym ostatnim odcinku brodzimy niemal po pas w śnieżnej breji z językami wywieszonymi po kolana. To już 5000 m i dobiega 8 godz. wspinaczki, ale widać już siodło przełęczy, niechybny znak, że zasłużyliśmy na kolejny nocleg.
Nazajutrz wygrywamy tylko start. Słońce zaraz po wschodzie w mgnieniu oka zamienia śnieg w mokrą i grząską maź. Tu dopiero rozumiem istotę „kołchoźnego alpinizmu Rosjan”. „W licznej kamandzie” – przypominam sobie relację jednego ze zdobywców Pabiedy – jak w oddziale, każdy wie co robić, a jak nie wie „kamandir” mu o tym przypomina. Depczesz 20, 30 kroków i na koniec, parę godzin odpoczynku.”
My torujemy po 200 i więcej, potem charcząc mamy pół godz, gdy „depcze ten drugi”, na uspokojenie oddechu i przygotowanie się do kolejnego torowania. Ani się oglądamy, gdy pogoda zaczyna siadać. W duchu błogosławię zakup łopaty. Gdybym teraz – tak jak na Leninie - miał kopać jamę menażką i czekanem potwierdziłaby się stara prawda, że: „w złej jamie człowiek nie śpi z zimna aż do rana, a dobrą... kończy kopać o świcie”.
A o świcie trzeba w dół. Tym szybciej, że pogoda postanowiła zepsuć się na dobre. Niestety chmury są szybsze i już po paru minutach ogarnia na „whiteout”.
Przybierająca z każdą minutą śnieżyca zalepia okulary, a my nie możemy pozwolić sobie na czekanie, bo rampa wystawia nas na pastwę wiatru, nie dając nawet cienia szansy na schronie. Schodzić - łatwo powiedzieć, ale jak iść, gdy stawiając stopę nie wiem: chmura to czy śnieg, a jeżeli śnieg to pewny czy już nawis? Poza tym ten pieroński śnieg i przyciemnione okulary sprawiają ze nawet tej nogi nie widzę. Zdenerwowany naszą bezradnością ściągam okulary. Co po zdrowych oczach nieboszczykowi? Ktoś musi prowadzić.
Po 3 godz. przy namiocie już wiem, że nie ujdzie mi ta wędrówka na sucho. Nie mogę spać w nocy. Już wieczorem zakropiłem oczy, a teraz kombinuję jak na lodospadzie w takim stanie nie zabić siebie i przy okazji Marcina. Taśmą izolacyjną oklejam okulary tak, że do patrzenia – niczym w rycerskim hełmie - pozostają zaledwie szparki.
O świcie oczy wręcz parzą. Dodatkowo każdy promień światła kłuję dotkliwie mózg niczym szpila. Już po godzinie brak mi łez. Nie mogę żadną miarą pozwolić, aby ten ból rządził mną, bo stanę się dla siebie i dla partnera zagrożeniem. Dlatego idąc staram się oszukać umysł skupiając uwagę na kroku, oddechu i dobrze wbitym czekanie. Bez cienia wstydu klękam i czołgam się po mostkach śnieżnych, na tyłku zjeżdżam gdzie się da.
Gdy późnym popołudniem stajemy w bazie ból jakby zelżał. Bardziej jestem skłonny przypisać to żelaznej konsekwencji zrobienia następnego kroku, niż moim reanimacyjnym zabiegom. Niemniej lekarz, oglądający moje oczy kiwa potwierdzająco głową: „Dobre krople i dobrze ze tak wcześnie zaaplikowane. Dobrze ze brane regularnie i... - oniemiał na widok okularów – dobrze, że nie opuszcza mnie poczucie humoru”. Trzy najbliższe dni będę pauzował, ale jest nadzieja, że będę po tym czasie w pełni sprawny.

      „skazani są na drogę, która nie zna kresu.. gdzie
 każdy krok może być triumfem i walką o życie”

Huragan
Pogoda przez te dni nie rozpieszczała nikogo, bo i z Chana wypłoszyła niezły tłumek wątpiących w jej poprawę ludzi. Z niepokojem myślę o grupie spotkanych przy zejściu Rosjan, którzy według ustaleń też powinni schodzić. Jeżeli zostali na przełęczy to pół biedy, ale w wypadku gdyby poszli wyżej, musiało nieźle ich przetrzebić, tym bardziej, że nie mieli wcześniejszej aklimatyzacji. Stają mi przed oczyma historie z 60 i 70 lat.

Czwartego dnia można pomyśleć o wspinaczce. Plan mamy prosty. Wziąć co się da – żarcia i gazu nawet na 20 dni – i pójść na przełęcz. Stamtąd próbować jednym czy dwoma szturmami dojść do szczytu.
W przeciągu 2 dni jesteśmy z powrotem na przełęczy. Odkrywamy przy tym smutną prawdę. Rosjanie pchali się do góry i roztrwonili siły. Wyczerpali jedzenie i paliwo, a ponieważ jednego z nich dopadła szczególnie ostra postać wysokościowej choroby, schodzą w dół. Tylko dwóch z nich, ci którzy przeczekali nawałnicę na przełęczy,  mieli siły by pójść do góry. Wyprzedzają nas o dzień drogi i jest szansa połączyć siły.
Następne dni to mozolne zdobywanie wysokości. Już niemalże wszystko dookoła ściele się nam pod nogami. Urzeczeni wpatrujemy się w piramidę Chana. Nawet flegmatyczny spokój Marcina musi ustąpić wobec piękna tych przestrzeni. Rzeczywiście, ogromnie dużo racji jest w powiedzeniu Rosjan: „nie widział Chana, kto nie oglądał go z Pabiedy”.

Pomagając sobie nawzajem, stajemy wreszcie z Rosjanami na Zachodniej Pabiedzie. Oni pognali parędziesiąt metrów wyżej, my natomiast przygotowujemy platformę pod nasz namiot. Wiatr bierze odwet za dni bezczynności. Prędko nadciągają chmury z których sypnęło śniegiem. Ranek nie przynosi poprawy. Miejsce „pod skałką” ma ten plus, że osłania nas ona od wiatru przynajmniej z jednego kierunku, ale niestety ten minus, że dla mas śniegu namiot jest kolejną przeszkodą do zasypania. Chcąc nie chcąc, trzeba się ubrać i wyjść odkopywać. Następny dzień również nic nie zmienia. Wręcz przeciwnie, siła wiatru narasta. Potwierdza się pewna prawidłowość: nad ranem wiatr zdaje się słabnąć, na rzecz przybierającej na sile śnieżycy. Ta z kolei umila nam życie jak może, bądź zasypując nas sukcesywnie i powoli, bądź zawalając namiot kolejnymi porcjami pyłowych lawinek. Niby niewiele, a skała wyłapuje większość śnieżnego impetu, ale jest potem co robić przez następne 3 godz. Poza tym po każdym tąpnięciu, namiot coraz bardziej dostaję „po krzyżu” i ze strachem słucham jak trzeszczy w szwach. Wieczór przynosi chwilowe przejaśnienie – jakby kusił obietnicą lepszego poranka, lub zapraszał do nocnej wędrówki. Około północy można by nawet dostrzec rozgwieżdżone niebo, ale tylko dzięki wichurze, której ostre uderzenia docierają nawet tu pod skałę. Trzeciego dnia staje się jasnym, że niezależnie od planów na szczyt natychmiastowy powrót w dół jest niebezpieczny. Mamy gaz i jedzenie, a dzięki codziennej pracy nie ma czasu zbytnio biadolić nad położeniem. W wolnych chwilach rozgrywamy nawet najwyższego „tysiąca”. Marcin wygrywa w momencie, gdy namiot ugina się pod kolejną „wywrotką” śniegu. Tym razem sprawcą „zawału” jest nasz rosyjski kolega, który zboczem zjechał wprost na nas. Poimy go herbatą, a on pijąc łapczywie, opowiada o hekatombie, jaka rozegrała się na grani zaledwie 30 m powyżej. Już pierwszej nocy rozszarpało im namiot, a drugiej - siła wichru była tak wielka, że zawaliło jamę, jaką wykopali dla ochrony. Dziś schodzili do nas miejscami na czworakach, miejscami brodząc w śniegu wyżej pasa i zajęło im to parę godzin. Rosjanie w oczach mają strach i nutę żalu, że nasz namiot nie okazał się pustym. Chcą obok kopać jamę. Poimy ich jeszcze i oddajemy łopatę. Więcej i tak nie zdołamy pomóc, bo jedną łopatą i na stromym zboczu tylko byśmy sobie nawzajem przeszkadzali. Ranek przynosi chwilową poprawę. Rosjanie, pomimo moich prób perswazji „że mamy gazu i jedzenia na parę dni i dla całej czwórki” chcą schodzić. Pozostaje nam wierzyć, że zejdą szczęśliwie i walczyć o swoją szansę.
Kolejne dni nie przynoszą rozstrzygnięcia. Pogoda według schematu: to nas wgniata w śnieg, to znowuż daję cień szansy. Podczas największego wiatru z niedowierzaniem odczytuję na altimetrze 8000 m n.p.m. „Nad granią wieje ponad 100 - 150 km/godz. my jesteśmy po :”zawietrznej” tuż poniżej, zatem wytwarza się podsinienie i wysysa powietrze do góry. Ale żeby aż tak?” – w moim partnerze znów odzywa się fizyk. Zmęczenie i wysokość dają o sobie znać. Już nie jesteśmy w stanie w pełni odpocząć. Przychodzi moment, gdy poza koniecznymi czynnościami, człowiek zapada w letarg – rodzaj snu na jawie. W takich chwilach pałeczkę przejmuje ten drugi. Są to chwile, w których coś czasami widać. Wytężam więc oczy, by pomimo otępiającego wysiłku, zabrać ze sobą potem w doliny, niepowtarzalne piękno przedświtu na 7000 m. Niesamowita jest świadomość, że jesteśmy tu absolutnie sami. Ten nierzeczywisty urok i poczucie izolacji owocują wierszem, który z dnia na dzień kaligrafuję na opakowaniach po jedzeniu.

Po sześciu dobach dojrzeliśmy do decyzji. Pogoda jest nieco lepsza, gdyż śnieżyce straciły na sile, a zdążając w dół będziemy chować się w skałach przed wiatrem. Jeżeli chcemy myśleć o ponownej próbie, to jest już najwyższy czas schodzić. Nadzwyczaj starannie pakujemy sprzęt i ubieramy się przed drogą. Nie trzeba głośno mówić, że stawką jest tu nasza skórę. Jeszcze wczoraj odkopaliśmy namiot, czy też to, co z niego zostało, odcinając przymarzłe części i odciągi. Z totalnie podartymi tropikiem i zamkiem wejściowym oraz z powyginanym stelażem, przedstawia zgoła niewielką wartość, ale może to w nim przyjdzie dziś nam nocować.
Prawdziwym problemem jest widoczność. Na skałach wędrówka jest prostsza dzięki linom, które choć trzeba je wydobywać spod przeszło metra śniegu, to i tak ogromnie ułatwiają odnajdywanie następnej sekwencji drogi. Natomiast pola śnieżne to istna pułapka. Zdajemy sobie sprawę z ogromu ściany. Wystarczy abyśmy „przy starcie” pomylili drogę o przysłowiowe parę stopni, a nigdy nie znajdziemy śnieżnej grani łączącej dolną z górną częścią ściany. Jeżeli wpakujemy się w otwarte, przepastne zbocza na lewo lub na prawo od tego miejsca to, o ile nie runiemy z lawiną blisko 3 km w dół, powrót do góry w tak głębokim śniegu i takich warunkach jest niemożliwy.
Ruszamy. Najpierw tak, jak parę dni wcześniej Rosjanie, „płyniemy w śniegu do piersi”. Udaje się nam znaleźć początek poręczowych lin. Dzisiaj nie psioczę nad ich stanem. Byle sznurek, czy nawet nitka wystarczy bowiem do pokazania drogi. A będzie to nam potrzebne.
Niezwykle wolno niemniej wytrwale zdążamy w dół. Po trzech godzinach pierwszy wyraźny sukces: jest śnieżna grań. Przed nami pole śnieżne, gdzie dopada nas już tak dobrze znany „whiteout”. Tak naprawdę jesteśmy wydani na jego pastwę, bo nie możemy nic innego robić jak tylko schodzić. Każde zatrzymanie, czy też pójście zakosami w celu szukania szlaku grozi podcięciem lawiny. Tym razem nie mogę sobie pozwolić na zdejmowanie okularów, zatem co robić? Te marne 20 m liny wobec 200 m niebezpiecznego terenu, to raczej kpina niż pomoc. Słyszę jak śnieg pode mną chrzęści i widzę poprzeczne pęknięcia jego pokrywy. Poprzeczne? Jedno jest podłużne. Jakim prawem tak? Nie zatrzymując się w marszu zniżam nos niemalże do pasa. „Mam u ciebie duuuże piwo! – krzyczę do partnera – „ Nawet dwa – odpowiada – A co jest?. Lina!” Zaiste, nie wiem jakim zrządzeniem losu i  kto nam to wymodlił, że pośrodku pola śnieżnego - wysokiego na 200 m a długiego na przeszło kilometr - wleźliśmy akurat na ten parometrowy kawałek liny prześwitujący pod ponad metrową warstwą śniegu. Wleźliśmy i zauważyliśmy. Teraz tylko zachować kierunek i jak najprędzej do końca, do kolejnego skalnego progu.
Pod wieczór jesteśmy w miejscu pieczary i tak jak przypuszczaliśmy, nie ma tu ani śladu po niej. Idziemy dalej. Gdy po 13 godzinach tej walki stając na przełęczy nie znajdujemy namiotu, upór – mocą którego zeszliśmy te piekielne 2000 m – każe nam bez słowa skargi walczyć, tym razem z resztkami zniesionego namiotu. Była to chyba najzimniejsza noc naszej wyprawy. Jak widać góra postanowiła do końca „nie popuszczać”. My również, gdyż następnego dnia szukając sił nawet w złości - nie ustąpiliśmy, nim po 8 godz. wydobyliśmy namiot i zapasy. Przełęcz wyglądała po tym, jak wojskowe okopy albo „najwyższe na świecie wykopaliska archeologiczne”. Poprawa pogody okazała się krótkotrwałym przejaśnieniem, co przypieczętowało decyzję o odwrocie.

Wienia z Permu zostawił na Chanie 10 lat temu palce prawej dłoni. W tym roku był najwyżej z nas wszystkich. Schodząc jako ostatni z Pabiedy nie mogłem pozbyć się myśli,  że tu jeszcze wrócę. Nawet śnieżyca, ścigająca nas przez Zwiezdoczkę aż do samej bazy, nie nadszarpnęła tej pewności. Dlatego patrząc teraz na jego poodmrażaną twarz i słysząc: „Wierniomsja patancowat?” odpowiadam bez namysłu: „Na pewno! Za rok.”

I tak też się stało. Dokładnie po roku Marcin, Wienia i ja spotkaliśmy się, by jeszcze raz stanąć w szranki z Pabiedą. I tym razem góra mimo wysiłków nie dała nam szans. Oprócz „atrakcji pogodowych” dodatkowo było nam dane przeżyć dramatyczne chwile związane z wypadkiem, jaki zaszedł na 7ooo m i trudami akcji ratunkowej, w warunkach podobnych do opisanego wyżej huraganu. 

 [Pabieda Zachodnia (ok. 6880m n.p.m.)
 14 VIII 2000r, szósty dzień huraganu]

”Jeżeli chcesz, by ludzie pojęli czym są góry
próżny trud opowiadać im o tym.

Setki – ba, tysiące lat
gnuśności w imię budowania cywilizacji zrobiły swoje.
Wygoda rozsiadła się w naszej wyobraźni jak
w starym fotelu i spętawszy nasze nogi i myśli
papciami przyzwyczajeń usypia nas audiowizualną papką.
Tak oto nomad stał się domatorem,
zapomniawszy, że miasta i warownie
budują przede wszystkim ludzkie marzenia.
Cóż morze wiedzieć
o cieple domowego ogniska, ten który nie zaznał tęsknoty za nim.

Więc nie opowiadaj ludziom o górach, gdyż obudzą się
 więźniami w swoich karcianych domach...

Ci zaś nieliczni, którzy potem odważą się
wyruszyć na górską wspinaczkę,
skazani są na drogę, która nie zna kresu,
bo gdzie kończą się marzenia?
I choć być może nie dojdą do szczytu, to nikt
i nigdy nie odbierze im upojnej radości tego wędrowania,
gdzie każdy krok może być triumfem i walką o życie; i gdzie
wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie,
a przynajmniej to, że większość granic i lęków
to tylko ułomność naszego umysłu,
poza którą zaczyna się wolność.

Ale nie mów o tym ludziom...
wolność jest dla nielicznych.”

Jacek Teler

Etomite »

blogK2.com

« Error »

Etomite encountered the following error while attempting to parse the requested resource:
« PHP Parse Error »
 
PHP error debug
  Error: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/blogk2/public_html/index.php:1996) 
  Error type/ Nr.: Warning - 2 
  File: /home/blogk2/public_html/index.php 
  Line: 404 
  Line 404 source: header('Content-Type: '.$type.'; charset='.$this->config['etomite_charset']);  
 
Parser timing
  MySQL: 0.0120 s s(51 Requests)
  PHP: 0.0139 s s 
  Total: 0.0259 s s